Józef Balsamo/Tom XII/Rozdział CLXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XII jako ePub Pobierz Cały tom XII jako PDF Pobierz Cały tom XII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CLXIII
OSTATNIE POŻEGNANIE

Filip nie zmrużył oka przez całą noc.
Te ślady na śniegu nie dawały mu spokoju.
Ktoś więc skradł dziecko, ale kto?
Filip znał dobrze pana de Taverney. Pewnym był, że baron podejrzewa Ludwika XV, iż jest ojcem tego dziecka.
Zależało mu też, niewątpliwie, bardzo wiele na utrzymaniu przy życiu tego żywego dowodu niewierności króla względem pani Dubarry.
Baron miał zapewne nadzieję, iż Andrea powróci do łaski i szczodrze wynagrodzoną będzie za cały wypadek.
Filip był więc przekonany, że to pan de Taverney uwiózł to dziecko.
Od szóstej rano stał przed domem, chcąc uprzedzić doktora.
Dopiero około godziny ósmej zjawił się doktór i z najwyższem zdumieniem wysłuchał opowiadania młodzieńca. Przyjrzał się krokom na śniegu, ale nic więcej nie mógł wymyślić nad to, co przypuścił Filip.
— Nie, tegoby baron nie uczynił — rzekł po namyśle — sądzę raczej, iż mógł się tego dopuścić ojciec dziecka.
— O! — zawołał Filip — porzuć tę myśl, doktorze; ten nieszczęsny, sam biedny, skądżeby mógł wyżywić syna, to warjat, zapewne uciekł stąd daleko, musi się bać swego cienia. Rzeczywiście, doktorze, zdaje mi się, iż zginie marnie nawet beze mnie.
— Nie mówmy więc o nim.
— Drogi, jedyny nasz przyjacielu, musisz zgodzić się na kłamstwo: trzeba uspokoić Andreę; powiedz jej, doktorze, iż, będąc niespokojnym o zdrowie jej syna, zabrałeś go ze sobą w nocy. To mi najpierw przyszło na myśl i nie można już tego zmieniać.
— Owszem, powiem jej to, ale pan zajmiesz się wyszukaniem dziecka.
— Ja mam zamiar opuścić Francję. Andrea wstąpi do klasztoru w Saint-Denis; pojadę wtedy do pana de Taverney; powiem mu, że wiem wszystko, zmuszę go, aby oddał dziecko, pod groźbą wyznania wszystkiego delfinowej.
— A co pan uczynisz z dzieckiem, jeżeli je odnajdziesz?
— Oddam je na wychowanie mamce, którą mi pan zarekomendujesz, później oddam je do kolegjum, a gdy dorośnie, zabiorę z sobą.
116 — I pan sądzisz, iż matka opuści pana i dziecko?
— Andrea zgodzi się na wszystko, co zechcę, zresztą mówiłem jej o obietnicy delfinowej, więc już nie zmieni poprzedniego zamiaru.
— Wróćmy teraz do biednej matki — rzekł doktór.
Andrea spała cicho.
Pierwsze jej pytanie zaspokoił doktór z wesołą miną, powtórzył słowo w słowo zmyślenie Filipa.
Młoda kobieta, uspokojona, prędko wracała do zdrowia i po dziesięciu dniach wstała z łóżka.
Tego samego dnia Filip powrócił z Taverney.
Doktór znajdował się właśnie u Andrei.
Korzystając z nieobecności Andrei, która przechadzała się w cieplarni, doktór przybiegł do Filipa.
— I cóż? — zapytał ciekawie.
Młodzieniec miał tak zrozpaczoną minę, że doktór odgadł nieszczęście.
— Ojciec ma febrę z gorączką i leży w łóżku — odrzekł Filip — myślałem, że to tylko udana choroba, nie zważałem więc wcale, nalegałem, groziłem. Pan de Taverney przysiągł mi na Chrystusa, iż nie wie o niczem.
