Gösta Berling (Lagerlöf, 1905)/Tom II/Żelazo z Ekeby

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Gösta Berling
Tom II
Rozdział Żelazo z Ekeby
Wydawca Józef Sikorski
Data wydania 1905
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Klemensiewiczowa
Tytuł orygin. Gösta Berlings saga
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


ŻELAZO Z EKEBY.

Było to na wiosnę; ze wszystkich żelaznych hut Wermlandu miano przewieźć żelazo do Göteborgu.
Ekeby jednak nie miało co wysłać. W jesieni długo nie było wody, a na wiosnę przeszedł majątek pod rządy rezydentów.
Wonczas pieniło się mocne gorzkie piwo po szerokich granitowych stopniach, któremi spadała Björksee, a jezioro Löb wypełnione było nie wodą, lecz wódką. Za ich rządów nie kładziono surowca na kowadle; bez surdutów, w drewnianych trepach, stali kowale przed ogniskiem, obracając ogromne zrazy pieczeni na długich rożnach, a chłopaki trzymały nad ogniem nadziewane kapłony. W owych czasach tańczyło się na zabój. Sypiano na heblarni, grano w karty na kowadle. Żelaza wtedy nikt nie kuł.
Ale za nadejściem wiosny zaczęto w biurach handlowych Göteborga dopytywać się o żelazo z Ekeby. Wydobywano z biurek kontrakty z podpisami majora i majorowej, gdzie zapowiadano dostawienie wielu setek centnarów.
Lecz cóż rezydentów obchodziły kontrakty majorowej? Oni myśleli o zabawach, muzyce i przyjęciach. Starali się, aby te nie poszły w zapomnienie.
Nadeszło żelazo z Stömne, zjawiło się również i to z Sölje. Z Kymsbergu, po przez stepy dostało się żelazo do jeziora Wenern. Z Uddeholmu przywieźli, z Munkeforsu, ze wszystkich wielkich dóbr w około. Gdzież jednak żelazo z Ekeby? Czyż Ekeby przestało być pierwszem pomiędzy hutami żelalaznemi całego Wermlandu? Czyż nikt nie stara się o utrzymanie honoru starej firmy? Ach nie; rezydentom jest to obojętne, oni starają się tylko, by o zabawach nie zapomniano. Nad czemże jeszcze miałyby pracować ich słabe mózgi?
A wodospady i potoki, promy i rzeki, śluzy i porty dziwią się i pytają: — Czyż żelazo z Ekeby nie stawi się na targ?
A w głębi lasu zaczyna się śmiać węglarz, zda się, jak gdyby głosy wielkich młotów ciemnych kuźni śmiały się drwiąco, piwnice otwierają swoje szerokie paszcze i wtórują szyderskim śmiechem. Pulpity w biurach, gdzie przechowuje się kontrakty majorowej, trzęsą się ze śmiechu. — Czyście słyszeli coś podobnego? Niema żelaza w Ekeby? W najlepszej hucie z całego Wermlandu niema żelaza! Ocknijcie się lekkomyślni! Ocknijcie się bezdomni! Ścierpicież, aby taka hańba spadła na Ekeby? Jeżeli szczerze kochacie ten najpiękniejszy szmat zielonej ziemi, jeżeli szczerze wzdychacie do niego z oddali, jeżeli nie możecie imienia jego wymienić wśród obcych, aby wam łzy nie stanęły w oczach, ocknijcie się rezydenci, ocalcie honor Ekeby!
Bo cóż z tego, że w samem Ekeby młoty spoczywały, pracowano przecież w sześciu innych hutach, które do was należą? Tam znajdzie się zapewne żelaza więcej niż trzeba.
Wyprawia się więc Gösta Berling, aby się porozumieć z rządcami tamtych hut.
W Högforsie, które leży nad rzeką Björksee, tuż pod Ekeby, niema się co pytać. Lasy zbyt blizko i zostawały pod bezpośrednim niemal wpływem rezydentów. Pojechał kilka mil dalej na północ, póki nie dotarł do Lotaforsu. Śliczna to była miejscowość, przyznać trzeba. Górna część jeziora Löb rozciągała się po jednej stronie, z tyłu leżała skała Gurlitt ze swoim ostrym szczytem i dziko romantycznym wyglądem, tak odpowiednim dla odwiecznej góry. Ale kuźnia nie taką być powinna. Koło rozpędowe ma złamane, a było takiem przez rok okrągły.
