Józef Balsamo/Tom IV/Rozdział XXXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXVIII
ANI FRYZJERA, ANI SUKNI, ANI KARETY

Nie wypadało pani Dubarry udać się do wielkiej sali prezentacyjnej wprost ze swego mieszkania w Wersalu. Zresztą Wersal zbyt był ubogi, ażeby mógł dostarczyć hrabinie wszystkich środków potrzebnych do tej uroczystości. Wreszcie nie było tego w zwyczaju. Osoby wybrane przybywały z całą okazałością, jak ambasadorowie, w pięknych karetach z własnych pałaców w Wersalu, albo w Paryżu.
Pani Dubarry postanowiła przybyć z Paryża.
O jedenastej z rana była już przy ulicy de Valois, razem z panią de Béarn, której ani na chwilę z oka nie spuszczała i której nogę chorą starała się wyleczyć wszelkimi sposobami, jakich mogła dostarczyć chemja i medycyna.
Jan Dubarry, Chon i Dora krzątali się już od dwudziestu czterech godzin, sypali złotem i cudów dokazywali.
Chon zamówiła fryzjera, napędzała szwaczki.
Jan, któremu przypadło w udziale kierownictwo departamentu karet, pilnował nadto fryzjera i szwaczek. Hrabina przebierała stosy koronek, kwiatów, brylantów, a co godzinę prawie odbierała wiadomości z Wersalu przez umyślnych wysłańców, że prezentacja została oznaczona na godzinę dziesiątą, że wydano rozkaz oświetlenia sali królowej i że nie zaszła w tem żadna zmiana.
Około czwartej powrócił Jan Dubarry, blady, zmęczony, ale dobrej myśli.
— Co słychać? — zapytała hrabina.
— Wszystko na czas będzie gotowe.
— A fryzjer?
— Zastałem u niego Dorę. Umówiłem się i wsunąłem mu w rękę pięćdziesiąt luidorów. Przyjdzie o szóstej, zje tu obiad; możemy być o niego spokojni.
— A suknia?
— Suknia będzie cudowna! Chon jej pilnuje; dwadzieścia sześć szwaczek naszywa perły, wstążki i inne dodatki. Każdy bryt sukni osobno robią, inaczej trwałoby to najmniej ośm dni.
— Jakto, każdy bryt zosobna? nie rozumiem.
— Tak, siostrzyczko. Jest trzynaście brytów. Dwie robotnice przy każdym, jedna z prawej, druga z lewej strony, naszywają suknię kamieniami drogimi i haftami, a w ostatniej chwili złączą wszystko razem i o szóstej suknia będzie gotowa.
— Jesteś tego pewny, Janie?
— O! jak najpewniejszy.
— A kareta?
— Odpowiadam za nią. Umalowana na nowo, schnie w magazynie umyślnie ogrzanym do 50 stopni. Śliczna, cztero-osobowa! zaręczam, iż ani jednej tak pięknej niema między wysłanemi na spotkanie delfinowej.
Obok godła wojennego Dubarry‘ch: „Naprzód!“ kazałem wymalować z jednej strony dwa gołąbki gruchające, z drugiej zaś serce strzałą przeszyte, a wszystko otoczone będzie ozdobami złotemi. U Franciana tłok, wszyscy chcieliby obejrzeć to cacko; o ósmej będzie już tu, na podwórzu.
Chon i Dora nadeszły i potwierdziły opowiadanie Jana.
— Dziękuję wam serdecznie, dzielni moi pomocnicy — rzekła hrabina.
— Siostrzyczko droga — odezwał się Jan — oczki masz zmęczone, prześpij się z godzinkę, to cię pokrzepi.
— Spać teraz? o nie; w nocy zato spać będę doskonale, a nie wszyscy będą mogli się tem pochwalić.
Cały Paryż już wiedział o mającym nastąpić przedstawieniu U dworu. Lud paryski lubi wszelkie uroczystości i nikt od niego nie znał lepiej swego czasu wybitniejszych osobistości dworu. Ci, co nigdy tam wstępu nie mieli, wiedzieli doskonale o wszelkich intrygach dworskich, interesowali się zaszłemi wypadkami, mieli swoich ulubieńców.
Książę Richelieu w operze włoskiej, pani Dubarry w błyszczącej karecie, przepychem równającej się królewskiej, znani byli dobrze ludności stołecznej.
