Józef Balsamo/Tom XII/Rozdział CLIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XII jako ePub Pobierz Cały tom XII jako PDF Pobierz Cały tom XII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CLIX
PORWANIE

Sen, następujący po wielkich wstrząśnieniach i zmęczeniu, jest tak mocnym, że odrywa prawie duszę od ziemi.
Andrea, obudziwszy się, zobaczyła przy sobie śpiącą służącą.
Z rozkoszą odpoczywała teraz.
Jednak chora nie była zupełnie rozbudzona, zdawało się jej że śni, a było jej tak jakoś błogo...
Przez tę ciszę przedarł się jakiś cichy głosik. Wtedy to Andrea oprzytomniała, i nie było już dla niej spokoju, pamięć wróciła, a z nią nienawiść.
Ten krzyk dziecka sprawił na niej wrażenie nieokreślenie bolesne.
Uczuła, że brat, oddalający to biedactwo od niej, postąpił barbarzyńsko.
Andrea, przeklinająca swe dziecko przed urodzeniem, teraz była wzruszoną, usłyszawszy ten płacz.
— Może cierpi — pomyślała. — Ale co mnie obchodzić może jego cierpienie?
Dziecko zapłakało żałośnie.
Rzecz dziwna, chora zadrżała.
Zdawało jej się, że coś ją łączy na wieki z tą małą, płaczącą istotką.
— Nie trzeba — myślała matka — aby to dziecko skarżyło się na mnie przed Bogiem. Jak ono płacze! Wszak można zabić, ale nie męczyć.
Andrea słabym głosem próbowała obudzić służącą, ale wiejska dziewucha spała mocno.
Zresztą dziecko już nie płakało.
— Zapewne już mamka przyjechała — myślała chora, o słyszę otwierające się drzwi... ktoś chodzi... biedactwo już się nie skarży. Och! więc to jest mamka, która zajęła się dzieckiem. Dziecko, moje dziecko, znajdzie matkę, a później dziecko to może mnie znać nie będzie, mnie, która tyle cierpiałam. O, to być nie może, mam prawo kochać je, musi mię szanować, mnie — matkę!
— Małgorzato! — zawołała głośniej — Małgorzat!
Chłopka poruszyła się na fotelu.
— Czy słyszysz? — spytała Andrea.
— Tak, tak — odezwała się, przychodząc do siebie Małgorzata. I zbliżyła się do łóżka.
— Czy pani chce pić?
— Nie...
— Chce się pani dowiedzieć, która godzina?
— Nie... nie...
Andrea spoglądała na drzwi.
— A! rozumiem... Pani chce się dowiedzieć, czy pan Filip powrócił?
Andrea walczyła ze swą słabością całą siłą dumnego i odważnego serca.
— Ja chcę... chcę... — wyjąkała wreszcie; — otwórz te drzwi.
— Dobrze. O! jak tu zimno... Co za wiatr...
Rzeczywiście, przez uchylone drzwi, wiatr wdzierał się do pokoju.
— Zapewne mamka zostawiła drzwi otwarte, lub może okno. Zobacz Małgorzato. Temu... dziecku musi być bardzo zimno.
— Przykryję je — odrzekła.
— Nie! nie... — szepnęła matka suchym i ostrym głosem — przynieś je do mnie.
Służąca zatrzymała się na środku pokoju.
— Proszę pani, pan Filip zabronił mi przynosić dziecka do pani, będzie przeszkadzało... pani musi leżeć spokojnie.
— Przynieś mi natychmiast moje dziecko! — krzyknęła rozpaczliwie młoda kobieta.
W oczach jej błyszczały łzy, do których się pewnie uśmiechnęły aniołki opiekuńcze dzieci.
Wieśniaczka żywo wyszła z pokoju.
Andrea ukryła twarz w dłoniach.
Służąca wróciła natychmiast, a przerażenie malowało się na jej twarzy.
— Cóż? — spytała Andrea.
— Proszę pani... ktoś był tutaj...
— Jakto, ktoś?... któż więc?
— Proszę pani, dziecka niema.
— Słyszałam kroki przed chwilą... mamka zapewne przyszła, ale gdzie jest mój brat? zobacz, może w swym pokoju...
Małgorzata pobiegła do sąsiedniego gabinetu.
— Nikogo niema!
— A! proszę pani, ktoś otwiera drzwi ogrodu.
— Zobacz prędzej!
— Pan Filip powraca... Wejdź pan!
Filip wszedł rzeczywiście; za nim wsunęła się mamka w grubym płaszczu chłopskim.
— Siostro moja, jestem, jestem...
— Jakiś ty dobry, mój bracie, tak się tem trudzisz i niepokoisz.
A! mamka... bałam się, że już odjechała...
— Jakto?... dopiero ją przywiozłem.
— Chcesz powiedzieć, że powraca? O, słyszałam kroki...
— Nie pojmuję, o czem mówisz... nikt...
— O! dziękuję ci, bracie, żeś nie wywiózł tego dziecka, zanimbym je uściskała, znasz moje serce... Filipie... bądź spokojny, będę kochała mego... syna.
Filip okrywał pocałunkami twarz siostry.
— Powiedz mamce, niech mi je poda... — szepnęła matka.
— Ależ, panie — ozwała się Małgorzata — wszak pan wie, że niema tutaj dziecka.
— Co?! co mówisz? — zawołał Filip.
Andrea patrzyła na brata obłąkanym wzrokiem.
Młody człowiek pobiegł do pokoju służącej.
Nie znalazł nic!
Andrea przyglądała się bratu w lustrze.
Widziała go, powracającego, z bladą twarzą, załamanemi rękoma, zrozumiała już połowę okropnej prawdy, krzyknęła, i padła zemdlona na poduszki.
Filip nie spodziewał się takiej rozpaczy, przybiegł do siostry i siłą pieszczot przywrócił ją do życia.
— Moje dziecko! moje dziecko! — szeptała Andrea.
— Trzeba ratować matkę — pomyślał Filip. — Siostro, droga moja, jesteśmy szaleni; zapomnieliśmy, że doktór zabrał dziecko ze sobą.
— Doktór! — krzyknęła matka z rozpaczą zwątpienia ale i z nadzieją zarazem.
— Tak, tak... straciłem głowę.
— Filipie...
— Andreo, bądźże rozsądniejszą ode mnie, gdzieżby mogło zginąć dziecko?...
Uśmiechnął się.
Andrea uniosła się na łóżku.
— Jednak ja słyszałam kroki...
— Co?
— Kroki.
Filip zatrząsł się.
— Niepodobna, wszak spałaś...
— Nie! nie, obudziłam się i słyszałam!...
— Więc słyszałaś powracającego doktora, wrócił, bo byt niespokojny o zdrowie dziecka, no i zabrał je z sobą... a wszak mówił mi o tem.
— Uspokajasz mnie...
— Mój Boże! wszak to nic nadzwyczajnego.
— Więc ja tu nie mam nic do roboty — odezwała się mamka.
— Prawda... Doktór czeka cię u siebie
— Tak?
Małgorzata spała tak mocno, że nie słyszała, co do niej mówił doktór... a może doktór nic nawet nie mówił.
Andrea uspokoiła się nieco.
Filip oddalił mamkę i służącą.
Andrea usypiała.
Młodzieniec, korzystając z tego, wziął lampę z gabinetu i wyszedł do przedpokoju: drzwi do ogrodu stały otworem, a na śniegu ujrzał ślady nóg.
— Boże wielki! kroki męskie!... Skradziono dziecko... Nieszczęście!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.