— Zatem nie wiemy nic.
— Nic.
— Przekonany pan jesteś o prawdzie słów barona?
— Prawie.
— O, pan baron nie łatwo da sobie wydrzeć sekret.
— Groziłem, iż wyznam wszystko delfinowej. Baron zbladł i odrzekł mi: Zgub mnie, jeżeli chcesz, zhańb mnie i siebie, będzie to szaleństwo, bo ja nie rozumiem, o co ci chodzi.
— Więc...
— Więc jestem w rozpaczy.
W tej chwili Filip usłyszał głos siostry.
— Czy to Filip powrócił?
— Wielki Boże! to ona... Co jej mam odpowiedzieć?
— Cicho! — szepnął doktór.
Andrea weszła do pokoju i uściskała brata z radością, która zmroziła krew w żyłach Filipa.
— Skąd wracasz? — spytała.
— Od barona.
— Jakże się miewa?
— Dobrze, dobrze. Andreo, widziałem się z osobami, które ci ułatwią wstęp do klasztoru; Bogu dzięki, jesteś już zdrową, możesz trochę pomyśleć o sobie.
Andrea zbliżyła się do brata.
— Drogi przyjacielu — rzekła słodko — moja przyszłość nie obchodzi mnie teraz; przyszłość mego dziecka leży mi na sercu, poświęcę się dla mego syna. Takie jest moje postanowienie, żyć będę dla niego, pracować, jeżeli potrzeba, ale nie opuszczę go nigdy; to moja przyszłość.
Nie chcę klasztoru, to byłby egoizm, należę już do kogoś; Bóg mnie więc nie potrzebuje!
Doktór spojrzał na Filipa, oczy jego zdawały się mówić:
— A co — nie mówiłem?
— Siostro droga, siostro, co mówisz? — zawołał Filip.
— Nie obwiniaj mnie bracie, to nie kaprys pięknej kobiety, zresztą nie będę cię męczyć więcej.
— Ależ... Andreo, ja nie mogę pozostać we Francji!... Nie mam majątku, opuściłbym cię, wiedząc, iż jesteś w klasztorze, ale mamże cię pozostawić w świecie, skazać na pracę?... Andreo...
— Przewidziałam wszystko... Kocham cię serdecznie Filipie, wiesz o tem, płakać więc będę za tobą, ale nie odstąpię kołyski mego syna.
— To szaleństwo! — przerwał doktór.
— Ach, dobry doktorze, cóż chcesz? Każda matka jest szaloną, gdy chodzi o dziecko, lecz to szaleństwo sam Bóg zsyła. Dopóki to dziecię będzie potrzebowało opieki, ja będę przy niem.
Filip zamienił z doktorem przerażone spojrzenie.
— Moje dziecko — odezwał się doktór — nie jestem duchownym, ale to wiem, że Bóg zabrania takiego przywiązania do kogokolwiek.
— Tak jest, Andreo — dorzucił Filip.
— Wszak Bóg nie zabrania matce kochać dziecka.
— Przebacz mi, córko, i słuchaj: we wszystkiem szukajmy przyczyny, nietylko moralnej, ale i materjalnej. Bóg zabrania matce przywiązywać się tak bardzo do dziecka, bo to jeszcze słaba, delikatna, roślinka, wystawiona na zło i cierpienia; kochać więc tak słabą istotkę, jest to narażać się na rozpacz.
— Doktorze — szepnęła Andrea — poco mi mówisz o tem?... skąd ta nagła bladość, Filipie?
— Droga moja — przerwał młodzieniec — posłuchaj mojej rady: jesteś już zdrowszą, wstąp do klasztoru.
— Ja!... Mówiłam ci już, że nie opuszczę mego syna.
— Dopóki będzie cię potrzebował, dziecko moje — wyrzekł wolno doktór.
— Mój Boże! — krzyknęła młoda kobieta — coś się stało okropnego? Mówcie!
— Ostrożnie — szepnął doktór do ucha Filipowi — biedna kobieta jest jeszcze bardzo osłabiona.