Dubarry, jako młoda i piękna, lubiła ukazywać się w teatrze, na spacerach, w sklepach. Znano ją także z karykatur i przez Zamora, który jej towarzyszył; nic więc dziwnego, że zajmowano się przedstawieniem jej ogromnie.
I dziś też było zbiegowisko na placu przed Palais-Royal; już nie dla przyglądania się panu Rousseau, grającemu w szachy w kawiarni Regencji, lecz dla ujrzenia ulubienicy królewskiej we wspaniałej karecie i pięknej sukni, o których opowiadano sobie powszechnie. Wyrażenie Jana Dubarry: „Drogo kosztujemy Francję“, miało głębokie znaczenie. To też Francja, reprezentowana przez Paryż, chciała przynajmniej oczy napaść przepychem, za który tak drogo płacić była zmuszona.
Dubarry znała lud, wiedziała, że lubi być olśnionym, a ponieważ w gruncie rzeczy nie była złą kobietą, starała się widowisko uczynić odpowiedniem do sum, jakie kosztowało.
Zamiast przespać się, jak to jej brat doradzał, wykąpała się w mleku i oczekiwała na fryzjera.
Nie od rzeczy będzie nadmienić, ile w owym czasie uczesanie głowy wymagało starań, czasu i sztuki.
Wyobraźmy sobie na głowie wieżę, zbudowaną z włosów, drogich kamieni, piór, kwiatów i wstążek, z których nieraz układano godła herbowe. Moda kapryśna, jak przepowiednia złowroga, kazała nosić kobietom z arystokracji głowy wysoko, pysznić się fryzurami, stroić je olśniewająco, bo niestety! główki te prześliczne miały w czasie niedługim spaść do kosza gilotyny.
Aby upiększyć taką fryzurę, nietylko potrzeba było artysty, ale człowieka, oddanego całkiem swej sztuce i cierpliwego bez granic.
Dlatego właśnie, ze wszystkich rzemieślników, tylko fryzjerowi wolno było nosić szpadę.
Jan Dubarry, bojąc się, aby sławny Lubin, fryzjer dworski, nie skrewił przypadkiem, ofiarował mu jako zachętę pięćdziesiąt luidorów.
Pomimo to niespokojnie oczekiwano godziny szóstej, a gdy minęło i wpół do siódmej i trzy na siódmą, niepokój zamienił się w rozpacz prawdziwą. Jedna tylko została nadzieja, że człowiek sławy takiej, jak Lubin, lubi dać na siebie czekać.
Nareszcie siódma wybiła, wicehrabia posłał na zwiady.
Lokaj w kwadrans powrócił.
Tylko ci, którzy kiedykolwiek oczekiwali dobrej i pożądanej wiadomości wiedzą, ile sekund jest w kwadransie.
Służący widział się z samą panią Lubin, która zaręczała, że mąż jej udał się już do pani Dubarry i że zapewne już tam być musi.
— Czekajmy — rzekła Dubarry — może go w drodze co zatrzymało.
— Nic jeszcze nie stracone — dodała hrabina, ubiorę się, a on mnie potem uczesze; prezentacja odbędzie się dopiero o dziesiątej. Mamy zatem trzy godziny jeszcze, a do Wersalu nie tak daleko. Chon kochana, pokaż mi suknię moją, to mnie rozerwie. Gdzież jesteś Chon? Chon! suknię mi pokaż!
— Suknia jeszcze nie odesłana — rzekła Dora a siostra pani hrabiny sama po nią pojechała.
— Ach! — zawołał Dubarry — słyszę turkot, pewnie karetę przyprowadzono.
Wicehrabia mylił się: to Chon powróciła.
— Suknia! — wołała hrabina — Chon! prędzej suknię mi dawaj!
— Czy jeszcze jej niema? — zapytała Chon przerażona.
— Nie, niemal
— A to zaraz będzie — ciągnęła Chon uspakajając się — właścicielka magazynu, a z nią dwie robotnice zabrały suknię i pojechały już dorożką, aby ci ją odwieźć i przymierzyć.
— No, tak wtrącił Jan — mieszkają przy ulicy du Bac, a dorożka nie jedzie tak prędko, jak nasze konie.
— Tak, tak dodała Chon — nie mogąc się opędzić złym przeczuciom.
— Wicehrabio — rzekła Dubarry — poślij po karetę, niech choć na nią nie czekamy.
— Dobrze, Joanno.
