Dusza Zaczarowana/I/Część pierwsza/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Dusza Zaczarowana
Podtytuł I. Anetka i Sylwja
Część pierwsza
Data wydania 1927
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. L’Âme enchantée
Podtytuł oryginalny I. Annette et Sylvie
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cała księga I
Pobierz jako: Pobierz Cała księga I jako ePub Pobierz Cała księga I jako PDF Pobierz Cała księga I jako MOBI
Indeks stron

Pewnego poniedziałku zrana, Sylwja wyszła po sprawunki i nagle na ulicy de Sèvres, spostrzegła o kilka kroków przed sobą Anetkę, idącą w tym samym kierunku. Poszła za nią i ubawiło ją bardzo, że ją obserwuje. Anetka stawiała duże kroki, jak zawsze. Sylwja drepciła żywo, szybko, tanecznie, śmiejąc się z męskiego, sportowego chodu siostry, musiała jednak oddać uznanie harmonji jej pięknego, silnego ciała. Z podniesioną głową, nie patrząc wokół, szła Anetka zatopiona w myślach, Sylwja ją dogoniła i kroczyła tuż obok trotuarem, a tamta nie widziała nic. Naśladując jej krok, zezowała na policzek starszej siostry, przybladły jakby trochę. Nie obracając głowy, poruszyła wargi cichym szeptem:
— Anetko!
Niesposób było w rozgwarze ulicznym dosłyszeć i Sylwja zaledwo mogła pochwycić słowo, mimo to jednak Anetka usłyszała. A może jeno uświadomiła sobie obecność owego szyderczego sobowtóra, eskortującego ją od chwili w milczeniu. Ujrzała tuż przy sobie profil wesoły i wargi poruszające się bezdźwięcznie, oraz oko roześmiane, zezujące ku niej. Zatrzymała się ruchem gwałtownej, nagłej radości, jaki raz już zdumiał i pociągnął Sylwję, wyciągnęła ramiona w porywie całej swej istoty, a Sylwja pomyślała:
— Rzuci się na mnie...
Ale za moment opanowała się i rzekła niemal chłodno:
— Dzień dobry, Sylwjo!
Ale policzki jej zarumieniły się i nie mogąc utrzymać sztywnej miny wobec wybuchu śmiechu psotnicy, zaśmiała się wraz z nią, mówiąc:
— Złapałaś mnie!
Sylwja ujęła jej ramię i ruszyły razem, starając się, w odruchu serdeczności, dostosować wzajem swe kroki.
— Szłaś ze mną długo? — spytała Anetka.
— O, przeszło pół godziny! — zapewniła natychmiast Sylwja.
— Niepodobna! — krzyknęła łatwowierna siostra.
— Obserwowałam twe ruchy! Widziałam wszystko! Mówiłaś głośno do siebie.
— To nieprawda! Nieprawda! zaprotestowała Anetka. — Jesteś szkaradna kłamczyni.
Ramiona ich zacisnęły się mocniej i zaczęly paplać o sprawunkach porobionych. Obie poweselały. Zajęło je bardzo opowiadanie o pewnej wystawie bielizny, gdzie jedna była, a druga iść miała. Szły, przeciskając się, z nieomylnym instynktem paryżanek, pomiędzy szeregami powozów, gdy nagle Sylwja szepnęła Anetce w ucho:
— Jeszcześ mnie nie pocałowała!
Anetka rzuciła się niemal pod jakiś pojazd, poczem dotarły do trotuaru i nie przestając iść, przycisnęły usta do ust. Objęły się jeszcze ciaśniej i zboczyły w cichszą ulicę, zmierzającą... ach, gdzież ona wiodła?
— Dokądże idziemy? — spytała Anetka.
Stanęły, ubawione tem, że wśród paplaniny zbłądziły fatalnie. Sylwja, nie tracąc kontenansu, palnęła bez namysłu:
— Idziemy na śniadanie!
