Józef Balsamo/Tom XII/Rozdział CLXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XII jako ePub Pobierz Cały tom XII jako PDF Pobierz Cały tom XII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CLXV
WYSPY AZORSKIE

Rzeczywiście — nazajutrz, o godzinie, wskazanej przez kapitana, załoga okrętowa ujrzała przed sobą wyspy Azorskie.
Przyjazny wiatr pchał okręt ku brzegom; około godziny trzeciej ujrzano już zielone wybrzeża.
Filip dostrzegł wysokie wierzchołki pagórków i czerniejące ostre skały szpiczaste, jakby powypalane przez wulkany.
Przy pierwszej z tych wysp, na odległości kilku sążni od brzegu, okręt przystanął.
Wszyscy podróżni obiecywali sobie wiele przyjemności z tego odpoczynku. Znaleźć się na lądzie stałym po dwudziestu dniach morskiej podróży, to rozkosz niewypowiedziana.
— Panowie — odezwał się kapitan, zwracając się do swych pasażerów — macie pięć godzin czasu. Korzystajcie ze sposobności. Znajdziecie na tych wyspach odludnych źródła, których woda ma dziwne właściwości; źródła te was zajmą, jeśli jesteście naturalistami; a jeżeli lubicie polowanie, macie tu także mnóstwo królików i ptactwa.
Filip wziął strzelbę, kule i proch.
— A ty, kapitanie, pozostaniesz tutaj? Dlaczego nie idziesz z nami?
— Bo od dni czterech goni mnie jakiś okręt, który ma podejrzany wygląd. Muszę więc być na stanowisku, aby mu się przyglądać zdaleka.
Filip, poprzestawszy na tem objaśnieniu, wsiadł w łódkę i popłynął ku lądowi.
Cała załoga była w wyśmienitym humorze.
— Państwo! macie czas do ósmej — wołał za nimi kapitan — o ósmej wystrzał armatni oznajmi wam, że czas wracać. Pilnujcie się. Spóźnionych zostawimy.
Gdy wszyscy wsiedli, majtkowie zaczęli napełniać beczki świeżą wodą, bijącą ze źródeł, jakby ukrytych w grocie.
Filip przypatrywał im się z ciekawością; podziwiał cudny błękit niebios, szum kaskad.
W grocie było chłodno i miło; promienie słoneczne jakby tu nie dosięgały.
Filip wolał pozostać tutaj.
Półcień ten pociągał go więcej, niż jasne słońce. Zdaleka słyszał oddalające się głosy podróżnych, w końcu pozostał sam.
Majtkowie, spełniwszy polecenie dowódcy, nie ukazali się już w grocie.
Filip położył się na miękkim mchu i marzył.
Godziny schodziły i młodzieniec zapomniał o świecie; obok niego spoczywała strzelba i pistolety, z którymi nie rozstawał się nigdy.
Cała przeszłość stanęła mu przed oczyma, a przyszłość nieznana przejmowała go dreszczem.
Kilka razy zdawało mu się, iż słyszy wystrzał, nawołujący do powrotu, były to jednak tylko śmiechy pasażerów; dotychczas nikt mu nie przeszkadzał w rozmyślaniach.
Naraz człowiek jakiś ukazał się na drodze do groty, do której dostać się można było tylko przez mostek. Dokoła bowiem płynęła woda; widocznie człowiek ten wahał się, czy ma wejść na mostek, bo wyciągnął ręce przed siebie i czekał...
Filip, wyrwany z zadumy, powstał z miejsca i grzecznie odezwał się do nieznajomego:
— Proszę pana, tędy... tędy... Zapewne szuka pan wody...
Na dźwięk tego głosu nieznajomy podniósł szybko głowę.
— Filip! — krzyknął przerażony.
— Gilbert! Dwa te okrzyki skrzyżowały się jak błyskawice.
Później już nic nie było słychać.
Miody oficer chwycił za szyję swego wroga; wciągnął go do groty.
— Nędzniku!... mam cię wreszcie!... — ryknął wściekle. — Bóg jest sprawiedliwy!... Podły zbóju, broń się!
Gilbert, śmiertelnie blady, nie próbował się bronić.
Wyszeptał wreszcie głosem pełnym słodyczy;
— Bronić się!... poco?
— To prawda, wiesz przecież, że nie ujdziesz słusznej kary! Zhańbiłeś kobietę i zabiłeś ją nieludzkiem postępowaniem.
Gilbert milczał jak grób, Filip z wściekłością rzucił się ku niemu.
— Nie jesteś człowiekiem, czy co? Nie odpowiadasz mi!... Ależ broń się, bo cię zaduszę!... podły, podły nikczemniku!
Gilbert uczuł, jak palce Filipa ściskały mu szyję, niby kleszcze.
W jednej chwili z lwią siłą odrzucił daleko od siebie wroga.
— Widzisz pan, umiem się bronić w potrzebie, ale poco mi obrona? Ot, weź pan strzelbę; wolę być zabitym w ten sposób, niźli zaduszonym...
Filip, który rzeczywiście podniósł fuzję, rzucił ją daleko od siebie.
