Strona:Leo Belmont - Jej pierwsza noc miłości.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   7   —

się wspomnieniami o tem, jak uczył ją sztuki miłości — jak budził w niej dreszcz pragnień naturalnych — łamał jej wstyd powoli... Ale zachowała swoją wstydliwość w znacznej mierze do końca... W ciemnościach nocy czuł, jak drży jej delikatne ciało... znał aksamit jej skóry... aromat jej włosów... Ale nigdy nie widział jej w całości... Nawet w mroku nocy, poddając się jego namiętności, zamykała oczy. Sądził, że musiała się przy tem rumienić... Zdawało się, że kocha go tylko duchowo — że zezwalając na pieszczoty, jeno pobłaża jego zmysłom... Jej rozkosz była jakby tylko odbiciem jego rozkoszy. I żar jego uciech gorzał cicho w klamrach szacunku i wdzięczności, niby promień w lampie kryształowej pod sklepieniem świątyni gotyckiej. Nie wyczerpywał się nigdy pod musem ciągłego zdobywania ciągle traconej zdobyczy. Szczęście, które mu dawała, było skarbnicą niewyczerpaną... Nie znał przesytu — i dlatego czuł się przy niej tak młodym. Był dla niej zawsze delikatnym kochankiem, nigdy mężem brutalnym...
I zobaczył jej ciało po raz pierwszy, gdy — już nie należało do niego. Było we władzy śmierci. Na jeden moment na śmiertelnem łożu mignęła przed nim biel podciętej kosą śmierci ludzkiej lilii. Siostry, ubierające umarłą, szybko zamknęły drzwi przed nim. I pozostało mu w myśli wyssane niemal ze krwi powłóczyste ciało — jakby linie kryształowego naczynia o kształtach ludzkich — krągłość piersi, które, zda się zachowały dziewiczość — zarys bioder subtelnych jakiejś męczennicy chrzesciańskiej — piękność, po którą bezczelno-chciwie sięgała ziemia cmentarna — cudowne dopełnienie twarzy, której choroba nie zdołała ująć ani jednego promienia powabów — której wyraz słodki snycerskie dotknięcie śmierci uzupełniło rysem wiecznego spokoju.
Taką oglądał tę twarz w trumnie śród świec woskowych i oleandrów. Tylko bladość jej żółkła nieco