Józef Balsamo/Tom XII/Rozdział CLX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XII jako ePub Pobierz Cały tom XII jako PDF Pobierz Cały tom XII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CLX
WIEŚ HARAMONT

Ślady, które było widać na śniegu, były śladami Gilberta.
Nareszcie spełnił swą zemstę.
Życie prawie go nic teraz nie kosztowało.
Drobnemi grzecznościami przekonał do siebie panią Rousseau, a zupełnie zjednał ją sobie bardzo łatwym sposobem; często za oszczędzone pieniądze ofiarowywał pani Teresie małe prezenciki; to wstążkę do czepka, to butelkę słodkiego wina, lub inne przysmaki, które skąpa gospodyni bardzo lubiła.
Filozof genewski z radością ujrzał wkrótce swego protegowanego przy wspólnym stole.
Gilbert zdołał zaoszczędzić przez ostatnie dwa miesiące dwa złote luidory, które leżały pod siennikiem przy dwudziestu tysiącach liwrów hrabiego Balsamo.
Od samego rana Gilbert badał przez okno swych sąsiadów, najmniejszy ruch Andrei nie uszedł jego oka.
Mniej lub więcej zapuszczone rolety, miały dla niego swoje znaczenie; biedna Andrea w ostatnich miesiącach nie znosiła nawet światła dziennego.
W ten sposób Gilbert domyślał się stanu duszy panny de Taverney. Z równą skrupulatnością pilnował Filipa i pewnego wieczoru, podsłuchawszy, że młodzieniec ma zamiar udać się do Wersalu, szpiegował jego kroki.
Jakież było jego przerażenie, gdy się przekonał, iż Filip odwiedził doktora.
Po namyśle przyszedł do wniosku, że chwila mająca ziścić jego nadzieje, zbliża się.
Plan jego był następujący:
Za dwa luidory wynajął na przedmieściu Saint-Denis kabrjolet, który miał oczekiwać na jego rozkazy.
Przedtem jeszcze nasz energiczny bohater obeznał się z okolicami Paryża.
Razu pewnego zaszedł do małego miasteczka Villers-Cotterets.
Tu udał się do notarjusza, pana Niquet.
Przedstawił mu się jako syn intendenta wielkiego magnata, który go tu wysłał, aby wyszukał mamkę dla dziecka jednej ze swych oficjalistek.
Gilbert obiecał złożyć u pana Niąuet pewną sumę dla tego dziecka.
Pan Niąuet dał mu adres kobiety, która mu wykarmiła trzech synów; podobno teraz znów powiła dziecię, więc może być przydatną.
Kobieta nazywała się Magdalena Pitou.
Dowiedziawszy się o tem wszystkiem, Gilbert w najlepszym humorze powrócił do Paryża.
Teraz wytłumaczymy czytelnikom — dlaczego Gilbert przeniósł okolice Villers-Cotterets nad inne.
Pewnego dnia Rousseau opowiadał swemu uczniowi o wspaniałym lesie i sąsiadujących z nim wioskach.
Las ten nazywał się właśnie Villers-Cotterets.
Szczególniej jedna z wiosek, nosząca nazwę Haramont, zachwyciła filozofa, tak, że Rousseau zawołał z uniesieniem:
— Haramont to koniec świata, Haramont to pustynia; można tam żyć, będąc nieznanym i zapomnianym, jak ptak.
— Tam umieszczę moje dziecko, niech żyje w miejscu, które tak zachwyciło mistrza.
Jakaż była jego radość, gdy się dowiedział od pana Niquet, że Magdalena mieszka w Haramont.
Kabrjolet, wynajęty przez Gilberta nie był wprawdzie elegancki, ale zato bardzo wygodny.
Pan Niquet łatwo uwierzył zmyślonej bajce; elegancko ubrany Gilbert wyglądał rzeczywiście na syna jakiegoś intendenta.
Cała ta wyprawa miała ogromny powab dla naszego ex-ogrodniczka; posiadał on wyobraźnię poety i filozofa zarazem.
Wykraść dziecko srogiej matce, oddać je na wychowanie wieśniakom, złożyć pieniądze, więc uchodzić za wielkiego pana, wszystko to podobało się bardzo dumnemu chłopakowi.
Dzień fatalny się zbliżał.
Od dziesięciu już dni Gilbert spodziewał się katastrofy.
Pomimo mrozu sypiał przy otwarłem oknie, nie spuszczając z oczu mieszkania Andrei.
Ostatniego wieczoru spostrzegł rozmawiające przy kominku rodzeństwo; Andrea raptownie zerwała się z krzesła, za chwilę ujrzał wychodzącą z domu służącą.
Gilbert pobiegł co tchu po kabrjolet, za mały kwadrans powóz zaprzęgnięto, chłopak z niecierpliwością wskoczył weń i zatrzymał go dopiero na rogu małej uliczki.
Następnie powrócił na swoje poddasze, napisał list pożegnalny do Rousseau, dziękczynny do jego żony, tłumacząc swój nagły wyjazd spadłem nań dziedzictwem.
Wyjął pieniądze z pod siennika, zabrał ze sobą także długi nóż ogrodniczy i wsunął się do ogrodu.
Cofnął się jednak z przerażeniem; ogród zasłany był śniegiem.
Wszak pozostaną ślady i kto wie... odkryją go może.
Trzeba było obejść ulicę Coq-Héron i dostać się furtką do ogrodu; klucz do niej miał już od miesiąca w kieszeni.
Stąd do pawilonu Taverney’ów było zaledwie trzy kroki.
Właśnie w tej chwili zajechał doktór.
Gilbert schował się w ciemnej sieni pawilonu.
Noc ta była chyba najstraszniejszą nocą jego życia; słyszał wszystko — krzyki, jęki, a nawet pierwszy płacz swego syna.
Stał nieporuszony pod oknem, nie zważając na śnieg i mróz. Wkońcu doktór wyszedł z pokoju, Filip wyjechał z domu.
Gilbert odetchnął i przez uchyloną firankę zajrzał do pokoju.
Andrea leżała na łóżku uśpiona, obok niej na fotelu drzemała służąca; przerażone źrenice chłopaka szukały nadaremnie dziecka obok matki.
Zrozumiał wreszcie wszystko.
Otworzył wytrychem drzwi do pokoju Nicoliny i pociemku szukał na łóżku dziecka.
Zimne jego ręce dotknęły twarzyczki biedactwa; wydało krzyk, który usłyszała Andrea.
Gilbert z pośpiechem zawinął syna w kołdrę i wyszedł z pawilonu.
Drzwi nie zamknął za sobą, bojąc się, aby ich skrzyp nie rozbudził służącej.
W minutę później wsiadł do kabrjoletu, zapuścił skórzane firanki i rozkazał woźnicy pędzić co sił w stronę rogatki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.