Dubarry otworzył drzwi i rozkazał:
— Niech natychmiast jadą do Franciana po karetę, temi samemi końmi, które do Wersalu nas zawiozą!
Woźnica z końmi wyruszył w tej chwili, a ledwie tętent ich ucichł w stronie ulicy Ś-go Honorego, Zamor ukazał się z listem.
— List do pani Barry — rzekł.
— Kto go przyniósł? — Człowiek jakiś.
— Jakto, co za człowiek?
— Przyjechał konno.
— A dlaczego tobie list ten oddał?
— Bo Zamor stał we drzwiach.
— Czytaj, hrabino, zamiast się wypytywać — zawołał Jan.
— A! prawda, masz słuszność wicehrabio.
— Oby tylko list ten nie zwiastował nic złego — mruknął wicehrabia.
— E! to pewnie prośba do króla, przysłana na moje ręce.
— Nie wygląda to wcale na prośbę.
— Naprawdę, wicehrabio, lubisz napędzać strachu — rzekła hrabina z uśmiechem i złamała pieczątkę.
Po przeczytaniu pierwszych wyrazów krzyknęła przeraźliwie i padła na fotel półżywa.
— Ani fryzjera, ani sukni, ani karety! — zawołała.
Chon podbiegła do hrabiny, Jan list pochwycił.
Pismo było proste i drobne, zdradzające rękę kobiety.
„Pani — donosił list — strzeż się: dziś wieczorem nie dostaniesz ani fryzjera, ani sukni, ani karety.
„Spodziewam się, iż ostrzeżenie przyjdzie na czas!
„Nie wymagam wdzięczności i nazwiska nie podpisuję.
„Zgadnij sama, kto jest twoją szczerą przyjaciółką“.
— A! A! cios ostatni — krzyknął Dubarry w rozpaczy.
— Chyba, do wszystkich djabłów zamorduję zdrajcę Lubin‘a. Pół do ósmej bije, a jego niema. O! przekleństwo! Jakto, nie będzie fryzjera?
I wicehrabia schwycił się za głowę, drąc włosy ze złości.
— Boże wielki! tu o suknię chodzi — zawołała Chon — fryzjera znajdziemy jeszcze...
— Alboż to prawda? — i jakiegoż znajdziesz? co nie potrafi uczesać? A to zdrada! do stu tysiecy djabłów.
Hrabina milczała, lecz jej bolesne westchnienia wzruszyłyby nawet Choiseul’ów, gdyby je słyszeli.
— No, no, uspokój się — rzekła Chon. — Poszukajmy fryzjera i jedźmy do szwaczki dowiedzieć się o losach sukni.
— Niema fryzjera! — szepnęła hrabina zagasłym głosem — niema sukni, niema karety!
— To prawda, niema dotąd karety — zawołał Jan — a powinna już być! O! to cały spisek, hrabino. Czy Sartines nie każe aresztować spiskowych? Czy Meaupeau nie każe ich powiesić? O! warci być spalonymi na placu Greve. Chciałbym kołem łamać fryzjera, poćwiartować szwaczkę, na pal wbić powoźnika.
Hrabina przyszła do siebie i teraz przedstawiła jej się cała okropność położenia.
— No tym razem jestem zgubiona; ci, którzy przekupili Lubin‘a, usunęli napewno wszystkich dobrych fryzjerów z Paryża. Osłów tylko, nic nie umiejących, pozostawili dla mnie. A moja suknia nieszczęśliwa!... A kareta nowiuteńka, którejby mi tak zazdroszczono!...
Dubarry milczał, przewracał straszliwie oczami i biegał z kąta w kąt pokoju, rozbijając meble.
Podczas całej tej sceny rozpaczy, która udzieliła się i służbie, wysyłanej co chwila z rozkazami sprzecznymi, przed bramą pałacu zatrzymał się kabrjolet, a z niego wysiadł mężczyzna młody, elegancko ubrany w ciemno-zielony surdut, kamizelkę atłasową, spodnie jasne i białe pończochy jedwabne.
Lekko przebiegł dziedziniec, wszedł do pałacu, którego drzwi nikt nie pilnował i udał się na schody, prowadzące do buduaru.
Jan właśnie zbił przepyszny serwis sewrski, o który zawadził, chcąc pochwycić spadający wielki wazon chiński, w który poprzednio pięścią uderzył, gdy dało się słyszeć delikatne do drzwi pukanie.
Cisza grobowa nastała, nikt nie śmiał zapytać, kto był za drzwiami.