Dlaczegoż go nie naprawiano?
— Stolarz, jedyny w tej stronie stolarz, któryby je mógł naprawić, był zajęty gdzieindziej. Nie mogliśmy kuć ani kawałeczka żelaza.
— A dlaczegoż nie posłaliście po stolarza?
— Posłać po stolarza? Jak gdybyśmy nie posyłali byli dzień w dzień! Ale nigdy nie mógł przyjechać. Miał dużo zajęcia koło altan i kręgielni na Ekeby.
Wtedy nagle zrozumiał Gösta, co go czeka w tej podróży.
Pociągnął dalej do Björnidet. Czy jest tu żelazo? Nie, naturalnie, że niema. Nie mieli przecież węgli, a z Ekeby nie mogli się doprosić ani pieniędzy na zapłacenie węglarza, ani ludzi do przewiezienia węgli. Przez całą zimę huta spoczywała.
Tedy rzuca się Gösta dalej, na południe. Przybywa do Han, na wschodniem brzegu jeziora, do Löfstafosu, położonego w głębi lasu i do Elgforsu, ale i tam nie więcej ma powodzenia. Nigdzie nie mają żelaza, a wszędzie winni są rezydenci, że tak się stało.
Wraca więc Gösta do Ekeby, a rezydenci spoglądają ponurym wzrokiem na kilka centnarów, będących na składzie. Pochylają głowy pełni żalu i wstydu, słyszą bowiem, jak cała natura śmieje się z Ekeby, zda im się, jakby słyszeli ziemię wstrząsaną łkaniem, trawę i kwiaty skarżące się, że przepadła cześć i sława Ekeby


Ale co tu dużo mówić i dziwić się? Dość, że zjawiło się żelazo z Ekeby!
Jest, jest nad rzeką Klar zładowane na promach, gotowe popłynąć rzeką do Karlstadu, tam się je zważy, poczem okrętem przez jezioro Wenern dostanie się do Göteborgu. Ocalony zatem honor Ekeby!
Ale jak się to stało? W Ekeby zaledwie było kilka centnarów żelaza, a w sześciu innych hutach wcale nic nie było. Jakżeż to możliwe, aby ciężko ładowne promy wiozły niesłychaną moc żelaza do wagi w Karlstadzie. Ha, o to trzebaby się popytać rezydentów.
Oni przebywają osobiście na pokładzie ciężkiego, brzydkiego promu; sami chcą żelazo dostawić z Ekeby do Göteborgu. Nie powierzają żelaza zwykłemu przewoźnikowi. Z flaszkami i koszykami zapasów, z waltornią i skrzypcami, ze strzelbami, wędkami i kartami wsiedli rezydenci. Chcą wszystko, co możliwie, uczynić dla drogocennego żelaza i nie opuszczą go, póki go nie wyładują w Göteborgu. Sami naładowali wory, sami pilnować będą żagli i steru. Do tego są jak stworzeni. Czyż istnieje ławica piasku, skała w jeziorze Wenern, którychby nie znali? Nie władająż sterem i linami żaglowemi tak wprawnie, jak smyczkiem i lejcami?
Żaden z rezydentów nie pozostał w domu. Eberhard opuścił swój pulpit, a stryjaszek Krzysztof swój kąt pod piecem. Nawet łagodny Lövenberg wyruszył z nimi. Nikt nie chciał pozostać w domu, gdy rozgrywa się sprawa honoru Ekeby.