Anetka się broniła (mimo że ją pociągał urok rzeczy niespodzianej, była metodyczna) i wspomniała o starej ciotce, czekającej w domu. Ale Sylwję nic te drobiazgi nie obchodziły, oświadczyła, że jej nie puści, zatelefonowały do ciotki z jakiegoś biura i poszły do znanej Sylwji mleczarni. Skromne to śniadanko stało się radosnem zdarzeniem dla obu dziewcząt, zwłaszcza Anetki. Sylwja oświadczyła, że chce ufetować szczęśliwszą pod względem fortuny siostrę, a siostra zrozumiała. Anetka zachwycała się wszystkiem, chlebem i doskonale przyrządzonym kotletem, a największą im radość sprawił deser, poziomki ze śmietaną, delektowały się też ich smakiem.
Ale rozmowa bardziej jeszcze niż jedzenie absorbowała języki, mimo że paplały o drobnostkach, szczęśliwe, iż mogą na siebie patrzeć słyszeć głosy. Instynkt ma swe drogi najkrótsze i najpewniejsze. Nie czas było jeszcze na tematy ważne. Gadały tedy wkółko wesoło i niefrasobliwie, niby osy, co oblatują z brzękiem talerz dziesięć razy, zanim na nim siądą. I nie siadły na tym talerzu...
Sylwja wstała, mówiąc:
— Teraz idę pracować.
Anetka zrobiła minę dziecka, któremu nagle odbiorą ciastko, i rzekła:
— Tak nam było dobrze. Szkoda, że już koniec!
— I mnie żal! — zaśmiała się Sylwja. — Kiedyż wznowimy pogadankę?
— Jak najprędzej, a musi trwać długo! Tą się nie nasyciłam.
— Tedy dziś wieczór. Przyjdź po mnie pod pracownię, koło szóstej.
Anetka się zmieszała.
— Czyliż jednak będziemy same? — spytała zaniepokojona, że może spotka „tamtego człowieka“.
Sylwja to odczuła i zapewniła pobłażliwie z odrobiną ironji:
— Tak, całkiem same!
Potem opowiedziała całkiem spokojnie, że przyjaciel jej wyjechał na kilka dni na prowincję, do rodziców. Anetka zarumieniła się z powodu odgadnięcia swych motywów przez siostrę, i zapomniała całkiem, że dnia poprzedniego rano postanowiła jej wyrazić swą naganę moralną. Z całej owej moralności nie pozostało nic, jak tylko radość, że „jego“ tam nie będzie dzisiaj.
— Co za szczęście, spędzimy tedy razem wieczór!
Powiedziała to, klaszcząc w ręce, a Sylwja wykręciła się na pięcie, zrobiła grymas radosny i zawołała:
— Każdy przeto zadowolony!
Potem przybrała minę dystyngowaną na widok wchodzącego do lokalu mężczyzny, powiedziała:
— Do widzenia, moja droga! — i pobiegła jak strzała.
Spotkały się w kilka godzin później u wylotu hałaśliwego ula, z którego roiły się pszczoły rozgadane, zerkające, drepcące, kończące fryzury przed kieszonkowem lusterkiem, lub szybą wystawową. Dziewczęta obracały się w przejściu i oczyma podkrążonemi znużeniem, ale żywemi i rozciekawionemi wpatrywały się w Anetkę. Po dziesięciu krokach przystawały i znowu gadały, drepciły i zerkały z zaciekawieniem na Sylwję, całującą Anetkę, której było bardzo niemiło, że siostra się wygadała przed koleżankami.
Poszły do pałacu przy Quai de Boulogne, dokąd Sylwja zaprosiła się sama. Chcąc oszczędzić oburzenia ciotce, postanowiły w drodze, że Sylwja zostanie przedstawiona w roli przyjaciółki. Mimo to jednak, gdy stara dama udała się po skończeniu obiadu do siebie, pozyskana zresztą urokiem chytrej dziewczyny, Sylwja zaczęła ją zwać ciotką, niby to żartem, a niby ze względów rodzinnych.
