Józef Balsamo/Tom IX/Rozdział CV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IX
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IX jako ePub Pobierz Cały tom IX jako PDF Pobierz Cały tom IX jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CV
SPRAWOZDANIE

Po wyjściu członków drugiego i trzeciego rzędu, pozostało tylko siedm osób to jest siedmiu naczelników.
Poznali się zapomocą znaków tajemniczych.
Najprzód pozamykali drzwi. Prezes wstał i ukazał pierścień, na którym były wyryte tajemnicze litery. L. P. D. (Lilia pedibus destrue). Prowadził on korespondencję z sześcioma naczelnikami wolno-mularzy, mieszkającymi w Szwajcarji, Danji, Ameryce, Szwecji, Hiszpanji i Włoszech. Kilka listów przyniósł ze sobą, aby podzielić się nowinami z kolegami.
Zapewne domyślacie się, że owym szefem był Balsamo. Najważniejszy list był ze Szwecji, napisał go Swedenborg.
— Uważajcie na południe, bracia — pisał on — gorące słońce tamtejsze ogrzało i przytuliło zdrajcę.
Ten was zgubi. Baczność na Paryż, tam żyje ten zdrajca! tajemnice nasze są w jego rękach, a wiem że nas nienawidzi. Przeczuwam coś strasznego, gotuje się zdrada, która wniwecz obróci nasze plany.
Słuchający zadrżeli, wierzyli w przenikliwość Swedenborga; Balsamo również zasępił się, słysząc te hjobowe wieści.
— Bracia — przemówił wkońcu — prorok rzadko kiedy się myli, wierzcie mu więc i słuchajcie Jego rozkazów. Wiecie, że walka się zaczyna, nie dajmy się pobić przez wrogów, których potęgę znamy. Pieniądze to wielka siła. Bracia, wykryjmy zdrajców!
— To są czcze obawy — przerwał głos jakiś — codziennie jesteśmy silniejsi, a prowadzi nas genjalna i zacna ręka.
Balsamo skinieniem głowy podziękował za pochwałę.
— To prawda, ale zdrada wciśnie się wszędzie — odezwał się Marat. — Pomimo młodego wieku dostał on tytuł szefa, z powodu zasług, położonych dla towarzystwa, i pierwszy raz uczestniczył w takiej sesji. — Czyż pieniądze są taką potęgą? Wszak wiecie, że przynętę zwiększa się stosownie do zwierzyny lub ludzi, których złowić chcemy.
Tak więc, gdy pan de Sartines workiem dukatów może przekupić jednego z braci, to minister za pomocą miljona przeciągnie na swą stronę którego z naczelników. Nasze stowarzyszenie jest urządzone świetnie, lecz jest nawskroś arystokratyczne, niżsi członkowie nie mają pola do działania, starsi tylko rządzą, pomimo, że tamci poświęcają nam pieniądze i czas. Robotnik przynosi tylko kamienie i wapno, ale bez wapna i kamieni nie można domu zbudować.
Robotnik ten ma podrzędną rolę, jednak dla mnie stoi on narówni z budowniczym i technikiem, którzy tworzą plany tegoż domu, bo jest on człowiekiem, jak oni, słabym wytworem natury, i lada kamień, lada upadek zabić go może.
— Przerywam ci bracie — wyrzekł Balsamo. — Posiadasz ogromną wadę: przesadzasz i wtrącasz się do wszystkiego.
Pozwól sobie powiedzieć, że całe twe dowodzenie jest w zasadzie fałszywe, a gdybym dyskutował z tobą, powiedziałbym najprzód: robotnik nie jest równy budowniczemu, jak ręka nie równa się mózgowi.
— Jeśliby pan de Sartines złapał najniższego brata naszego, — wykrzyknął Marat gorąco — i zamknął go w Bastylji, czyż nie umarłby tam równie jak pan i ja?
— Na to się zgadzam, ale śmierć członka byłaby stratą tylko jednostki, podczas gdy śmierć naczelnika, przyniosłaby szkodę całemu towarzystwu; gdy niema dowódcy — bitwa przegrana! Bracia, słuchajcie naczelników.
