Józef Balsamo/Tom XII/Rozdział CLVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XII jako ePub Pobierz Cały tom XII jako PDF Pobierz Cały tom XII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CLVII
OSTATNIE POSŁUCHANIE

W listopadzie, to jest w kilka miesięcy po ostatnich wypadkach, Filip de Taverney wyszedł o wschodzie słońca z domu, w którym mieszkał z Andreą.
Paryż już się budził z uśpienia; piekarze rozwozili gorące bułeczki, pożerane przez przyjezdnych chłopów i biednych mieszczan; ogrodnicy przybywali z małymi wózkami, pełnymi jarzyn; zewsząd dostarczano na targ ryb, ostryg i innych zapasów dla bogaczów, śpiących jeszcze smacznie.
Filip minął ruchliwą dzielnicę i udał się na puste Pola Elizejskie.
Aleje zarzucone były zżółkłymi liśćmi, bezustannie spadającymi z drzew; z pod ich dywanu nie było widać ziemi.
Młodzieniec ubrany był w kostjum szeroki, tak modny w owym czasie, i czarne jedwabne pończochy. U boku nosił szablę.
Starannie uczesana głowa i wytworne ubranie wskazywało, że młodzieniec wybrał się z wizytą.
Ranek był wietrzny i Filip, bojąc się, aby mu się nie popsuła fryzura, wypatrywał powozu lub choćby dorożki, którąby mógł pojechać.
Niedługo czekał; zdaleka toczyła się stara, odrapana karetka, której woźnica wyglądał pasażera z równem utęsknieniem, jak Eneasz okrętu na morzu Tyreńskiem.
— Dostaniesz pół dukata — zawołał Filip, — jeżeli punkt o dziesiątej będę w Wersalu.
— Niech pan siada.
Filip miał o tej porze obiecane posłuchanie u delfinowej.
Marja-Antonina wstawała bardzo wcześnie; codziennie, już około ósmej, odwiedzała ulubiony ogród w Trianon, pilnowała robót, dodawała gustu ogrodnikom w układaniu bukietów. Wogóle księżniczka nie lubiła etykiety.
Nie jednemu też udało się wyprosić posłuchanie, których chętnie zrana udzielała.
Filip, zmuszony brakiem pieniędzy do ogromnej oszczędności, z początku miał zamiar udać się pieszo do Wersalu, ale miłość własna nie pozwoliła mu nato, aby on, Filip de Taverney, szedł pieszo; musiał więc poświęcić trochę grosza i pojechał.
Liczył, że powróci pieszo; widzimy więc, że arystokrata Filip i człowiek z gminu, Gilbert, jednakowo odbywali tę podróż.
Filip jechał z sercem ściśniętem.
Ileż różowych nadziej i złotych marzeń przemknęło mu przez głowę, gdy po raz pierwszy ujrzał Wersal!
Teraz... Trianon, piękne Trianon, miało dla niego najstraszniejsze wspomnienia: nieszczęścia i hańby.
O dziewiątej zajechał na miejsce, wyjął kartę audjencyjną i stanął obok drzwi pawilonu.
Spostrzegł wkrótce, o jakie sto kroków, Marję-Antoninę, rozmawiającą z budowniczym.
Młoda delfinową owinięta była w płaszcz sobolowy, maleńki kapelusik a la Watteau dopełniał stroju tej czarownej istoty.
Kiedy niekiedy głos jej srebrzysty i przenikający dochodził do Filipa i poruszał w nim wszystkie struny serdeczne.
Kilka osób, mających zapewne też przyobiecaną chwilkę rozmowy z następczynią tronu, weszło do przedpokoju.
Woźny wyprowadzał po kolei każdego do ogrodu.
Marja-Antonina ze zwykłą swobodą wysłuchiwała prośby i dawała znak do odejścia, Wkońcu przyszła kolej na Filipa, Już przedtem spostrzegł, iż delfinowa przypatruje mu się zdaleka; oficer, zaczerwieniony po białka oczu, czekał cierpliwie.
Woźny zbliżył się do niego, oznajmiając, iż chwila stosowna nadeszła, bo gdy dlelfinowa wejdzie do pawilonu, już nie przyjmie nikogo.
Filip zbliżył się szybko do delfinowej i skłonił się z szacunkiem.
Szwajcar przeczytał głośno z karty audjencyjnej:
— Pan Filip de Taverney.
— A, prawda — odrzekła księżna.
I rzuciła na Filipa długie, przeciągłe i badawcze spojrzenie.
Młodzieniec stał schylony w głębokim ukłonie.
— Dzień dobry panie de Taverney — odezwała się Marja-Antonina. — Jakże się miewa panna Andrea?...
