Józef Balsamo/Tom XII/Rozdział CLXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XII jako ePub Pobierz Cały tom XII jako PDF Pobierz Cały tom XII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CLXII
ODJAZD

Gilbert załatwił prędko interes u notarjusza; złożył u niego w swojem imieniu dwadzieścia tysięcy franków.
Na wykształcenie i utrzymanie dziecka pięćset franków rocznie przez lat piętnaście, reszta pieniędzy miała być obróconą, gdy chłopiec dorośnie, na kupienie kawałka ziemi dla niego.
Następnie Gilbert pomyślał o opiekunach.
Dwa tysiące franków miał dać chłopiec ojcu Pitou, po skończeniu lat ośmnastu, tymczasowo zaś pan Niquet, obowiązany był wypłacać wieśniakowi corocznie pięćset franków.
Gilbert działał bardzo ostrożnie, wziął kwit od Niquet’a na złożoną sumę, Pitou akt podpisał.
Jednem słowem, wszystko było w porządku i około południa Gilbert opuszczał Haramont, żegnany przez uradowanego Pitou.
Gdy wyszedł za wioskę, zdawało się mu, że znajduje się na końcu świata.
Dotychczas był chłopcem, teraz stał się człowiekiem.
Pomimo wiary w przysłowia i nadzwyczajnej siły woli, Gilbert był bardzo znękany i zgnębiony i mógł powtórzyć za Cezarem:
„Czy dobrze uczyniłem, przechodząc Rubikon?“
Na skraju lasu młodzieniec przystanął.
Raz jeszcze rzucił okiem na piękną wieś i odetchnął z głębi piersi.
— Szalony jestem! — zawołał — dokąd dążę? Czy Bóg, który pozwolił mi wykonać mój zamiar, nie odwróci się teraz ode mnie?... On dozwolił mi naprawić złe, zesłał mi dobroczyńcę, który mi tak bezinteresownie ofiarował dwadzieścia tysięcy franków; teraz mam swego syna. Za dziesięć tysięcy franków, bo drugie dziesięć należą do dziecka, mogę tu pozostać i żyć spokojnie. Boże Wielki!... tak mógłbym tu żyć i wychowywać sam mego syna!... Dlaczegóż nie?... Nikt nie odgadnie pobytu mego w tej wsi odludnej. Zresztą wyznałbym Niquet‘owi, że jestem ojcem tego biedactwa i zakończyłbym wszystko.
Nieznana radość wstąpiła mu w piersi, szczęście, o którem nawet marzyć nie śmiał, mogło się zamienić w rzeczywistość.
Lecz robak, gnieżdżący się w tym pięknym owocu, podniósł głowę: były to wyrzuty sumienia.
— Nie, nie mogę tu żyć spokojnie — pomyślał Gilbert, — skradłem tej kobiecie dziecko i honor... skradłbym hrabiemu pieniądze, gdybym tu pozostał. Nie mam prawa być szczęśliwym; o!... nie mam prawa cieszyć się dzieckiem, gdy ona go mieć nie może. To dziecko należeć będzie albo do nas obojga, albo do nikogo.
Każde słowo krwawiło serce biedaka.
— Niech i tak będzie! — zawołał wreszcie, — niech będę nieszczęśliwym, moją ojczyzną będzie zemsta i nieszczęście!... Nie bój się, Andreo, nie będę szczęśliwszym od ciebie!...
Nie odwracając się już, poszedł dalej; miał nadzieję, że za cztery dni dostanie się do Normandji.
Całym jego majątkiem było dziewięć franków i kilka groszy.
Z książką pod pachą i inteligentną miną wyglądał na studenta, powracającego do rodziny.
Nocą szedł gościńcem, w dzień — łąkami lub lasami, pewnego razu był już tak zmęczony, że musiał wstąpić do wiejskiej chałupy.
Zawsze się o coś zamówił.
— Wracam do mojego wuja do Rouen. Od Villers-Cotterets idę pieszo, ot, tak, dla rozrywki.
Nikt nie wątpił o prawdzie jego słów, wtedy książka była dostateczną rekomendacją.
Czasami jednak dziwiono się tej wyprawie, Gilbert nie tracił miny i opowiadał naiwnym wieśniakom, iż udaje się do seminarjum.
Gilbert szedł tak dni ośm, podczas których żył jak wieśniak i potrzebował zaledwie dwudziestu kilku sous dziennie.
Przybył do Rouen znużony, ale pełen nadziei.
Książka, którą trzymał pod pachą była to: „Nowa Heloiza“ Rousseaua.
Ofiarował mu ją filozof ze stosownym napisem na tytułowej kracie.
Gilbert wydarł tę kartę, schował ją starannie, a książkę sprzedał za trzy franki.
W ten sposób, w ciągu trzech dni, doszedł do Havru, gdzie po raz pierwszy w życiu zobaczył morze.
Buciki jego były w rozpaczliwym stanie, bohater nasz sprzedał więc, a raczej zamienił jedwabne pończochy na grube ale całe obuwie.
Tej nocy odpoczął po długiej podróży i w oberży jadł pierwszy raz w życiu ostrygi.
—.To potrawa bogatych — pomyślał — Bóg i mnie dał jej skosztować, bo On dobry, ludzie tylko są źli, jak mówi Rousseau.
O dziesiątej z rana, dnia 13 grudnia, Gilbert wszedł do portu, gdzie ujrzał Adonis’a, piękny okręt, odpoczywający w przystani.
Port był pusty.
— Gdzie kapitan? — zapytał majtka.
Majtek oddalił się. Wkrótce powrócił.
— Proszę wejść.
Zaprowadzono Gilberta do małego, gustownie umeblowanego, pokoiku.
Młody, zaledwie trzydziestoletni, mężczyzna wstał na jego spotkanie.
Gilbert dał mu do zrozumienia, ażeby oddalił majtka.
— Czego pan sobie życzy?
— Czy pan jesteś kapitanem Adonis‘a? zapytał Gilbert.
— Tak, panie.
— Zatem do pana zaadresowany jest ten papier?
I podał mu pismo hrabiego Balsamo.
Zaledwie kapitan przeczytał bilecik, podał rękę Gilbertowi i rzekł z uśmiechem.
— A! i pan także?... Taki młody?... Dobrze.
— Dokąd się pan udaje?
— Do Ameryki.
— Kiedy?
— Naturalnie — wtedy, kiedy i pan.
— Zatem za ośm dni.
— Cóż będę robił przez ten czas, kapitanie?
— Czy masz pan paszport?
— Nie.
— Cały dzień dzisiejszy może się pan przechadzać po mieście, a wieczorem powracaj do mnie. Tylko nie mów z nikim.
— Muszę jeść, a nie mam pieniędzy.
— Będziesz pan jadł tutaj.
— A później?
— Pozostaniesz pan ukryty na okręcie; dopiero gdy będziemy na pełnem morzu, będziesz znów zupełnie swobodny i bezpieczny.
— Dobrze.
— Załatw pan dzisiaj wszystko.
— Muszę napisać list.
— Napisz pan...
— Ale gdzie?
— O, tu na tym stole... oto papier i pióro; majtek zaniesie list na pocztą.
— Dziękuję panu.
Gilbert, pozostawszy sam, napisał list i wypisał na kopercie następujący adres:
„Panna Andrea de Taverney. Paryż, ulica Coq-Héron, Nr. 9, pierwsza brama od ulicy Plâtrière.
Następnie zjadł obiad, który mu podał sam kapitan i udał się z majtkiem na pocztę, gdzie list wrzucił do skrzynki.
Cały dzień tułał się po mieście, wieczorem powrócił na statek.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.