— Nie — szepnął. — Dokąd jedziesz? W jaki sposób dostałeś się tutaj?
— Przywiózł mnie „Adonis“.
— Chowałeś się więc przede mną? widziałeś mnie?...
— Nie wiedziałem, że jedziesz pan tym okrętem.
— Kłamiesz!
— Nie kłamię nigdy.
— Jakże to być mogło, że cię nie spostrzegłem?
— Wychodziłem z kajuty tylko nocą.
— Widzisz, chowałeś się!
— Bezwątpienia.
— Przede mną?
— Nie, jadę do Ameryki z pewną misją, nikt nie powinien mnie widzieć. Kapitan dał mi nawet osobną kajutę.
— Chowasz się tu widocznie, chcesz ukryć dziecko, które wykradłeś.
— Dziecko? — podchwycił Gilbert.
— Naturalnie, skradłeś to dziecko, bo możesz z niego wyciągnąć niemałe korzyści... Nędzniku!
Gilbert podniósł głowę.
— Odebrałem dziecko, aby go matka nie nauczyła przeklinać ojca.
— Gdyby tak było, byłbyś mniejszym złoczyńcą niż myślałem. Ale nie wierzę; kto kradnie, ten kłamie.
— Ja kradłem?!
— Wykradłeś dziecko!
— Ależ to mój syn! On do mnie należy! Czyż to kradzież, gdy odbieramy swą własność?
— Słuchaj — rzekł Filip stanowczo — przysiągłem sobie, że cię zabiję, teraz rozmyśliłem się: zabiorę ci tylko to, co mogłoby być zabezpieczeniem twej przyszłości. Oddasz mi dziecko w tej chwili.
— Ależ ja go nie mam z sobą; czyż można zabrać w podróż morską dziecko, mające 15 dni?...
— Zapewne zabrałeś ze sobą i mamkę?
— Powtarzam panu raz jeszcze, że nie zabrałem dziecka.
— Zatem pozostało we Francji. Gdzież, w którem miejscu?
Gilbert milczał.
— Odpowiadaj, gdzie jest to dziecko i skąd masz środki na jego wychowanie?
To samo milczenie.
— Nędzniku! udajesz odważnego! Odpowiedz natychmiast, gdzie jest dziecko mojej siostry? Oddaj mi je.
— To dziecko do mnie należy — szepnął Gilbert.
— Łotrze, chcesz więc umrzeć!
— Nie oddam mego dziecka.
— Gilbercie, mówię do ciebie łagodnie, Gilbercie, postaram się zapomnieć, przebaczę ci, wszak rozumiesz moją szlachetność. Rzuciłeś hańbę na nasz dom, a ja ci przebaczam... oddaj mi to dziecko! Chcesz... przemówię za tobą do Andrei... no namyśl się... Andrea kocha syna swego do szaleństwa; będzie wzruszona twoją pokorą; Gilbercie, błagam cię, oddaj mi to dziecko!
Gilbert skrzyżował ręce na piersiach.
— Nie wierzyłeś mi pan przedtem, ja teraz nie wierzę. Niema dla nas przebaczenia. Jesteśmy śmiertelnymi wrogami... jesteś silniejszy, bądź zwycięzcą!
Nie oddam mej broni.
— Wyznajesz więc, że dziecko, to twoja broń?
— Przeciw obrazie, niewdzięczności!
— Jeszcze raz, Gilbercie — zawołał Filip, z pianą na ustach — oddasz?
— Nie.
— Strzeż się!
— Nie oddam.
— Nie chcę cię zabić; zabij mnie, brata Andrei... Będzie to o jedną zbrodnię więcej!... No!... bierz pistolet, ja mam drugi.
Młodzieniec stał nieporuszony.
— Nie chcę pojedynku — wyrzekł sucho.
— Wolisz, abym cię zabił — krzyknął wściekły Filip.
— Wolę być zabitym przez pana.
— Namyśl się... bo w głowie mi się mąci.
— Namyśliłem się już.
— Pomyśl, że mam zupełne prawo. Bóg mi przebaczy.
— Wiem o tem... zabij mnie pan.
— Pytam się po raz ostatni: chcesz się bić?
— Nie.
— Nie chcesz się bronić?
— Nie.
— Umieraj więc jak nędznik! jak zbój, jak pies.
Filip zmierzył się i strzelił.
Gilbert otworzył ramiona i padł na twarz bez jęku.
Filip jak szalony wybiegł z groty.
Przed nim stała łódka, majtkowie zwoływali podróżnych.
— A! to pan! Już po ósmej. Jesteś pan ostatnim.
— Coś pan zastrzelił?
Filip stracił przytomność, zaniesiono go prawie na okręt.
— Czy wszyscy są?
— To ostatni — odparli majtkowie — ale ten pan zemdlał.
Kapitan kazał go zanieść do kajuty.
Po chwili okręt ruszył, właśnie w tej samej chwili, gdy nieznany jakiś okręt przybijał do wysp.
„Adonis“ wywiesił banderę i niezadługo zniknął w ciemnościach nocy.
Dopiero nazajutrz spostrzeżono brak jednego pasażera.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.