Znalazły się same, pośród wielkiego ogrodu, w jasną, letnią noc i objąwszy się czule, kroczyły zwolna, wdychając woń kwiatów znużonych, jaką wydają po upalnym dniu. Podobnie jak kwiaty, dusze ich tchnęły tajemnice swoje. Sylwja odpowiadała terąz bez wielkich zatajeń na pytania Anetki. Opowiedziała swe życie od najwcześniejszej młodości, oraz to, co wiedziała o ojcu. Rozmawiały bez zakłopotania, ni wzajemnej zazdrości, bowiem był ich wspólną własnością. Uśmiechały się pobłażliwie, ironicznie, traktując go jak starego urwisa, zabawnego, pociągającego, niezbyt rozsądnego, coprawda... ale wszakże wszyscy mężczyźni są tacy sami. Nie miały doń już urazy...
— Prawda, Anetko, że gdyby był człowiekiem serjo, nie byłoby mnie tu...
Anetka uścisnęła jej dłoń.
— Aj! – krzyknęła. — Nie ściskaj tak!
Sylwja opowiadała potem o sklepie kwiaciarki, gdzie dzieckiem siadywała pod kontuarem, ze spadłych kwiatów robiąc bukiety i marząc po raz pierwszy. Tam też zapoznała się z życiem Paryża, słuchając rozmów matki z klientami. Gdy Delfina zmarła, Sylwja miała lat trzynaście i poszła na naukę do krawczyni, przyjaciółki matki, która ją wzięła do siebie. Po roku opiekunka zmarła sterana pracą, bo Paryż szybko zużywa, a Sylwja doznała różnych przygód. Wyliczała bez ogródek swe gorzkie doświadczenia, a opowiadała wesoło, często z komizmem. Przelotnie kreśliła typy i charaktery, niby cieniutką igłą wyszywając szkice na tkaninie opowieści. Nie przyznała się do wszystkiego, naturalnie, i była bardziej doświadczona, niż twierdziła, ale owe rozdziały życia widocznie nie zostawiły miłych wspomnień. Dłużej zatrzymała się na swym przyjacielu, to jest, ostatnim przyjacielu, (jeśli byli inni, to zachowała ową wieść dla siebie), który studjował medycynę, a poznał się z nią na balu dzielnicowym (nie jadła obiadu, by nań pójść). Nie odznaczał się zbytnią pięknością, ale był miły, wysoki, ciemne miał włosy, oczy wesołe, sfałdowane w kącikach, rozdęte nozdrza, nos poczciwego psa, był przytem zabawny i serdeczny. Opisywała go bez najmniejszego skrupułu, ale życzliwie, sławiąc jego zalety, przesadzając zresztą potrochu, nader zadowolona z wyboru. Przerywała sama sobie śmiechem wobec pewnych wspomnień, o których mówiła, i innych, jakie przemilczała. Anetka zasłuchana, zmieszana, zaciekawiona, milczała, czasem jeno wsuwając trwożne słówko. Sylwja trzymała jej dłoń, a drugą, wolną ręką, nie przestając mówić, dotykała pieszczotliwie jej palców po kolei, jakby liczyła ziarna różańca. Dostrzegała zmieszanie siostry, ale lubowała się tem i to ją bawiło.
Dziewczęta siedziały na ławce pod drzewami i nie widziały się, gdyż pociemniało całkiem. Sylwja skorzystała z tego i przytoczyła kilka scen wyuzdanych, a nader czułych, w celu zastraszenia starszej siostry. Anetka przejrzała jej chytrość, nie wiedziała, czy śmiać się, czy burczeć, radaby udzielić nagany, ale młodsza siostra była tak śliczna, głos jej takim dźwięczał śmiechem, a radość wydawała się tak zdrowa! Anetka wstrzymywała oddech, by nie zdradzić wzruszenia, jakiego doznawała, słuchając tych opowieści miłosnych, ale Sylwja czuła pod palcami drżenie jej rąk, to też zamilkła na moment, by się tem nacieszyć i przysposobić nową psotę. Pochyliła się nad siostrą i spytała cicho i całkiem niewinnie, czy i ona ma kochanka. Anetka zadrżała, nie spodziewając się czegoś takiego, i oblała się rumieńcem. Sylwja chciała przenikliwem spojrzeniem swem dostrzec jej rysy w ciemności, ale nie mogąc tego dokazać, położyła palec na twarzy Anetki i rzekła ze śmiechem:
— Ach, jakaż gorąca!
