Dusza Zaczarowana/I/Część pierwsza/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Dusza Zaczarowana
Podtytuł I. Anetka i Sylwja
Część pierwsza
Data wydania 1927
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. L’Âme enchantée
Podtytuł oryginalny I. Annette et Sylvie
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cała księga I
Pobierz jako: Pobierz Cała księga I jako ePub Pobierz Cała księga I jako PDF Pobierz Cała księga I jako MOBI
Indeks stron

Od dnia tego siostry widywały się stale. Nie minął tydzień, by się nie zetknęły. Sylwja przybywała wieczorem po Anetkę, rzadziej zaś Anetka do niej chodziła. Milcząco porozumiały się, by oszczędzić Anetce spotkania przyjaciela siostry. Wybrały dzień na śniadanie wspólne w mleczarni, pozatem zaś wyznaczały sobie schadzki gdzieindziej, w mieście. Radowały obie owe wizyty, które weszły w zwyczaj. W dniach, gdy się nie widziały, Anetki nie mogła wyciągnąć na słowo ciotka, zaś Sylwja dręczyła, jak szatan, swego przyjaciela. To jedynie skracało czas, że obie obmyślały, co sobie powiedzą. Ale i ta metoda okazała się zawodną i Anetka nigdy nie była szczęśliwszą, niż kiedy pewnego dnia, już po dziesiątej, do bramy zadzwoniła Sylwja, mówiąc, że przyszła ją pocałować, niezdolna doczekać jutra. Pragnęła ją zatrzymać, ale dziewczyna, nie mająca, jak przysięgała, więcej nad pięć minut czasu, wybiegła pędem, po godzinnem paplaniu bez odetchnienia.
Anetka chciała, by siostra wzięła udział w jej dobrobycie i zamieszkała u niej, ale Sylwja odrzucała szorstko wszystkie te usiłowania, uparła się też jak kozioł i nie chciała w żaden sposób pieniędzy. Wzamian, bez żadnych skrupułów przyjmowała przedmioty tualetowe i, „pożyczała“ różne kwoty (zapominając, oczywiście, oddać). Zdarzyło się nawet parę razy, że ukradła coś. Oczywiście, jeno drobiazg, bo nie ważyła się tknąć pieniędzy, jako rzeczy świętej. Inaczej było z cackami, czy czemś podobnem bez wartości, w tych razach oprzeć się nie była w stanie. Anetka zauważyła zaraz owe srocze instynkty siostry i zmartwiła się. Byłaby jej z radością darowała te same przedmioty. Udawała odtąd, że nie widzi. Lecz największą im sprawiały przyjemność zamiany bluzek, czy staniczków, lub bielizny, zdjętej z siebie. Namiętność Anetki żyła tem. Sylwja z wielką wprawą przerabiała na siebie suknie siostry, a gust jej zmodyfikował niedługo poważniejsze upodobania tualetowe Anetki. Rezultat jednak nie był zbyt szczęśliwy, albowiem ta popędliwa dziewczyna przesadzała często w naśladownictwie i odstępowała tak dalece od stylu osobistego, że Sylwja musiała powstrzymywać jej zapał. Doświadczeńszą będąc, umiała nieznacznie korzystać z powściągliwej dystynkcji starszej siostry, a kopjowała jej sposób mówienia, gesty i zachowanie w sposób tak zręczny, iż wydawało się, że jest modelem, a nie kopją.