— Proszę wybaczyć — odezwał się głos obcy z poza drzwi — pragnąłbym pomówić z panią hrabiną Dubarry.
— Nie wchodzi się tu w ten sposób — wołał odźwierny, nadbiegłszy, aby zatrzymać nieznajomego.
— Czekaj, czekaj — rzekł Dubarry — nie można się spodziewać nic gorszego nad to, co nas spotkało. Czego pan chcesz od hrabiny?
I Jan otworzył drzwi gwałtownie.
Nieznajomy wszedł i stanął w trzeciej pozycji.
— Panie — rzekł — pragnę ofiarować usługi moje hrabinie Dubarry, która, jak mi się zdaje, ma wziąć udział w dzisiejszej ceremonji dworskiej.
— Jakież to usługi?
— Te, które należą do mojego fachu.
— A fach pański?
— Jestem fryzjerem.
I nieznajomy skłonił się powtórnie.
— A! — wykrzyknął Jan, rzucając się na szyję przybysza — więc pan jesteś fryzjerem? Chodź prędzej, najdroższy mój panie chodź!
— Chodź, chodź przyjacielu — mówiła Chon, chwytając za ramiona młodego człowieka, zmieszanego tem przyjęciem.
— Fryzjer! — zawołała pani Dubarry, podnosząc ręce. — Ależ to anioł z nieba zesłany. Czy Lubin pana przysłał?
— Nikt mnie nie przysłał. Wyczytałem w gazecie, iż pani hrabina ma być dziś przedstawioną u dworu. A może wypadkiem brak jej fryzjera pomyślałem, i ośmieliłem się przyjść.
— Jakże się pan nazywasz? — zapytała hrabina trochę zażenowana.
— Leonard, proszę pani.
— Tylko Leonard! nie słyszałam nic o panu.
— Jeśli pani hrabina przyjmie usługi moje, cały Paryż jutro będzie o mnie wiedział.
— Hm! hm! — odezwał się Jan — uczesanie uczesaniu nie równe...
— Jeśli pani mi nie ufa, odchodzę.
— Bo to widzi pan, nie mam czasu na próby...
— Poco próby? naco próby? — zawołał młody człowiek w uniesieniu, przyjrzawszy się dobrze pani Dubarry. — Rozumiem dobrze, że pani powinna olśnić ubraniem głowy i przez ten czas, gdy się przypatruję, wymyśliłem już coś tak cudownego, że napewno wywoła podziw.
I młodzieniec przybrał postawę tak pewną siebie, iż hrabina zachwiała się trochę, a w serce Jana i Chon wstąpiła nadzieja.
— No, to spróbujemy — rzekła zwyciężona śmiałością fryzjera.
— Przedewszystkiem prosiłbym o pokazanie mi sukni pani hrabiny, aby zastosować ubranie głowy...
— O! moja suknia — zawołała pani Dubarry powrócona do rzeczywistości, moja nieszczęśliwa suknia!
Jan w czoło się uderzył.
— A! to prawda — powiedział... Wyobraź sobie pan ohydny spisek!... Skradziono suknię, szwaczkę, wszystko, wszystko! Chon! moja dobra, Chon!
I Dubarry zaczął szlochać.
— Chon! jedź jeszcze do szwaczki — powiedziała hrabina.
— Na co się to zdało, przecież wiem, że razem z suknią wyjechała z domu...
— Nieszczęście — szeptała hrabina — co mi przyjdzie z fryzjera, kiedy nie mam sukni!
Jakby w odpowiedzi, odezwał się dzwonek u bramy, zamkniętej obecnie przez odźwiernego.
— Dzwonią — zawołała Dubarry.
Chon pośpieszyła do okna.
— Pudło przynieśli! — zawołała.
— Pudło! — powtórzyła hrabina. — Czy je tu oddają?
— Tak... Nie... Tak, tak, oddają odźwiernemu.
— Biegnij, Janie, dowiedz się, na miłość Boga!
Jan wypadł na dziedziniec, i wyrwał pudło z rąk odźwiernego.
Chon patrzyła oknem, on zaś otworzył pudło, zagłębił w nie rękę i zaryczał z radości.
Pudło zawierało prześliczną suknię z atłasu chińskiego, ubraną kwiatami i koronkami wartości niezmiernej.
— Suknia! suknia! — wołała Chon klaszcząc w ręce.