— Nie odpowiesz mi bracie. O!...
— Wiesz, iż przeszedłem przez Point-du-Jour, gdzie twój syn jest u mamki.
— Tak. A więc?...
— Otóż... dziecko jest słabe...
— Słabe! drogie maleństwo. Prędzej, Małgorzato... Małgorzato... powóz! pojadę do niego!
— Niepodobieństwo — zawołał doktór — jeszcze nie wolno pani wyjść, a tembardziej jechać.
— A mówiłeś mi pan przed godziną, iż to możliwe, mówiłeś... iż zobaczę mego syna, gdy Filip powróci...
— Uspakajałem panią tylko...
— Oszukałeś mnie pan!
Doktór milczał.
— Małgorzato — wołała Andrea — cóż to, nikt mnie nie słucha! powóz!
— Ależ to ci grozi śmiercią — przerwał Filip.
— Więc umrę!... tak mi mało zależy na życiu!
Służąca spoglądała na panią i na doktora, nie wiedząc, kogo ma słuchać.
— Rozkazuję ci iść po powóz! — krzyknęła młoda kobieta, zaczerwieniona ze wzburzenia.
— Droga siostro!
— Nie słucham, jeśli nie będzie powozu, pójdę pieszo.
— Andreo!... najdroższa moja, nie pojedziesz! błagał Filip, przyciskając siostrę do piersi — nie potrzebujesz już jechać.
— Moje dziecko nie żyje! — zawołała kobieta i padła na fotel, jak martwa.
Filip ukląkł przy niej.
Po chwili Andrea wróciła do przytomności, spuściła głowę na piersi i zapłakała.
— Pan Bóg jest wielki i sprawiedliwy — rzekł Filip Bóg zdziałał inaczej, wiedział, że widok tego dziecka byłby dla ciebie niezasłużoną katuszą.
— Ależ... — westchnęła biedna matka pocóż Bóg dał cierpieć tej niewinnej istocie?
— Nie cierpiała wcale — odrzekł doktór — umarła w kilka godzin po urodzeniu. Przeszła jak cień.
— A ten płacz?
— Było to ostatnie pożegnanie świata.
Andrea stała już w milczeniu. Obaj mężczyźni odetchnęli.
Małgorzata weszła i podała Filipowi list... list, zaadresowany do panny Taverney...
Filip pokazał list doktorowi ponad głową siostry.
— Kto to może pisać, od kogo ten list? — myślał Filip — nikt nie zna naszego adresu, a to nie jest pismo ojca.
— Andreo, list do ciebie — rzekł głośno.
Bez zdziwienia, nawet bez namysłu, młoda kobieta przedarła kopertę, otarła oczy i otworzyła złożony arkusik papieru.
Zaledwie przeczytała trzy wiersze — krzyknęła przeraźliwie, zachwiała się i padła na ręce Małgorzaty.
Filip podniósł list i przeczytał co następuje:

Morze, 15 Grudnia 17..

„Odjeżdżam, wypędzony przez ciebie, nie zobaczysz mnie więcej, ale zabieram moje dziecko, które nigdy nie nazwie cię matką.

Gilbert“.

Filip zgniótł papier z wściekłością.
— O!... — zawołał, zgrzytając zębami — prawie mu przebaczyłem przypadkową zbrodnię, lecz umyślna będzie ukaraną... Andreo — przysięgam ci, zabiję tego nędznika, za pierwszym razem, gdy go ujrzę!... A Pan Bóg pozwoli mi go spotkać... Doktorze, czy Andrea przyjdzie do siebie?...
— Bądź pan spokojny.
— Doktorze, Andrea jutro musi wstąpić do klasztoru, pojutrze muszę być w najbliższym porcie morskim... Podły... uciekł przed nami... Dogonię go... Muszę mieć to dziecko. Doktorze, jaki jest najbliższy port morski?
— Havre.
— Za trzydzieści sześć godzin będę w Hawrze — odrzekł Filip.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.