Ale na Lövenberga niedobrze wpływa widok rzeki Klar, nie widział jej od lat trzydziestu siedmiu i tak też długo na żadną łódź nie stąpił nogą. Nie może znieść błyszczących powierzchni morza i szarych rzek. Przypominają mu się nazbyt smutne rzeczy, gdy się znajdzie na wodzie, dlatego też stale jej unika, ale dziś nie mógł się utrzymać w domu. I on chce współdziałać w ratowaniu sławy Ekeby! Przed trzydziestu siedmiu laty widział Lövenberg narzeczoną swoją, znikającą w falach tej rzeki i od tego czasu głowa jego wciąż niedomaga
A gdy tak stoi i wpatruje się w nurty, coraz większa mgła zasnuwa mu umysł. Szara rzeka, płynąca w licznych, drobnych, skrzących się falach, wydaje mu się ogromnym wężem o srebrnych łuskach, czatującym na zdobycz. Wysokie, żółte, piaszczyste brzegi z rzadkiemi kępkami trawy, przez które rzeka wyżłobiła sobie koryto, są ścianami przepaści, na której dnie czyha wąż, a szeroki gościniec, wrzynający się głęboko w ścianę, wijący się przez piasek aż do przewozu, zkąd promy odbijają — to wejście do strasznej jaskini mordu.
I drobny człowiek stoi i wpatruje się osłupiałemi, małemi, niebieskiemi oczkami w wodę. Długie, białe włosy wiatr rozwiewa, a lica, zazwyczaj lekko zaróżowione, są obecnie blade z przerażenia. Wie na pewno, jakgdyby mu kto powiedział, że niebawem od drogi nadejdzie ktoś i rzuci się w paszczę czatującego węża.
Rezydenci gotowi są do odjazdu. Chwytają długie żerdzie, aby odepchnąć promy na wodę, wtem krzyczy Lövenberg: — Wstrzymajcie się! Na miłość Boską, wstrzymajcie się!
Przypuszczają, że jestto początek szału, który sprowadziło kołysanie się promu, mimowoli jednak opuszczają żerdzie, a on, widząc, jak rzeka czyha na łup, wskazuje ruchem ostrzegającym na gościniec, jakgdyby widział kogoś zbliżającego się.
Wiemy przecież wszyscy, iż w życiu zdarza się nieraz tak dziwmy zbieg okoliczności, jak to, co teraz nastąpi. Ktoby się dziwić jeszcze potrafił, zdumieje się, że rezydenci właśnie tego ranka, następującego po nocy, w którą hrabina Elżbieta wyprawiła się w podróż na wschód, znajdują się z promami swojemi u przewozu rzeki Klar. Ale byłoby chyba jeszcze niezwyklejsze, gdyby młoda hrabina nie miała znaleźć ratunku w swojej niedoli. Zdarzyło się właśnie tak, że ona, która przez całą noc szła, w tej chwili zjawiła się u przewozu, gdy rezydenci odbijali od lądu. Nieruchomo stali i patrzyli, jak rozmawiała z przewoźnikiem, który swoją łódź oglądał. Była w ubraniu wieśniaczki; nie domyślali się zgoła, kto to jest. A mimo to wpatrywali się w nią, gdyż zdawała im się znajomą. Stojąc i rozmawiając z przewoźnikiem, ujrzała na gościńcu tuman kurzu, a z niego wyłoniła się duża żółta karoca. Zrozumiała, że już opuściła ziemie Borgii, zkąd wyjechali w pościg za nią i że ją schwytają. Nie było co myśleć, aby mogła ujść łodzią, a jedynem miejscem schronienia, jakie tu widziała, były promy rezydentów. Rzuciła się ku nim, nie patrząc, kto jest na pokładzie. I dobrze, że nie widziała, inaczej byłaby wolała pod konie się rzucić, niż u nich szukać obrony.
Wszedłszy na pokład, wołała tylko: Ukryjcie mnie! Ukryjcie mnie! A potem zachwiała się i padła na ładunki. Rezydenci zaklinali ją, by się uspokoiła. Natychmiast odbili od brzegu, aby prom puścić z prądem, dążącym do Wermlandu. W tej samej chwili dotarła karoca do przewozu.
W powozie siedział hrabia Henryk z hrabiną Martą. Hrabia wysiadł i podszedł do przewoźnika spytać się, czy nie widział hrabiny. Ale ponieważ wstydził się pytać o zbiegłą żonę wprost, pytał ogródkami. — Zginęło coś — zaczął.
— Tak? — zdziwił się przewoźnik.