— Ale niech i ci nas spytają o zdanie.
— Jeszcze raz zwracam ci uwagę, bracie, że przekraczasz granice twej władzy. Trzymamy się skrupulatnie zasady równości.
— Nie zawsze.
— Zawsze; słuchajcie, co mówi Swedenborg przy końcu swego listu:
Złe przyjdzie od człowieka, zajmującego wysokie stanowisko. Bądźcie więc ostrożnymi bracia!
— Zatem — mówił, uparty doktór — powtórzmy przysięgę, jaka nas łączy, i przysięgnijmy utrzymać ją w całej surowości.
Balsamo wstał z miejsca i głosem potężnym, a zarazem spokojnym, wyrzekł święte słowa, które już czytelnicy nasi raz słyszeli.
— W imię Syna ukrzyżowanego przysięgam zerwać wszystkie węzły jakie mię łączą z ojcem, matką, bratem, siostrą, żoną, rodzicami, przyjaciółmi kochanką, królem, dobroczyńcą, panem i każdą istotą, której przyrzekłem wiarę, posłuszeństwo, miłość, wdzięczność i służbę. Przysięgam zdać sprawę mojemu prezesowi ze wszystkiego, co widziałem, słyszałem, robiłem, czytałem, a nawet myślałem.
Będę czcić truciznę, żelazo i ogień, jako środki oczyszczenia świata z tyranów, a wprowadzenia wolności i prawdy.
Przyrzekam milczenie; zgadzam się umrzeć tegoż dnia w którym zasłużę na karę; gdziekolwiekbym się znajdował, bez skargi oczekiwać będę na nóż, mający mnie przebić.
Siedm osób, stojąc z odkrytemi głowami, powtórzyło słowo w słowo te straszne wyrazy.
— Zatem mamy już rękojmię — rzekł Balsamo.
Teraz słuchajcie: zdam wam rachunek z całego roku. Zaczynam:
— Francja leży w środku Europy, jak serce w naszem ciele; ona żyje i daje życie. W jej stanie trzeba szukać przyczyn zaburzenia całego organizmu. Przyjechałem do Francji i zbliżyłem się do Paryża, jak doktór do serca chorego, badałem, opukiwałem. Przeszłego roku monarchja osłabła, dziś dobijają ją występki. Ktoś mi przeszkadzał w mych zamiarach; był to człowiek najpotężniejszy w kraju pierwsza osoba po królu.
Posiadał zalety podobające się innym ludziom.
Był za dumny, to prawda, ale umiał tej dumy używać; posiadał dar osładzania jarzma ludowi, łudząc go zręczną frazeologją, że on stanowi jeden ze stanów państwa; wokoło sztandaru, który on wywiesił, gromadziły się masy ludu.
Nienawidził anglików, naturalnych wrogów Francji, niecierpiał faworyty króla, jako naturalnej nieprzyjaciółki klas roboczych. Gdyby ten człowiek był jednym z naszych, szedł naszą drogą, dążył do naszego celu, byłbym go oszczędził, utrzymał przy władzy, zapomocą wszystkich mych wpływów, bo kiedyś byłby nam pomógł do obalenia królestwa.
Lecz należał on do arystokracji, urodził się i wychował wśród niej, miał wrodzony szacunek dla króla, jako do pana; chociaż nienawidził go, szanował jego wysokie stanowisko, więcej jeszcze, był puklerzem, o który odbijały się nasze ciosy. Parlament i naród był pełen szacunku dla tej taktownej opozycji.
Pojąłem położenie. Postanowiłem zrzucić Choiseul’a z tej wyżyny.
To wielkie dzieło, nad którem od sześciu lat tylu mu nienawistnych pracowało, przeprowadziłem w kilka miesięcy. Zapomocą tajemnicy, która jest moją siłą, siłą tem potężniejszą, że na zawsze pozostanie zakrytą przed wzrokiem innych, wypędziłem pana de Choiseul.
Trud mój przyniósł już owoce; cała Francja błaga o powrót Choiseul’a, burzy się, aby go znów dostać, błaga, jak sieroty, wznoszące ręce ku niebu, gdy Bóg zabiera im ojca.