Mimo zażyłości, Anetka zdołała poznać jedną jeno część życia siostry. Sylwja umiała zachować pewną niezawisłość i dać ją odczuć. Nie wyzbyła się zresztą doszczętnie swej nienawiści klasowej i z umysłu okazywała siostrze, że nie można nią dysponować dowolnie. Miłość własna mówiła jej przytem, że siostra przygania jej w niejednem, zwlaszcza w kwestji stosunku miłosnego. Anetka czyniła wysiłki, by się z tem pogodzić, ale nie mogła ukryć zakłopotania i albo unikała tego tematu, albo, zmuszając się do mówienia by zrobić przyjemność Sylwji, przybierała mimowoli ton wymuszony, który nie uchodził baczności siostry. Anetkę martwiło to, pragnęła bowiem, by Sylwja była na swój sposób szczęśliwa, i nie chciała okazywać, że niebardzo ją ten sposób właśnie zachwyca. Mimo to okazywała to, albowiem ludzie silnych uczuć są często niezręczni. Sylwja brała jej to za złe i mściła się milczeniem. Tylko dzięki przypadkowi, w kilka tygodni potem, Anetka dowiedziała się kilku ważnych wydarzeń z życia siostry.
Sylwja nie przypisywała im zresztą żadnej wagi, może ześlizgnęły się one po elastycznym jej temperamencie, a może jeno miłość własna nie pozwoliła się przyznać. Anetka dowiedziała się przypadkiem, że „od pewnego czasu“ (niepodobna go określić, gdyż zaliczało to się już do „dziejów starożytnych“) przyjaciel znikł, a stosunek istnieć przestał. Sylwja nic sobie z tego nie robiła, tem więcej Anetka, nie żałując naturalnie tego, co się stało. Usiłowała niezdarnie poznać przyczynę, ale Sylwja wzruszyła ramiona, roześmiała się i rzekła:
— Nie było żadnej przyczyny. Poprostu minęło i basta.
Anetka powinna się była radować, ale słowa siostry przykro na nią oddziałały. Cóż za dziwne uczucie? Jakaż ona jest? Czyż tak mówią ludzie serca? I to ze śmiechem w dodatku.
Po tej wielkiej nowinie (wielkiej dla Anetki) nastąpiło nowe odkrycie. Gdy pewnego dnia objawiła chęć zabrania Sylwji po robocie z pracowni, dziewczyna odparła:
— Nie, nie, już tam nie pracuję!
— Jakto? zawołała zdziwiona. — Od kiedyż to?
— O, od pewnego czasu!...
Zawsze tak nieściśle liczyła czas, że słowa jej mogły dzień wczorajszy oznaczać i rok zeszły jednocześnie.
— Cóż się stało?
— To, co każdego roku! Zaraz po wyścigach „Grand Prix“ zaczyna się martwy sezon. Krawcowe starają się wówczas pozbyć robotnic i z byle powodu wyrzucają nas za drzwi.
— Gdzież tedy jesteś?
— Tu i owdzie. Chodzę, biegam, zajmując się wszystkiem potrochu.
Anetka słuchała przygnębiona.
Nie masz tedy miejsca i nie mówisz mi nic?
Sylwja przybrała minę „co mi zrobisz“ i objaśniła z wyższością (zadowolona zresztą z efektu), że kleci kostjumy tanie dla handlarek konfekcji, robi na drutach sukienki dziecięce, oraz szyje męskie spodnie (oczywiście bufonowała potrochu). Ale Anetka przycisnęła ją do muru i dowiedziała się, że Sylwja rozbija się za robotą i podejmuje często strasznie wytężającą, lub wstrętną. Teraz zrozumiała, dlaczego wydała jej się „od pewnego czasu“ bladą, dlaczego przez kilka dni się nie zjawiała, wykręcała, gadała kłamstwa absurdalne. Oto po nocach musiała szyć, psując palce i oczy. Sylwja ciągnęła dalej w tonie szyderczym, lub sztucznie obojętnym opowieść swych przygód, nagle jednak zauważyła, że wargi Anetki drżą od złości.
— To nikczemne! — krzyknęła Anetka. — Nie mogę znieść tego! Jakto, powiadasz, że mnie kochasz, sama żądałaś mej przyjaźni, a zatajasz rzeczy tak ważne, ciebie dotyczące?
Sylwja uniosła wargę górną, jakby rzec chciała:
— Pfi! Cóż tak ważnego!
Ale siostra nie dopuściła jej do słowa.