— Niedobrze, Wasza Królewska Mość — odrzekł Filip — ale siostra moja wzruszoną będzie pamięcią Jej Królewskiej Wysokości.
Delfinowa nic nie odpowiedziała.
Wiele cierpień i smutków wyczytała na bladem czole młodzieńca; z trudnością też poznawała w nim eleganckiego oficera, który ją pierwszy powitał na ziemi francuskiej.
— Panie Mique — rzekła, zwracając się do budowniczego, — wiesz pan już, jak chcę mieć przerobioną salę do tańca, zatem wszystko załatwione. Przebacz pan, że trzymałam cię tak długo na zimnie.
Była to grzeczna odprawa.
Mique ukłonił się i odszedł.
Delfinowa skinieniem głowy dała znak do odejścia osobom, stojącym opodal, które też znikły natychmiast.
Filip struchlał; miałże i on odejść z niczem? Księżniczka przeszła obok niego.
— Mówiłeś pan przed chwilą, że siostra jest cierpiąca?... — zagadnęła.
— Jeśli nie chora, to przynajmniej bardzo osłabiona.
— Osłabiona! — zawołała delfinowa — wyglądała jak uosobienie zdrowia!
Filip pochylił głowę.
Następczyni tronu rzuciła nań badawcze, prawdziwie orle, spojrzenie.
— Pozwól pan, że przejdę się nieco — rzekła po chwili milczenia.
Postąpiła kilka kroków; Filip pozostał na miejscu.
— Jakto!... nie towarzyszysz mi pan? — odezwała się Marja-Antonina, odwracając się szybko.
W dwóch krokach oficer był przy niej.
— Dlaczego nie informowałeś mnie pan dotąd o zdrowiu Andrei, którą interesuję się bardzo.
— Niestety!... — rzekł Filip — Wasza Królewska Wysokość powiedziała... Wasza Wysokość interesowała się moją siostrą... ale teraz...
— I teraz się nią interesuję bezwątpienia... Zdaje mi się, iż panna de Taverney opuściła nas bardzo niespodzianie.
— Konieczność, pani!... — rzekł cicho Filip.
— Konieczność!... to straszne słowo... Wytłumacz mi je pan.
Filip milczał.
— Doktór Louis — ciągnęła dalej delfinowa — mówił mi, że powietrze tutejsze nie służy jej i dodał, że panna Andrea u siebie na wsi prędko odzyska siły. Oto wszystko, co mi powiedziano; panna de Taverney złożyła mi wizytę pożegnalną. Blada była i rozczulona, wzruszyła mię bardzo, bo płakała serdecznie!...
— I szczerze — odparł Filip z bijącem sercem — takie łzy nie kłamią.
— Zdawało mi się, że ojciec pański zmusił córkę, ażeby przyjechała do Wersalu i że to biedne dziecko więdło tutaj, bez swej wsi rodzinnej; a może jeszcze jakie inne uczucie...
— Andrea żałuje tylko Waszej Królewskiej Wysokości.
— I cierpi... dziwna choroba, którą powietrze rodzinne miało uzdrowić, a tylko pogorszyło...
— Choroba mej siostry nastąpiła wskutek okropnych zmartwień, które doprowadziły ją do rozpaczy. Panna de Taverney kocha na całym świecie tylko Jej Królewską Wysokość i mnie, teraz jednak ukochała Boga nadewszystko, starałem się o audjencję, aby prosić o pomoc pani w urzeczywistnieniu tego życzenia Andrei.
Delfinową podniosła głowę.
— Chce zostać zakonnicą?...
— Tak, pani.
— I pan nato pozwoli, pan, który przecie kochasz to dziecko?
— Znam położenie i to ja nawet radziłem jej tak postąpić. O, świat nie powie, żem skorzystał na wstąpieniu do klasztoru mej siostry; nie posiadamy nic.
Delfinowa przystanęła.
— Właśnie o tem myślałam; nie jesteście bogaci?...
— Pani...
— Tylko bez fałszywego wstydu, mój panie; tu idzie o szczęście tej biedaczki... odpowiedz mi więc, panie Filipie, szczerze, jak uczciwy człowiek... którym jesteś — wiem o tem.
Oczy Filipa spotkały się z błyszczącemi oczyma Marji-Antoniny.
— Odpowiem pani — odrzekł.
— Więc konieczność zmusiła siostrę pańską do opuszczenia świata?... Niech więc mówi!... Mój Boże!... My, książęta, jesteśmy nieszczęśliwi!... mamy serce do żałowania nieszczęśliwych, ale brak nam tej przenikliwości, ażebyśmy mogli odgadnąć nieszczęście poza delikatną osłoną. Odpowiedz mi pan szczerze: czy nie tak?...