Parlamenty posiadają jedyną władzę, a tą jest — bezwładność, zaprzestały więc swych czynności. W mądrze zbudowanym organizmie, jakim powinno być państwo, paraliż głównego członka musi być dla niego śmiertelnym. Parlament jest w ciele społecznem tem, czem żołądek w ciele ludzkiem: gdy parlament przestaje pełnić swe funkcje, naród nie może pracować, zatem przestaje płacić, a brak pieniędzy w obiegu, to jest krwi w organizmie, da się uczuć wkrótce.
Rząd zechce walczyć, lecz któż będzie walczyć z całym narodem? Przecie nie armja, ta córka ludu, żyjąca Chlebem z jego pól, winem z jego winnic. Pozostawmy królowi jego przyboczną gwardję, szwajcarów, muszkieterów, wszystko to razem stanowi zaledwie sześć tysięcy ludzi.
Cóż znaczy ta garstka wobec olbrzyma, jakim jest cały naród?
— Niech więc powstanie ten olbrzym!... — zawołało kilka głosów.
— Do dzieła!... — dodał Marat.
— Młodzieńcze, nie pytałem cię o zdanie — odrzekł zimno Balsamo.
— Ta masa — ciągnął dalej — ten bunt słabych, którzy stają się silnymi tylko przez swą liczbę, możeby zgniótł tych silnych, lecz ja zbadałem sprawę gruntownie i doszedłem do przeciwnego wniosku.
Aby poznać ten lud, zbliżyłem się do niego i przybrawszy grubą odzież, zdobyłem jego zaufanie. Dziś znam go nawylot. Jest on silny, lecz nieświadomy, gniewa się łatwo, lecz nie zna uczucia zemsty, jednem słowem jest jeszcze za mało dojrzały do czynów, jakich wymagamy od niego. Brak mu nauki, brak mu pamięci, brak własnego doświadczenia.
Podobny jest do młodych odważnych chłopców, których widziałem w Niemczech, na zabawach ludowych. Wchodzili oni na maszt, na którego szczycie leżała szynka i pieniądz srebrny. Odważnie wdrapywali się w górę, a przy końcu, gdy wyciągnięcie ręki wystarczyłoby do zabrania nagrody, tracili odwagę, siły ich opuszczały i spadali na dół, przy dzikich okrzykach tłumów.
Tak było za pierwszym razem. Za drugim oszczędzali sił, ale przegrywali przez powolność, jak wpierw przez pośpiech; za trzecim razem dopiero wygrywali, gdyż stosowali szybkość właściwą. To jest mój plan. Próby nam są potrzebne i tylko próby te doprowadzą nas do celu“.
Balsamo przestał mówić i spojrzał po słuchaczach, w których ważyły się wszystkie namiętności młodości i niedoświadczenia.
— Mów, bracie — rzekł do Marata.
— Będę zwięzłym — odparł chirurg — próby usypiają lud, jeśli nie wyniszczają. Doświadczenia — oto teorja J. J. Rousseau’a, obywatela z Genewy, wielkiego poety, ale genjusza powolnego, obywatela nieużytecznego, którego Platon wykluczyłby ze swej rzeczypospolitej!... Czekać!... Zawsze tylko czekać!... Toż siedm wieków już czekamy!...
Policzcie pokolenia, które wyginęły od tego czasu i, powiedzcie, macież odwagę brać tę dewizę na przyszłość: Czekać! Rousseau mówi nam o opozycji, takiej jaka istniała w dawnych wiekach, opozycji objawiającej się na klęczkach przed królem, takiej jaką widzimy w komedjach Moliere’a, satyrach Boileau’a i bajkach La Fontaine’a. Nędzna opozycja, która nic nie zdobyła. Małe dzieci umieją te teorje na pamięć, powtarzają, nie rozumiejąc, i zasypiają nad niemi. Rabelais też zajmował się polityką, ale z takiej polityki śmiejemy się, ona nas nie poprawi. Dosyć poetów! dosyć teoretyków, czynów nam trzeba!... Od trzech wieków leczymy Francję, a boimy się środków radykalnych! Chirurgji jej trzeba, chirurgji, która kraje!