— Ufałam ci, sądziłam, że mi się zwierzysz z każdej troski i cierpienia, jak ja ci się zwierzam, i że wszystko dzielić będziemy z sobą... Tymczasem trzymasz mnie na uboczu jak obcą i nic nie wiem. Gdyby nie traf, nie dowiedziałabym się o twych kłopotach, że szukasz pracy, że niweczysz zdrowie i gotowaś wziąć byle jaką robotę raczej, jak zwierzyć się siostrze, mimo tego, że wiesz z jakąbym ci pomogła radością. To haniebne! Zraniłaś mnie! To brak szczerości! To brak przyjaźni! Ale nie ścierpię tego dłużej. Natychmiast sprowadzisz się do mnie i pozostaniesz aż do nowego sezonu!
Sylwja wstrząsnęła głową.
— Tak być musi, nie przecz! Posłuchajże, Sylwjo, gdyż nie przebaczyłabym ci. Nie wzbraniaj się, albo nie zobaczymy się w tem życiu.
Nie racząc nawet tłumaczyć ni wyjaśniać, Sylwja powtórzyła z upartym uśmiechem:
— Nie, nie, droga moja!
Lubowała się uniesieniem doprowadzonej do ostateczności Anetki, która gotowa była płakać, lub bić siostrę.
Przyszło jej na myśl, że wzburzenie Anetki zwiększa jej piękność, ale nie ustępowała. Szło jej o to, by okazać swą wolę.
Anetka powtarzała z twarzą purpurową od złości, nakazując, prosząc, piorunując.
— Zostań! Zostaniesz! Tak być musi. Skończona sprawa. Prawda, zostaniesz? Mów... mów!
Uparta dziewczyna odparła z uśmiechem, mogącym doprowadzić do rozpaczy:
— Nie, droga moja!
Anetka odskoczyła od niej.
— Tedy wszystko skończone! — krzyknęła.
Obróciła się plecami, podeszła do okna i zdawało się, że nie patrzy na Sylwję. Dziewczyna posiedziała chwilę, potem wstała i rzekła słodkim głosikiem:
— Do widzenia, Anetko!
— Bądź zdrowa! — odparła, nie obracając się. Niewiadomo coby się stało, gdyby uczyniła najmniejszy ruch. Płakałaby... krzyczała. Nie drgnęła jednak dumna, lodowata. Sylwja uczuła zakłopotanie i lekki niepokój, ale ubawiona sceną, wyszła i za drzwiami zagrała jej palcami na nosie.
Niebardzo była dumna (troszkę jeno może) ze swego dzielnego oporu, podobnie jak Anetka z uniesienia. Przyznała ze smutkiem, że niestety mosty spaliła i miast pozyskać zręcznie Sylwję, wygnała ją sama niemal. Że Sylwja nie wróci, pewną była, dylematem swym zamknęła jej drzwi domu. Nie mogła ich otworzyć Anetka, bo jakże po takiej deklaracji iść do Sylwji? Znaczyłoby to przyznać się do porażki, czego nie dozwalała duma, ani też słuszność sprawy, bowiem Sylwja postąpiła źle... Pójść, niesposób!
Szybkim ruchem włożyła na głowę kapelusz i poszła prosto do niej.
