Józef Balsamo/Tom XII/Rozdział CLXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XII jako ePub Pobierz Cały tom XII jako PDF Pobierz Cały tom XII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CLIV
W PORCIE

Od tej chwili w ustronnym domku zapanowała cisza grobowa.
Śmierć syna możeby była powoli zabiła Andreę, ale list Gilberta obudził w młodej kobiecie dawną jej energję, odwagę i dumę.
Pierwsza przerwała milczenie.
— Filipie — rzekła pewnym głosem — mówiłeś niedawno, iż miejsce moje w Saint-Denis wolne?
— Tak, Andreo.
— Zaprowadzisz mnie dziś jeszcze do klasztoru?
— Dziękuję ci, siostro droga.
— Jakże ci podziękować, doktorze, za tyle dobroci, litości i przywiązania?... Dla ciebie niema na ziemi nagrody.
Zbliżyła się do wzruszonego p. Louis i uściskała go.
— Ten mały medaljonik — rzekła — zawiera mój portret, gdy byłam maleńką; zapewne syn mój podobny był do niego; schowaj go przyjacielu, niech on ci przypomni kiedy i dziecko i matkę, która winna ci życie.
To powiedziawszy, Andrea zajęła się przygotowaniem do podróży i o szóstej przed wieczorem wstępowała w mury klasztoru w Saint-Denis, na progu którego stał Filip, niemy ze wzruszenia.
Pożegnanie!... straszne słowo!
Siły opuściły biedne, złamane bólem dziewczę; po dziesięć razy wracała do brata i żegnała go — może na zawsze...
— Żegnam cię!... żegnam!... — szeptała, łkając, Andrea.
— Żegnam cię!... — odpowiadał z rozpaczą Filip.
— Jeżeli odnajdziesz mego syna, nie pozwól mi umrzeć przedtem, zanim go uścisnę.
— O!... bądź spokojną. Żegnam cię!
Andrea wyrwała się z objęć brata i weszła w ciemny korytarz klasztoru.
Dopóki mogli się widzieć, przesyłali sobie pocałunki i znaki chustkami.
Wkońcu wszystko znikło.
Drzwi zamknęły się za Andreą.
Filip wsiadł do kurjerki zaraz w Saint-Denis, nie odpocząwszy ani godziny — i następnej nocy dojechał do Havru.
Przespawszy noc w hotelu, o świcie udał się na brzeg, aby się dowiedzieć, kiedy odjeżdża do Ameryki najbliższy okręt.
Objaśniono go, iż „Adonis“ odjeżdża jutro do Nowego Jorku.
Filip odnalazł kapitana, zapłacił mu za podróż, napisał dziękczynny list do delfinowej, przypominając jej dawną protegowaną i zabrawszy pakunki, udał się na okręt.
Czwarta biła na zegarze wieży Franciszka I-go, gdy „Adonis“ wyruszył z portu.
Niebo było czerwone, a morze cudnego koloru niebieskiego.
Filip, oparty na poręczy, żegnał brzegi Francji.
Okręt przejechał Havre i dostał się na pełne morze.
Noc ciemna spowiła czarnemi skrzydłami ziemię.
Filip wrócił do kajuty i odczytał kopję listu, wysłanego do delfinowej.
„Księżno — pisał — zrozpaczony człowiek opuszcza ojczyznę; boli go tylko to jedynie, iż tak mało uczynił dla przyszłej królowej. Człowiek ten powierza się burzom morskim, gdy Wasza królewska wysokość pozostaje, narażona na burze i niebezpieczeństwa panowania. Młoda, piękna, ubóstwiana, otoczona przyjaciółmi i oddanymi jej poddanymi, zapomnisz księżno o tym, którego wyróżniłaś pośród tłumów. Ja nie zapomnę nigdy; udaję się do Nowego Świata, ale gdy powrócę, może lepiej służyć Ci potrafię.
Polecam Waszej Wysokości moją siostrę, biedny, zwiędnięty kwiatek, którego jedynem słońcem jesteś Ty, Pani. Zechciej zniżyć się ku niej i pośród całej Iwej radości i potęgi, wspomnij o biednym wygnańcu, który Cię może nie ujrzy więcej“.
Przy końcu tego listu serce ścisnęło się biednemu chłopcu.
Miarowe kołysanie się okrętu i szum bałwanów smutnie wtórowały myślom wygnańca.
Całą noc przemarzył tak, siedząc; rano kapitan oznajmił mu, iż spodziewają się burzy, pasażerowie mają więc pozostać w kajutach.
Filip jadał śniadanie u siebie, a przy obiedzie towarzyszył mu kapitan. Resztę czasu spędzał na pokładzie okrętu; niekiedy spotykał tu podróżnych, mianowicie dwie damy, jadące po spadek i starca z dwoma synami.
Byli to pasażerowie klasy pierwszej.
Nastała piękna pogoda i usposobienie młodzieńca było weselsze. Całe dni, a nawet noce spędzał Filip na pokładzie, lecz nie chciał z nikim zawierać znajomości.
Owinięty w długi płaszcz oficerski, stał godzinami, wpatrzony w morze.
Razu pewnego, w nocy, nie słysząc niczyich kroków na pomoście, wyszedł przejść się trochę.
Rzeczywiście na pokładzie nie było nikogo.
Jeden tylko człowiek siedział zamyślony; był to pasażer klasy drugiej, może jaki biedny wygnaniec, wypatrujący z niecierpliwością brzegów Nowego Świata, gdy Filip wzdychał za ojczyzną.
Filip przypatrywał się długo nieznajomemu, którego twarzy nie mógł dojrzeć.
Zimno było przejmujące. Młodzieniec zamierzał wrócić do kajuty, kiedy usłyszał za sobą głos kapitana.
— Chcesz pan użyć przechadzki?...
— O!... ja rano wstaję!...
— Pasażerowie wyprzedzili pana.
— Chyba pan jeden; oficerowie wstają również rano, jak i marynarze.
— Nie mówię o sobie... ot, tam, siedzi jeden z pańskich pasażerów... widzisz go pan?
Kapitan spojrzał przed siebie i wydawał się bardzo zdumiony.
— Kto to taki, kapitanie?... — zapytał Filip.
— To... kupiec — wyrzekł kapitan nieco zakłopotany.
— Zapewne szukać chce majątku w Ameryce — szepnął Filip. — Dla niego ten okręt płynie za wolno.
Kapitan, zamiast odpowiedzi, pobiegł do pasażera, szepnął mu słów kilka i po chwili zamyślony... kupiec wszedł do swej kajuty.
— Dlaczego przeszkodziłeś mu marzyć, kapitanie?... nie przeszkadzał mi wcale.
— O, nie dlatego; uprzedziłem go tylko, iż poranne chłody w tych okolicach są bardzo zdradliwe; pasażerowie klasy drugiej nie mają tak ciepłych płaszczów jak pan.
— Gdzie jesteśmy obecnie?...
— Jutro zobaczymy wyspy Azorskie, przy jednej z nich przystaniemy; trzeba nabrać świeżej wody, bo upał ogromny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.