Społeczeństwo jest zgangrenowane, wytnijmy skalpelem gangrenę!... Ten może bawić się poezją, kto syty i szczęśliwy, lecz głód, nędza i rozpacz nie dadzą się osłodzić poezją i bajkami. Nędzarze cierpią, okropne jęki wydają, biada temu, kto ich nie słyszy!... przeklętym niech będzie ten, kto na nie nie odpowiada! Rewolucja oczyści umysły z rdzy, prędzej niż tysiąc lat czekania, prędzej, niż trzy wieki przykładów i prób. To wiele, bardzo już wiele!...
Szept pochwalny rozległ się dokoła.
— Gdzież nasi wrogowie — ciągnął z zapałem Marat, — mieszkają nad nami, w pałacach, otaczają trony, które ochraniają staranniej, niż dawni Trojanie.
Palladium, które ich czyni tak potężnymi, to — król. Do niego dojść można po karkach jego dworzan; tak samo jak można dojść do generała, tylko rozbiwszy jego wojsko.
Zgładźmy gwardję, a dojdziemy do ich bóstwa. Naprzód wojna dworakom, arystokracji, magnatom, potem królowi.
Policzcie, ile to głów wyniesie. Zaledwie dwakroć sto tysięcy, przejdźmy się z pałaszem w ręku po tym pięknym ogrodzie, który zowie się Francją, zetnijmy te 200,000 głów, a oczyścimy plac boju z niepotrzebnych dekoracji, i pozostaną dwie potęgi: król i lud. Zobaczymy, kto zwycięży.
Gdy karły chcą obalić kolos, rozpoczynają od piedestału, gdy drwale chcą ściąć dąb, rozpoczynają rąbać u korzenia. Idźmy za ich przykładem, przyłóżmy siekierę do korzenia, a dąb odwieczny padnie...
— I padając zabije was, nieszczęśliwi! — zawołał Balsamo grzmiącym głosem. — Ach! występujecie przeciwko poetom, a jakżeż wy sami dalecy jesteście od rzeczywistości.
Bracie, bracie, powtarzasz frazesy z jakiegoś romansu!
Marat zaczerwienił się gwałtownie.
— Czy wiesz, młodzieńcze, co znaczy to słowo — rewolucja? Ja widziałem już ich 200. Byłem ich świadkiem w starożytnym Egipcie, w Asyrji, Grecji i Rzymie. Widziałem je w wiekach średnich, gdy Wschód zniszczył Zachód, a Zachód Wschód. Od czasów pasterskich do naszych było ich przeszło sto; a w tej chwili skarżyłeś się na niewolę, cóż więc one zrobiły? Nic. Dlaczego? Bo wszyscy śpieszyli się nadto!
Zrzucić kajdany! krzyczycie. Ale nie rozumiecie, czego żądacie. Ci, którzy bez namysłu próbowali rozerwać więzy, padali znużeni, złamani, nieufni. Czy tego chcecie? Jak Bóg, widziałem życie dwudziestu, trzydziestu pokoleń ludzkich. Jak Bóg, jestem nieśmiertelny. Jak on będę cierpliwym. Trzymam w swych rękach losy świata. Nikt mnie nie zmusi do rozwarcia mej ręki. Zawiera ona piorun, wiem o tem. Ale, panowie, zejdźmy wreszcie z tych wyżyn na ziemię.