— Nie, pani — odrzekł stanowczym głosem Filip — nie o to chodzi. Siostra moja chce wstąpić do klasztoru w Saint-Denis, lecz mamy tylko trzecią część potrzebnej sumy.
— Jakto, nie posiadacie nawet sześćdziesięciu tysięcy franków! cały wasz majątek wynosi dwadzieścia tysięcy!
— Prawie tyle; ale wiemy, że gdy Wasza Wysokość rzeknie jedno słowo, przyjmą Andreę do Saint-Denis bez grosza.
— Naturalnie, mogłabym...
— Oto jedyna prośba, jaką zanoszę do Waszej Wysokości, jeżeli nie umieściła już kogoś u księżnej Ludwiki.
— Pułkowniku, zadziwiasz mnie! — zawołała księżna delfinowa — jakto, tyle więc mam szlachetnej nędzy obok siebie! Ech, pułkowniku, to nie dobrze, żeś mnie tak oszukiwał.
— Nie jestem pułkownikiem — odrzekł smutnie Filip — jestem tylko wiernym sługą Waszej Królewskiej Wysokości.
— Nie jesteś pan pułkownikiem?... Od kiedyż to?
— Nie byłem nim nigdy.
— Wszak król obiecał panu regiment w mojej obecności.
— Ale dyplom nie został mi wydany.
— Miałeś pan już jednak rangę...
— Zrzekłem się jej, wpadłszy w niełaskę króla.
— A to czemu?
— Nie wiem.
— O! — zawołała ze smutkiem delfinowa — och! ten dwór!
Filip uśmiechnął się melancholijnie.
— Jesteś, Wasza Wysokość, aniołem z nieba — wyrzekł z zapałem — i żałuję że nie będę służyć rodzinie królewskiej, abym mógł umrzeć za Waszą Wysokość!
Żywy rumieniec zabarwił twarz delfinowej.
Filip zakrył oczy rękami, księżniczka nie próbowała go pocieszać, ani odrywać od myśli, które go teraz zajmowały.
Milcząc i oddychając z trudnością, zerwała różę bengalską i nerwowym ruchem odrywała jej listki.
Filip oprzytomniał.
— Przebacz mi Wasza Wysokość — rzekł cicho.
Delfinową nic nie odpowiedziała.
— Jeżeli panna de Taverney nie zmieni zamiaru, choćby jutro może wstąpić do Saint-Denis, — rzekła gorączkowo — a pan... za miesiąc będziesz dowódcą regimentu, ja tak chcę!
— Księżno — odparł Filip — bądź tak dobrą, i pozwól mi się wytłumaczyć. Siostra moja przyjmie z wdzięcznością łaskę Waszej Królewskiej Wysokości, ale ja muszę odmówić.
— Odmawiasz pan?
— Tak jest; obrażono mnie na dworze... Moi nieprzyjaciele znajdą sposób prześladowania mnie.
— Co! nawet przy mojej protekcji?
— Nadewszystko przy łaskawej protekcji Waszej Wysokości — odrzekł młodzieniec stanowczo.
— To prawda! — szepnęła, blednąc, następczyni tronu.
— Zresztą, zapomniałem, mówiąc do Waszej Wysokości, że nie mam szczęścia na świecie... zapomniałem, iż będąc w cieniu, nie mogę już wyjść z niego; a w cieniu człowiek z sercem — modli się i pamięta!
Filip wymówił te słowa głosem, który wstrząsnął księżnę do głębi.
— Przyjdzie dzień — rzekła — gdy będę mogła wykonać to, o czem obecnie mi tylko marzyć wolno. Panie, siostra twoja ma wolny wstęp do Saint-Denis.
— Dziękuję Waszej Wysokości.
— Co do pana... chcę, abyś mnie poprosił o co.
— Ależ, Wasza Wysokość...
— Każę...
Marja-Antonina wyciągnęła ku niemu rękę, okrytą glansowąną rękawiczką.
Młodzieniec przykląkł i powoli przycisnął do niej gorące usta.
— Czekam na prośbę! — rzekła delfinowa, tak wzruszona, że nie usunęła ręki.
Filip schylił nisko głowę. Fala gorzkich myśli zalała mu mózg, jak burza rozbitka.
Wstał blady i zmieniony, oczy zalały mu się łzami.
— Błagam o paszport na wyjazd z Francji — rzekł — w dniu, w którym siostra moja wstąpi do klasztoru.
Delfinowa cofnęła się przerażona; może zrozumiała boleść, miotającą tym biednym rozbitkiem, bo nie znalazła innych słów, nadto jedno, jakie wymówiła prawie niezrozumiale:
— Dobrze!...
I znikła w alei cyprysowej, w alei drzew, które zdobią grobowce i wiecznie zachowują zieloność.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.