Józef Balsamo/Tom XII/Rozdział CLVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XII jako ePub Pobierz Cały tom XII jako PDF Pobierz Cały tom XII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CLVIII
DZIECKO BEZ OJCA

Dzień stanowczy, dzień wstydu nadchodził.
Andrea, pomimo coraz częstszych wizyt doktora Louis, pomimo czułych starań Filipa, coraz była smutniejsza, jak skazani, oczekujący dnia kary.
Nieszczęśliwy brat zastawał często swą siostrę w silnej gorączce, oczy miała suche, po całych dniach nie mówiła ani słówka, lub przebiegała pokój, jakby chciała uciec sama przed sobą, to jest przed bólem, który ją zabijał.
Pewnego wieczoru była bledszą, jeszcze niespokojniejszą i bardziej zdenerwowaną.
Filip natychmiast posłał po doktora; błagając, aby w nocy jeszcze przyjechał.
Było to dnia 29 listopada. Rodzeństwo rozmawiało o przedmiotach, najwięcej je obchodzących.
Andrea położyła się wcześniej, niż zwykle, Filip siedział obok kominka, służąca pojechała do Wersalu po doktora. Rolety nie były zapuszczone, światło lampy, stojącej na stole, odbijało na śnieżnym kobiercu ogrodu.
Filip czekał aż siostra uspokoi się trochę.
— Droga moja — rzekł stanowczo — czy postanowiłaś już cokolwiek?
— Co miałam postanawiać? — spytała z westchnieniem Andrea.
— Co do twego... dziecka?... — wyjąkał brat.
Andrea drgnęła.
— Chwila się zbliża...
— Mój Boże! Andrea tak zbladła, że Filip, przelękniony, zbliżył się i pocałował ją w rękę.
— Bracie — zawołała Andrea — nie jestem obłudnicą. Umiem odróżnić dobro od złego. Nie sądź mnie surowiej niż obłąkaną, gdy ci wypowiem to, co czuję.
— Cokolwiek powiesz, czy uczynisz, Andreo, będziesz dla mnie zawsze najukochańszą i najwięcej godną szacunku ze wszystkich kobiet na świecie.
— Dzięki, jedyny przyjacielu. Mam odwagę sądzić, iż jestem godną twego przywiązania. Jestem matką, Filipie, ale Bóg chciał, tak przynajmniej sądzę — dodała z goryczą, — że macierzyństwo musi być podobne do owocowania u roślin. Owoc przychodzi po kwiecie. Kwitnienie, podług mnie, to miłość.
— Masz słuszność, Andreo.
— Ja nie zaznałam tej przemiany; nie kochałam! O, mam umysł czysty, również jak ciało... A jednak... smutne zrządzenie losu!... Pan Bóg zsyła mi to, o czem nawet nie marzyłam. Matka, która cierpi, wydając dziecko na świat, przeczuwa swój los i godzi się nań ochotnie, ja nic nie wiem, nic nie przeczuwam; drżę na samą myśl o tem zdaje mi się, że prowadzić mnie będą na szafot... Filipie, jestem przeklętą! — Andreo!
— Filipie, ja czuję, że nienawidzę już tego dziecka! och! tak! nienawidzę! Nie zapomnę nigdy dnia, w którym uczułam jego ruchy; matki cieszą się z tego, a ja przeklinałam... Jestem niegodziwą matką! Jestem przeklętą!
— Na litość boską, Andreo, uspokój się; mówisz jak obłąkana, to przecież twoje dziecko!... ja je już kocham, bo ono twoje.
— Ty kochasz je! — zawołała z gniewem — i mnie, mnie to mówisz! Kochasz więc moją hańbę! Mówiłam ci już, nie jestem ani podłą, ani fałszywą i dlatego przyznaję że nienawidzę tego dziecka. Przeklinam je, bo może być podobne do ojca... Do jego ojca!... Och! umrę kiedykolwiek, gdy przypomnę sobie to słowo: ojciec! Boże wielki! — krzyknęła, rzucając się na kolana — nie mogę zabić tego dziecka, bo Ty mi je zesłałeś; Boże, nie mogę zabić siebie, boś mi żyć kazał, ale cię proszę, błagam, Boże miłosierny, Boże wielki, zabierz to dziecko! Boże, zabij je! wybaw mnie! zemścij się za mnie!