— Zginęło coś. Pytam więc, czy on nie widział czego?
— O cóż panu chodzi?
— Ach, wszystko jedno o co. Pytam, czy on dziś przewoził kogo.
W ten sposób naturalnie nic się nie dowiedział i hrabina Marta musiała się sama rozmówić z chłopem. W minutę później wiedziała już, że zaginiona przebywa na pokładzie jednego z płynących powoli promów.
— Cóż to za ludzie znajdują się na tym promie?
— Toć przecież rezydenci, jak ich wszyscy wołają!
— Ach! — zawołała hrabina. — No, to w dobre ręce dostała się żona twoja, Henryku! Możemy więc spokojnie zawrócić.


Na promie tymczasem wcale nie było tak wesoło, jak sobie wyobrażała hrabina Marta. Póki widna była żółta kareta, siedziała młoda kobieta wylękniona, skulona na ładunku, nie ruszając się i nie mówiąc. Tylko uparcie patrzyła w wodę.
Prawdopodobnie rezydentów poznała dopiero, gdy ujrzała karetę znikającą. Wtedy zerwała się, jak gdyby znów chciała uciekać, lecz wstrzymali ją najbliżej stojący, poczem opadła na dawne miejsce z cichym jękiem.
Rezydenci nie śmieli ani rozmawiać z nią, ani się wypytywać. Zdała im się być blizką obłędu.
Po chwili dopiero uczucie odpowiedzialności zaczęło dręczyć lekkomyślne głowy. Już sama sprawa żelaza była wielkim ciężarem dla ramion nienawykłych, a teraz w dodatku ten kłopot z młodą, szlachetnego rodu kobietą, która porzuciła męża.
Gdy spotykali się z tą młodą osobą na wieczorkach, ten i ów mimowoli przypominał sobie młodszą siostrę, którą niegdyś kochał. Gdy w zabawie mocowali się z nią, dotykali się jej ostrożnie, a rozmawiając, musieli się strzedz, by nie używać brzydkich wyrazów. Jeżeli, bawiąc się z nią, obcy jakiś chłopiec nazbyt dziko uganiał się za nią, lub ośmielił się śpiewać w jej obecności jaką nieprzyzwoitą piosenkę, rzucali się w bezgranicznem oburzeniu na zuchwalca, bijąc go bez miłosierdzia, gdyż ich młodsza siostra nie powinna była słyszeć nic złego, nie powinna była poznać żadnego cierpienia, nie powinna była spotykać się z nienawiścią, ani nawet z niecierpliwością.
Hrabina Elżbieta była wesolutką siostrą wszystkich rezydentów. Gdy swoje drobne rączęta kładła w ich ciężkie dłonie, zdało się, jakgdyby mówiła:
— Widzicie, jaka jestem delikatna, ale wy jesteście moimi starszymi braćmi, powinniście chronić mnie przed drugimi i przed sobą samymi! — To też w jej towarzystwie byli prawdziwymi rycerzami.
Teraz spoglądali na nią z przerażeniem i nie mogli jej poznać. Zmizerowana, wychudła, szyja straciła krągłość, twarz stała się przezroczystą. Widocznie uderzyć się musiała o coś w swojej wędrówce, gdyż z małej ranki na skroni sączyła się kropelkami krew, a blond loki, spadające jej na czoło, skleiły się od krwi zakrzepłej. Suknia jej zbrukała się w tej wędrówce po zroszonych drogach, a buciki się zniszczyły. Rezydentów ogarnęło przykre uczucie, jak gdyby im obcą była. Hrabina Elżbieta, którą oni znali, nie miała takich dziko płonących oczu. Ich młodszą siostrę więc doprowadzono do szaleństwa niemal. Zdało się, jakby dusza z innych światów zeszła walczyć o władzę nad tem mizernem ciałem.
Ale niepotrzebnie się kłopoczą, co z nią zrobić. W niej budzą się znów dziwne myśli. Pokusa czyha na nią. Bóg, chcąc ją wystawić na próbę, zesłał jej przyjaciół. Czyż porzuci drogę pokuty?
Zerwała się, wołając, że musi iść dalej.