Sylwja wróciła przed chwilą. Zadumana, rozważała sytuację. Uznawała, że jest głupia, ale nie wiedziała co robić, gdyż ni na myśl jej nie przyszło ugiąć się woli siostry. W gruncie przyznawała jej słuszność, ale nie chciała ustąpić. Nie była obojętną na dostatki i to, co widziała u Anetki, pobudziło jej zazdrość (trudno bowiem uchronić się od tego uczucia, zwłaszcza gdy się ma młode ciało, pełne różnych pragnień, i wie się, że korzystałoby się ze szczęścia lepiej, niż ci, którym pieczone gołąbki wpadły same do gąbki). Nie będąc zazdrosną z natury, miała potrosze Anetce za złe, że jest bogatą, a usiłowania siostry naprawienia zła i uzyskania przebaczenia sprawiały jej przyjemność. Mimo to nie chciała jej przebaczyć. Wszystkiego tego nikt nie wyzna, każdy bowiem nosi w sobie dobrze skryte dwa, lub trzy małe potworki. Nie chwalimy się niemi, nie patrzymy na nie z pozoru, ale nikt się ich nie wyzbywa. Prędzej do tego już się przyznać mogła, że udaje pogardę dla luksusu, który ją pociąga, ale w gruncie rzeczy pogarda ta nie robiła jej wielkiej przyjemności i nie dawała pożytku. Nie, zaprawdę, Sylwji nie cieszyło zwycięstwo, gdyż odniosła je w dodatku na niekorzyść własną. Sytuacja jej nie była zbyt różowa i to pogarszało sprawę. Trudność znalezienia pracy wzrastała, mnóstwo bezrobotnych przymierało głodem, a oczywiście przedsiębiorcy z tego korzystali. Prócz tego zdrowie jej zaczęło szwankować, upały lipcowe, czuwanie po nocach, złe pożywienie i niezdrowa woda wywołały ataki dyzenteryczne, które ją bardzo osłabiły. W pokoiku swym, pod rozpalonym od słońca dachem, Sylwja siedziała przy zapuszczonych żaluzjach półnaga, daremnie szukając chłodnego przedmiotu, by na nim położyć dłonie. Myślała, jak dobrze byłoby w pięknym pałacu przy Quai de Boulogne, że zaś w braku czego innego dostatnio była wyposażona w ironję, bawiła się głupotą swoją. Ładnie się urządziła. W dodatku Anetka i ona były jednego w gruncie zdania. A teraz cóż... żadna nie ustąpi, to rzecz pewna!
I przekonana, że nie ustąpi, że zostanie głupią do końca, uniosła bladą górną wargę i zaśmiała się gorzko. Nagle posłyszała w kurytarzu impetyczne kroki Anetki. Poznała ją zaraz i zerwała się z krzesła.
Anetka wraca! Dobra dziewczyna! Nie czekała na nią, była lepszą! Anetka weszła, zarumieniona od impetu swego i gorąca. Nie wiedziała idąc, co czyni, ale atmosfera pieca ognistego, panująca w półciemnym pokoju, roznieciła na nowo jej gniew szalony. Zbliżyła się do Sylwji, która jej padła na szyje, ścisnęła rękami jej wilgotne od potu ramiona i nie oddając pocałunków, powiedziała z pasją:
— Zabieram cię... Ubieraj się... Nie gadaj nic!
Sylwja jednak zaczęła gadać, by nie stracić wprawy, udawała, że protestuje, ale nie opierała się. Anetka ubrała ją porywczo, wdziała jej trzewiki, zapięła bluzkę, szorstkim gestem wsadziła na głowę kapelusz, a czyniąc to, potrząsała nią, niby workiem. Sylwja powtarzała: nie, nie, nie, wydawała dla formy krzyki oburzenia, ale ten brutalizm zachwycał ją. Gdy Anetka skończyła, Sylwja ujęła jej obie dłonie, pocałowała i rzekła, śmiejąc się z uciechy:
— Pani burzo, nie mam innego sposobu, jak poddać się. Porywaj mnie!
Anetka ją porwała, chwyciła za ramię silną dłonią, niby obcegami, i wyprowadziła. Wsiadły w taksometr. Gdy przybyły, Sylwja powiedziała:
— Teraz mogę ci wyznać, że umierałam z ochoty!
— Czemuż byłaś tak uparta? burknęła uszczęśliwiona Anetka.
Sylwja ujęła jej dłoń i palcem wskazującym uderzyła się po wypukłem czole.
— Tyle w niem złości... prawda? – spytała Anetka.
— Zupełnie podobne do twego! — odparła, pokazując w zwierciadle czoła dwu uparciuchów.
Uśmiechnęły się do siebie.
— Wiemy, skąd się to bierze! — dodała Sylwja.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.