Panowie! powtarzam wam: jeszcze nie czas na rewolucję; obecny król jest zaledwie cieniem dawnych potężnych władców, jednak w tym majestacie jest jeszcze coś, co olśniewa tłumy. Ten jest i umrze królem; jego rasa jest zuchwała, lecz czysta. Jego pochodzenie łatwo odgadnąć mu z czoła, z ruchu i głosu. Ten pozostanie królem, powtarzam. Skażmy go na śmierć, a powtórzy się historja Karola I, kaci jego ukorzą się przed nim, a otoczenie ucałuje z pokorą kraj jego szaty. Wprawdzie Karol I zginął na rusztowaniu, ale syn jego, Karol II umarł na tronie. Anglja zanadto pospieszyła się. Czekajcie więc! czekać, to moje hasło. Chcecie złamać lilję. To nasza dewiza: Lilia pedibus destrue; nie dozwólmy więc, aby pozostała jaka latorośl z kwiatu Ś-go Ludwika. Chcecie zwalić królestwo?... czekajcie, aż przestanie być ono kapłaństwem, a stanie się prostym urzędem! Najświętszem w tem panowaniu jest następstwo po ojcu syna, którego niby Bóg naznaczył dla przewodniczenia ludom. Słuchajcie więc! Delfinowa, żona następcy tronu francuskiego... zbliżcie się panowie...
— Cóż? — spytało z przerażeniem audytorjum.
— Panowie, delfinowa jest jeszcze dziewicą!
Szept zdumienia rozszedł się po sali, szept nienawiści, triumfu i radości zarazem.
— W tym więc stanie rzeczy — rzekł Balsamo — przypuścić mogę dwie możliwości.
— Pierwszą jest ta, że delfinowa pozostanie bezdzietną i ród, panujący obecnie, wygaśnie; przyszłość więc uśmiecha się nam. Stanie się to, co już było we Francji, za każdym razem, gdy trzej synowie panowali po kolei; tak było z synami Filipa Pięknego: Ludwikiem, Filipem Długim i Karolem IV, którzy pomarli bezdzietni, a panowali po sobie; to samo było z trzema synami Henryka II: Franciszkiem II, Karolem IX i Henrykiem III, również obejmującymi tron po sobie; i ci nie pozostawili potomstwa. Jak oni, Delfin, hrabia Prowancji i hrabia d’Artois — będą panowali po sobie, i jak tamci nie pozostawią synów: to prawo przeznaczenia.
Następnie, jak po Karolu IV, ostatnim potomku Kapetyngów, wstąpił na tron Filip VI Walezjusz, król linji bocznej; jak po Henryku III, ostatnim z rodu Walezjuszów, nastał Henryk IV Bourbon, członek linji pobocznej, tak po hrabi d’Artois, którego fatalizm przeznaczył na ostatniego ze starszej linji, może przyjdzie jaki Cromwell, lub Wilhelm Orański, zatem już obcy panującemu rodowi.
To moje pierwsze przypuszczenie.
Drugiem jest, że Marja-Antonina nie umrze bezdzietną. Jest to pułapka dla nas, wszak prawda? Otóż znalazłem wyjście i z tego położenia. O! jeśli delfinowa będzie matką, co za radość na dworze i w całym kraju... Lecz i my musimy się wtedy cieszyć, gdyż będziemy panami strasznej tajemnicy, której żadna siła nam wyrwać nie zdoła. Zdałem wam rachunek z całorocznej mej działalności. Macierzyństwo przyniesie jej nieszczęście. Dowiedziemy i ogłosimy, że ten następca jest synem nieprawym. Dlatego widzicie, moi panowie, zalecam cierpliwość i z tych względów czekać musimy. Nadewszystko zalecam wam ślepe posłuszeństwo: gdyby zaszła tego potrzeba, zwołam was na sesję. Filozof, który był u nas dziś wieczorem, a który odszedł, nie zapisawszy się jedynie przez nietaktowne zachowanie się jednego z naszych braci, ten wielki pisarz słusznie stawiał nam zarzuty. Z bólem serca przyznaję temu obcemu rację. Rzeczywiście wiele złego tkwi w naszem zgromadzeniu, jeśli nie wytępię tego dobrocią i łagodnością, użyję ognia i żelaza. Wy, panowie, przysparzajcie nam członków, ale nie siłą, lecz dobrocią. Pamiętajcie o tem, że zwycięstwo odniesiemy tylko wtedy, gdy większość uzna nas za dobrych i godnych zaufania; do tego potrzeba wiele nauki, wiary i pracy.
Posiedzenie skończone.
Balsamo owinął się ciemnym płaszczem i wyszedł pierwszy; za nim postępowali w oddaleniu inni.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.