Rezydenci usiłują uspokoić ją, zapewniając, że ochronią ją od wszelkich prześladowań!
Ale ona powracała wciąż do swojej prośby, by jej pozwolono wsiąść w łódkę przymocowaną z tyłu promów, a dopłynąwszy do brzegu, pójdzie dalej pieszo.
Nie mogli jej jednak puścić. Cóżby się z nią stało? Lepiej, żeby z nimi pozostała. Wprawdzie są biednymi starcami, ale znajdą sposoby i środki, aby jej dopomódz.
Wtedy jęła ręce łamać i błagać, by ją puścili. Nie mogli spełnić jej prośby. Widzieli, jaka jest słaba, zbiedzona, mogłaby upaść na gościńcu.
Przez cały czas Gösta Berling stał zdala od od niej, patrząc w przeciwną stronę.
Może młoda hrabina nie byłaby mu rada? Nie wiedział, ale w duchu cieszył się z szczęśliwego trafu. Teraz nikt nie wie, gdzie się znajduje — myślał — będziemy ją mogli zabrać z sobą do Ekeby. Tam ją ukryjemy. Będziemy dla niej tacy dobrzy! Będzie naszą królową, naszą panią, a nikt nie będzie wiedział, gdzie jest. Będziemy jej strzegli tak dobrze, tak dobrze! Może będzie się czuła szczęśliwą wpośród nas, wszyscy starzy będą ją otaczali ojcowską opieką, jakgdyby była ich ukochaną córką. Ona zrobi z nas ludzi, będziemy pili orszadę i mówili po francusku. A gdy rok upłynie? Pomyśli się o tem!
Nie odważył się nigdy uświadomić sobie, że ją kocha. Posiadać jej nie mógł bez grzechu, a zbrukać jej nie chciał — tyle wiedział jedynie. Ale ukryć ją w Ekeby, być dla niej dobrym teraz, gdy tamci byli źli, pozwolić jej używać wszystkiego, co świat ma dobrego — ach, jakiż sen! jakiż sen rozkoszny!
Zbudził się z marzeń, widząc młodą hrabinę zrozpaczoną, słysząc w słowach jej ostry dźwięk rozpaczy. Rzuciła się na kolana przed rezydentami i błagała, by jej dopomogli.
— Bóg mi jeszcze nie przebaczył, puśćcie mnie! — wołała.
Gösta wiedział, że żaden z tamtych nie jest w stanie jej posłuchać, zrozumiał, że on to musi zrobić. On, który ją kochał, musi to uczynić.
Tak mu ciężko było iść, jakgdyby każdy członek w ciele jego stawiał opór jego woli, lecz dowlókł się do niej i powiedział, że on ją przewiezie.
Natychmiast się podniosła. Zaniósł ją do łodzi i przewiózł na drugi brzeg. Przybił do wązkiej ścieżki i pomógł jej wysiąść.
— Cóż z panią hrabiną będzie? — zapytał.
Z powagą podniosła palec i wskazała na niebo.
— Gdyby pani hrabina znalazła się... — nie mógł dalej mówić, głos uwiązł mu w gardle, ale ona go zrozumiała.
— Dam panu znać, gdy będę potrzebowała pańskiej pomocy.
— Tak chętnie osłaniałbym panią przed wszelkiem złem — powiedział.
Podała mu rękę na pożegnanie, a on nie zdołał wymówić ani słowa więcej. Zimna i martwa spoczęła jej dłoń w jego ręce.
Hrabina obecnie rozumiała tylko wewnętrzne głosy, które wypędzały ją między obcych ludzi. Może nawet nie wiedziała, że człowiek, który się z nią rozstał, był właśnie tym, którego kochała.
On pozwolił jej odejść i zawrócił do rezydentów. Gdy stanął na promie, drżał ze zmęczenia i wyglądał śmiertelnie znużony i wyczerpany. Zdawało mu się, że to była najcięższa praca w jego życiu.
Jeszcze przez kilka dni trzymał się, póki honor Ekeby nie został uratowany. Doprowadził żelazo do wagi, potem na długo opuściły go siły i ochota do życia.