Nieszczęśliwa kobieta uderzała głową o marmur kominka. Filip w żaden sposób nie mógł jej oderwać.
Wtem drzwi się otworzyły, służąca wprowadziła doktora, który odrazu odgadł, co się dzieje.
— Pani — rzekł nakazującym głosem, — uspokój się, nic temu nie poradzisz a przybliżasz tylko moment stanowczy. Ty — rzekł, zwracając się do służącej — przygotuj wszystko to, o czem mówiłem przez drogę. Panie Filipie, bądźże rozsądniejszym od siostry, pomóż mi uspokoić panią.
Andrea, zawstydzona, zerwała się z miejsca, Filip posadził ją na fotelu.
Chora zaczerwieniła się gwałtownie, wszystkie fibry drgały, ręce załamała; okrzyk bólu wydarł się z jej piersi.
— Ten gniew i wzruszenie przyśpieszyły rozwiązanie — rzekł doktór — panie de Taverney odejdź do swego pokoju i... odwagi.
Filip, ze łzami w oczach, zbliżył się do siostry, która objęła go rękoma za szyję; ściskała go z sił całych, przyłożyła usta do jego twarzy i szepnęła:
— Żegnam cię!... żegnam!... żegnam!...
— Doktorze — krzyknął Filip z rozpaczą, — słyszałeś?
Louis rozłączył przemocą dwoje nieszczęśliwych, posadził Andreę na fotelu, wyprowadził Filipa do drugiego pokoju i zamknął za nim drzwi na klucz.
Spuścił rolety, firanki, pozamykał drzwi.
W pokoju został doktór, kobieta i Bóg, czuwający nad wszystkiem.
O trzeciej nad ranem doktór otworzył drzwi, poza któremi płakał i jęczał Filip.
— Siostra pana dała życie synowi — rzekł spokojnie, — ale nie wchodź pan, bo śpi.
— Śpi... czy doprawdy?
— Gdyby było inaczej, powiedziałbym panu. Siostra pańska dała życie synowi, ale dziecko zabiło matkę; zresztą zobacz pan.
Filip wszedł do pokoju.
— Słyszysz pan oddech?
— Tak! tak! — zawołał Filip, ściskając doktora.
— Teraz, wiesz pan już, że przyjęliśmy mamkę. Przejeżdżając, przypomniałem tej kobiecie, aby była w pogotowiu, ale musisz pan sam po nią pojechać. To też skorzystaj ze snu chorej i jedź po mamkę moim powozem.
— A ty, doktorze?
— Ja tu, obok, na placu, mam pacjenta niebezpiecznie chorego, muszę tę noc przepędzić u jego łoża.
— Ależ takie zimno.
— Mam płaszcz.
— Miasto nie bardzo jest bezpieczne o tej porze.
— Dwadzieścia razy, od lat dwudziestu już mnie zaczepiano, za każdym razem odpowiedziałem: Mój przyjacielu, jestem doktorem. Chcesz wziąć mój płaszcz? Weź go; tylko mnie nie zabijaj, bo mój chory umrze beze mnie. Płaszcz mój ma już lat dwadzieścia; złodzieje nie mieli ochoty go zabrać.
— Poczciwy doktorze! Do jutra, wszak prawda?
— Jutro o ósmej rano będę tutaj. Dowidzenia.
Doktór kazał służącej usiąść obok pani i nie odstępować jej ani na chwilę. Chciał dziecko ułożyć obok matki, ale Filip, któremu jeszcze brzmiały w uszach straszne słowa Andrei, błagał doktora, aby dziecko położyć gdzieindziej. Doktór zaniósł dziecko do pokoju służącej, następnie udał się do swego chorego. Filip pojechał powozem na ulicę Montorgueil.
Służąca usnęła na fotelu obok Andrei.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.