— Suknia! — powtórzyła pani Dubarry mdlejąc prawie z nadmiaru radości jak przed chwilą z nadmiaru rozpaczy.
— Kto ci to wręczył, niedołęgo? — pytał Jan szwajcara.
— Jakaś kobieta, proszę pana.
— Ale jaka?
— Nie znam jej wcale.
— A gdzie się podziała?
— Oddała mi pudło — krzyknęła nad uchem: „Dla pani hrabiny“, wskoczyła do kabrjoletu, którym przyjechała i oddaliła się szybko.
— Mniejsza o to, suknia jest, to najważniejsze — powiedział Jan.
— Chodź-że Janie, chodź prędzej — zawołała Chon — siostra umiera z niecierpliwości.
— Jestem — mówił Jan — patrzcie, cieszcie się i podziwiajcie tę suknię, zesłaną z nieba.
— Czy tylko będzie dobra? przecież nie dla mnie robiona. Mój Boże! jaka szkoda! bo śliczna jest i bardzo mi się podoba!
— Chon zmierzyła suknię.
— Długość taka jak na ciebie, szerokość stanika także dobra.
— Co za prześliczny materjał! — dorzuciła Dubarry. — To nie do uwierzenia! — rzekła Chon.
— To przerażające! — dodała hrabina.
— Przeciwnie, wtrącił Jan — dowodzi to, że masz nieprzyjaciół potężnych, lecz równocześnie oddanych ci przyjaciół.
— Niech to będzie sam djabeł — zawołała hrabina — nie dbam o to, byleby mi tylko pomógł zwyciężyć Grammont’ów!
— A teraz — odezwał się Jan — myślę...
— Co myślisz?
— Że możesz z całą ufnością powierzyć główkę swoją temu panu...
— Co ci daje tę pewność?
— Przebóg! czy nie domyślasz się, że ten sam przyjaciel go przysłał, co i suknię dostarczył?
— Ależ ja przyszedłem ze swego natchnienia — rzekł Leonard.
— No, no, kochany panie, cała historja z gazetą — to komedyjka.
— Prawda święta, proszę pana.
— Przyznaj się pan — dodała Dubarry.
— Pani hrabino, mam oto jeszcze gazetę w kieszeni, schowałem ją na papiloty.
I Leonard wyjął dziennik w którym donoszono o przedstawieniu.
— A teraz do dzieła — rzekła Chon, — bo oto ósma bije.
— Nic pilnego — odparł fryzjer, — godzina czasu wystarczy na drogę z Paryża do Wersalu.
— Tak! gdybym tylko karetę miała — westchnęła hrabina.
— O! to prawda — rzekł Jan, — a tego łotra Franciani nie widać!
— Czyż nie uprzedzono nas, że me będzie, ani fryzjera, ani sukni, ani karety!
— Więc i Franciani zawiódłby nas! — powiedziała Chon.
— Nie, nie — zawołał Jan, — widzę go, idzie!
— A kareta? kareta? — zapytała hrabina.
— Zapewne za bramą została. Odźwierny otworzy... Lecz cóż to się stało Francianiemu?
Drzwi się z trzaskiem otworzyły i powoźnik wpadł do salonu, blady i zmieniony.
— Ach, panie wicehrabio! wykrzyknął, kareta była już w drodze, gdy na zakręcie ulicy de Traversiére wypadło czterech ludzi, poturbowali mego czeladnika, który ją państwu miał oddać i popędziwszy konie, uciekli z powozem galopem.
— A mówiłem wam! — rzekł Dubarry nie ruszając się z fotela, w który upadł na widok powoźnika.
— Ależ to gwałt! — zawołała Chon. Bracie ruszże się!
— Pocóż mam się ruszać?
— Ależ trzeba znaleźć powóz!
— Ech! — powiedział Jan, — ten kto uśmierza burze i żywi ptaki niebieskie, kto zesłał nam takiego fryzjera, jak pan i tę oto suknię, nie dopuści abyśmy zostali na lodzie z powodu karety.
— O, patrzcie! — krzyknęła Chon, jedzie jakaś kareta!
— I nawet zatrzymuje się, — dodał Dubarry.
— Tak, lecz nie wjeżdża, zauważyła hrabina.
Jan poskoczył do okna, otworzył je i począł wołać:
— Biegnijcie, do stu djabłów biegnijcie, bo będzie za późno! Prędko, prędko! Żebyśmy chociaż wiedzieli kto jest naszym dobroczyńcą!
