Józef Balsamo/Tom XII/Rozdział CLXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XII jako ePub Pobierz Cały tom XII jako PDF Pobierz Cały tom XII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CLXI
RODZINA PITOU

Podczas tej wyprawy wszystko przerażało Gilberta: przejeżdżające powozy, skrzyp kół, a nadewszystko płacz dziecka.
Jeszcze przed wschodem słońca dostali się do Dammartin; Gilbert, zmieniwszy konie, udał się w dalszą drogę.
Dziecko spało spokojnie, ale nad ranem zaczęło kwilić.
Przestraszony ojciec śpiewał mu piosenkę.
Zgrzyt kół na śniegu, fałszywe tony Burbonki, nuconej przez woźnicę i śpiew Gilberta — tworzyły iście djabelską harmonję.
Stangret nawet nie wiedział, co jego pasażer ma w zawiniątku.
Gilbert o kilkadziesiąt kroków od Villers-Cotterets kazał zatrzymać konie, zapłacił sześć franków i udał się pieszo do Haramont.
Śnieg przestał padać, ale zimno było przejmujące.
Gilbert przytulił dziecko do piersi i puścił się odważnie w drogę.
Jak okiem dojrzeć, biały płaszcz otulił ziemię, okryte śniegiem drzewa błyszczały na słońcu jak brylantowe; wszystko to działało na wyobraźnię młodzieńca.
Zdaleka widział dym kominów wiejskich, dzwonek kościelny odbijał się w lesie tysiącznem echem.
W kwadrans zaszedł nasz młody ojciec do oberży, pytając o mieszkanie Magdaleny Pitou.
Dwoje dzieci ofiarowało mu się wskazać jej chatkę.
Po chwili doszli do strumyka, dzielącego wieś na dwie połowy, mały mostek stanowił przejście.
— To tutaj — zawołały dzieci.
Gilbert podziękował małym przewodnikom, przeszedł mostek i otworzył drzwi chatki rodziny Pitou; przez ten czas dzieci ze zdumieniem przypatrywały się eleganckiemu panu.
Miły widok przedstawiało wnętrze tego domku.
Młoda wieśniaczka karmiła kilkomiesięczne dziecko, obok niej klęczał ładny chłopiec czteroletni i odmawiał pacierz.
W głębi — kobieta trzydziesto lub trzydziestopięcioletnia, przędła, pod ławą drzemał duży pies; ten dosyć przychylnie przywitał wchodzącego.
Modlący się chłopczyk odwrócił jasnowłosą główkę, gdy obydwie kobiety wydały okrzyk zdumienia.
Gilbert uśmiechnął się.
— Witam panią Magdalenę — rzekł przyjaźnie.
— Pan zna moje imię? — spytała kobieta, zdumiona.
— Jak pani widzisz; ale nie przeszkadzaj sobie, pani, bardzo proszę. Zamiast jednego dziecka, będziesz pani miała dwoje do karmienia.
I położył swego syna w kolebkę chłopskiego niemowlęcia.
— Ach! co za śliczne dziecko! — zawołała kobieta.
— Rzeczywiście — dodała druga z uśmiechem.
— Ta pani jest pewnie siostrą...
— Tak, panie, to moja siostra — odrzekła Magdalena.
— To moja ciocia — dodał chłopczyk.
— Cicho bądź — rzekła matka — przeszkadzasz panu.
— To, co pani zaproponuję, jest bardzo zwykłą rzeczą. Jest to syn zrujnowanego dzierżawcy mego pana, który będąc krewnym biedaka, zajmuje się losem tego dziecka... pragnie, ażeby wychował się na wsi i został dobrym rolnikiem. — Czy może pani zaopiekować się tem dzieckiem?...
— Ależ, panie...
— Urodziło się wczoraj, nie miało jeszcze mamki — przerwał Gilbert. — Jest to dziecko, o którem pani zapewne już wspomniał pan Niquet.
Magdalena wyjęła dziecko z kołyski i wzięła je do piersi z dobrotliwością, która wzruszyła ojca do głębi.
— Nie oszukano mnie — rzekł — jesteś pani uczciwą kobietą; chłopczyka tego powierzę pani. Ile pani płacił miesięcznie pan Niquet?
— Dwanaście franków, ale pan Niquet jest bogaty; nieraz przysyłał mi też po kilka franków na cukier.
— Matko Magdaleno — odrzekł z dumą Gilbert — to dziecko płacić wam będzie dwadzieścia franków miesięcznie, co wyniesie dwieście czterdzieści franków rocznie.
— Jezusie!... — zawołała kobieta, klasnąwszy w dłonie. — Dziękuję panu.
— Oto za pierwszy rok — i Gilbert położył na stole dziesięć pięknych luidorów, widok których zachwycił kobiety..
— Ale — jeżeli dziecko umrze? — spytała mamka.
— Byłoby to straszne nieszczęście, które, mam nadzieję, nie nastąpi. Zatem rachunek już zapłacony, czyście zadowoleni?...
— O!... tak!... tak, panie.
— To dopiero zapłata za rok jeden, dalej...
— Więc dziecko u nas pozostanie?...
— Prawdopodobnie.
— W takim razie zastąpimy mu rodziców.
Gilbert zbladł.
Tak — wyjąkał stłumionym głosem.
— Więc to biedactwo zupełnie jest opuszczone?
Gilbert nie był przygotowany na te pytania i poruszył się niecierpliwie.
— Zapomniałem wam powiedzieć: ojciec tego dziecka umarł ze zmartwienia.
Kobiety były widocznie wzruszone.
— A matka?...
— O!... matka... matka... to dziecko nie powinno nigdy liczyć na matkę... — wybełkotał Gilbert.
Dalszą rozmowę przerwał, wracający z pola, ojciec Pitou.
Był to człowiek znany z uczciwości; świeża twarz jego przypominała wieśniaków z obrazów Greuze‘a.
Kobiety wytłumaczyły mu w kilku słowach wszystko.
Gilbert dodał, że chce zapłacić za cały czas, dopóki dziecko nie wyrośnie na dzielnego chłopca.
— Dobrze — odparł Pitou. — Ładne maleństwo.
— Chodź więc pan ze mną do pana Niquet, złożę u niego należną ci sumę.
Pitou-ojciec wstał z ławy.
Gilbert pożegnał się z kobietami i nachylił się nad kołyską maleństwa.
Zdawało mu się, że dziecko już jest podobne do Andrei.
Z całych sił powstrzymał łzę, cisnącą mu się do oczu; złożył na brwi synka drżący pocałunek i cofnął się.
Nogi uginały się pod nim.
Pitou oczekiwał już na progu.
Gilbert ofiarował małemu Pitou pół luidora i wyszedł, obsypany błogosławieństwami przez kobiety.
Cała ta scena zbyt wstrząsnęła ośmnastoletnim ojcem; rozdrażniony był do najwyższego stopnia.
— Idźmy, ojcze!... — odezwał się porywczo do Pitou.
— I owszem.
Udali się w drogę.
— Panie!... Panie!... — zawołała Magdalena.
— Co się stało?... — spytał Gilbert.
— Jak na imię dziecku? Jak mamy je nazywać?...
— Gilbert! — odparł z dumą młodzieniec.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.