Rezydenci nie dostrzegli zmiany, póki znajdowali się na pokładzie. Tu wytężał każdy nerw, aby utrzymać dobry humor dla honoru Ekeby. Jakżeby im się sztuka udała, gdyby się do niej zabierali ze smutnemi minami, z omdlałemi sercami?
Jeżeli prawdą jest, co opowiadają, że rezydenci mieli więcej piasku niż żelaza na promach, jeżeli prawdą jest, że wciąż jedne i te same sztaby żelaza przynosili do wagi i odnosili, póki się nie doliczyli kilku setek centnarów, jeżeli prawdą jest, że to wszystko zdarzyć się mogło, ponieważ ci, którzy byli przy wadze, suto traktowani byli zapasami z koszów i zawartością butelek, które z sobą przywieźli rezydenci — łatwo zrozumieć, że na promach musiało być wesoło.
Kto tam wie zresztą? Ale jeżeli tak się rzeczy miały, to również pewnem jest, że Gösta Berling nie miał czasu oddawać się smutkowi. Ale nie odczuwał też radości niebezpiecznej przygody. Skoro tylko poczuł się swobodnym, zesłabł.
Rezydenci, otrzymawszy kwity z wagi, zładowali na szkutę żelazo. Zazwyczaj przewozili do Göteborgu żelazo zawodowi przewoźnicy, a kupcy z Wermlandu z reguły nie troszczyli się więcej o swój towar, otrzymawszy pokwitowanie, że przesyłka posiada wymienioną wagę. Ale rezydenci nie chcieli nic przez pół robić — postanowili osobiście dostawić żelazo do Göteborgu. W drodze spotkało ich nieszczęście. W nocy zerwała się burza, szkutę bez steru podrzucały bałwany, aż uderzyła o jakąś rafę i zatonęła z całym kosztownym ładunkiem. Waltornia i talie kart i wszystkie próżne butelki zatonęły. Zbadawszy rzecz bliżej, mniejsza o to, że stracono żelazo, byle honor Ekeby ocalał. A żelazo przecież zważono. Chociaż więc major musiał napisać do kupców z Göteborgu, że skoro nie otrzymali żelaza, on też nie może przyjąć ich pieniędzy — niewiele to szkody przyniosło. Ekeby bogate a honor jego uratowany.
Ale gdyby porty i przystanie i szkuty i promy poczęły opowiadać dziwne rzeczy? Gdyby przez lasy przeszedł głuchy szmer o tem, że cała ta jazda była prostą komedyą, gdyby w całym Wermlandzie utrzymywano, że tylko kilka marnych cetnarów stanowiło cały ładunek, że rozbicie się okrętu było ułożone z góry... to co? dokonano śmiałego czynu, urządzono paradny figiel! To nie plama honoru.
Ale to już tak dawno temu. Być przecież może, iż rezydenci kupili gdzieś żelazo, lub że znaleźli coś w śpichrzach, o czem przedtem nie wiedzieli. W takich sprawach nigdy nie można poznać całej prawdy. Ci, którzy ważyli, nie chcieli ani słyszeć o żadnem oszustwie, a w każdym razie oni chyba mogliby wiedzieć najlepiej.
Po powrocie do domu dowiedzieli się rezydenci o wielkiej nowinie: małżeństwo hrabiego Dohna ma zostać rozwiązane. Hrabia wysłał swego sekretarza do Włoch po dowody, że małżeństwo było nieważne. Powrócił on w lecie z dostatecznemi dokumentami. Jakiego one rodzaju były, nie umiem tak dokładnie powiedzieć. Trzeba się ostrożnie obchodzić z takiemi staremi podaniami, one są jak napół zwiędłe róże — rozsypują się natychmiast, gdy się je uchwyci zbyt mocno. Nie wiem dobrze — to jedno jest tylko pewne: sąd w Bro orzekł, iż małżeństwo hrabiego Dohna z Elżbietą z Turnéw nigdy nie istniało.
O tem jednak młoda hrabina nic nie wiedziała. Żyła wśród wieśniaków w bardzo odległej okolicy — jeżeli wogóle żyła jeszcze.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Józefa Klemensiewiczowa.