Pokójowcy, hajduki, trabanci popędzili do bramy, lecz już było za późno.
Kareta wybita białym atłasem, zaprzężona parą wspaniałych koni stała przed bramą. Ani śladu woźnicy ni lokaja. Zamiast herbów, widniały na drzwiczkach widocznie w pośpiechu malowane róże.
Jan kazał wprowadzić karetę na dziedziniec, zamknął za nią bramę i wziął klucz. Potem wpadł do gabinetu, gdzie fryzjer czynił przygotowania do czesania.
— Panie! wybuchnął, chwytając Leonarda za ramię, zaklinam cię, powiedz, kto jest naszym duchem opiekuńczym! Dozgonna wdzięczność...
— Proszę uważać, panie wicehrabio, — przerwał młody człowiek z flegmą, ściska mi pan ramię tak mocno, że będę miał całą rękę spuchniętą, gdy przyjdzie czesać panią hrabinę.
— Puść go, Janie, puść! — krzyknęła hrabina.
— Cud, cud prawdziwy! — rzekła Chon. Suknia zupełnie jak na miarą robiona.
— A kareta czy ładna? — zapytała hrabina.
— Prześliczna... oglądałem ją w środku, odpowiedział Jan — wybita atłasem białym, wyperfumowana esencją różaną.
— Więc wszystko wybornie! — zawołała Dubarry, klaszcząc w rączki. — Jeżeli się fryzura uda, panie Leonardzie, los wasz zapewniony.
Leonard zabrał się do główki hrabiny i odrazu dał się poznać jako artysta pierwszorzędny.
Pośpiech, gust, doskonałe zrozumienie rodzaju piękności pani Dubarry, wszystko to uwydatnił w trudnej sztuce czesania.
Po upływie trzech kwadransów hrabina wyszła z rąk jego piękniejsza niż Afrodyta.
Leonard rzucił jeszcze okiem na gmach wspaniały, wznoszący się na głowie hrabiny, poprawił go, umocował, a poprosiwszy o wodę do rąk i podziękowawszy pokornie Chon, która z nadmiaru wdzięczności, służyła mu jak królowi, chciał się oddalić.
— Panie!... — zawołał Dubarry, — dowiedz się, że jestem zawzięty w miłości, również jak i w nienawiści. Sądzę zatem, iż powiesz, kto jesteś?
— Mówiłem już; jestem młody, początkujący fryzjer, a nazywam się Leonard.
— Pan, początkujący? Boże wielki! toż mistrzem jesteś w swojej sztuce!
— Odtąd zawsze będziesz mnie czesał, panie Leonardzie — odezwała się hrabina, przeglądając się W małem lustereczku; a za każde uczesanie otrzymasz pięćdziesiąt luidorów. Chon kochana, wypłać panu sto luidorów na pierwszy raz, jako ofiarę na podziękowanie Bogu.
— Wszak mówiłem pani, że uczynisz mnie sławnym.
— Lecz tylko mnie czesać będziesz... — W takim razie, zabierz pani sto luidorów; cenię wolność moją, to największy skarb człowieka.
— Fryzjer filozofem! — zawołał Jan. Stwórco przedwieczny! co się dzieje i na czem się to skończy?
— No, nie gniewaj się panie Leonardzie, zabierz pieniądze i zachowaj swoją wolność. A my hrabino, jedźmy już!
Słowa te zwrócone były do pani Béarn, która weszła właśnie sztywna i wystrojona.
— Prędzej, prędzej!... — zawołał Jan, — niech wezmą panią na ręce i ostrożnie zniosą ze schodów, jeżeli najmniejszy jęk wyda, poduszę was podli lokaje.
Gdy Jan wraz z Chon, dozorowali przeniesienia starej hrabiny z góry na dół, pani Dubarry obejrzała się za Leonardem.
Ale fryzjer znikł.
— Gdzież on się podział? którędy wyszedł? szepnęła.
— Gdzie się podział? którędy wyszedł? powtórzył Jan. — Zapadł się w ziemię, lub zniknął przez sufit, to zwykła droga djabłów.
— A teraz słuchaj, hrabino: twoja fryzura może zamienić się w masę migdałową, suknia w pajęczynę, a do Wersalu zajedziemy w dyni, zaprzężonej w dwa szczury.
Wypowiedziawszy ostatnie obawy, wicehrabia wskoczył do karety, gdzie już siedziały rozpromienione: hrabina de Béarn i jej chrześniaczka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.