Anetka zaśmiała się niedołężnie i jeszcze silniejsze jej wystąpiły rumieńce, a Sylwja objęła ją za szyję.
— Oj, moja głupiutka, jakażeś śliczna! — zawołała. — Naprawdę coś niesłychanego! Nie miej mi tego za złe, ale kocham cię bardzo, kochaj też odrobinkę swą Sylwję. Nic nie warta, ale jest twoja! Anetko, filutko, daj mi dziobka!
Anetka objęła ją namiętnie, aż dziewczyna straciła dech, a wysuwając się z jej ramion, spytała:
— Umiesz ściskać! Powiedz, kto cię tego nauczył?
Anetka uderzyła ją mocno po ustach.
— Przestań żartować! — powiedziała.
Sylwja pocałowała ją w dłoń i odparła:
— Przebacz, już nie będę!
Oparła policzek o ramię siostry i siedziała potulna, milcząca, zasłuchana i wpatrzona w profil twarzy siostry, wychylający się z pośród mroku, a skłoniony ku niej.
Anetka otwarła jej swe serce. Opowiadała zkolei jak w pełni szczęśliwą, choć samotną miała młodość, kreśliła owo zaranie życia namiętnej, ale nietkniętej miłością Diany, zadawalanej w każdem pożądaniu, posiadającej wszystko, której dni mijają cicho, i powoli, bowiem jutro ma dla niej tyle pewności, że niespieszno jej zrywać jaśminu, ale poprzestaje na rozkoszowaniu się jego zapachem.
Kreśliła cichy tok owych lat bez zdarzeń, przepojonych egoizmem i wezbranych marzeniami, opowiadała jak bliską była ojcu i jak wyłączną ją otaczał czułością. Wśród opowiadania spostrzegała ze zdumieniem, że poznaje lepiej samą siebie i w samej rzeczy, aż do tej chwili nie miała sposobności zanalizować swej przeszłości. Chwilami ogarniało ją nawet przerażenie i milkła, to znów nie znajdowała słów, lub też wpadała w zapał i kreśliła rzecz obrazowo. Sylwja nie rozumiała jej często, ale bawiło ją obserwowanie wyrazu twarzy, gestów ciała i tonu głosu.
Anetka przyznała się teraz do cierpienia z powodu odkrycia, iż ojciec zataił przed nią istnienie drugiej rodziny, i rozpaczy, gdy się dowiedziała o istnieniu siostry, rywalki. Wypowiedziała wszystko pod wpływem szczerości, a namiętność jej wezbrała przez przypomnienie tak, że wykrzyknęła:
— Nienawidziłam cię!
Zamilkła przerażona tonem swego głosu, a znacznie mniej wzruszona Sylwja, słuchająca z zaciekawieniem, uczuła na swej twarzy drganie dłoni siostry i pomyślała:
— Jakiż w niej płonie żar.
Anetka podjęła dalszy tok, tyle ją kosztujących zwierzeń, a Sylwja pomyślała:
— Śmieszna jest z tem opowiadaniem swojem.
Jednocześnie odczuła jednak szacunek dla tej dziwnej siostry, nie bez domieszki drwin, coprawda, ale serdeczny. Potarła przymilnie policzek o twarz Anetki.
Gdy doszła do punktu, gdzie urok nieznanej dotąd siostry owładnął nią mimo oporu, wzruszenie odjęło jej głos i umilkła z rezygnacją.
— Nie mogę już... — szepnęła.
Zapadła cisza. Sylwja uśmiechnęła się, wzruszyła ramionami i zbliżając twarz do twarzy siostry oraz szczypiąc ją zlekka w podbródek, szepnęła cicho:
— Jesteś stworzona dla wielkiej miłości.
— Ja? — broniła się Anetka, zmieszana wielce.
Sylwja wstała z ławki, ujęła głowę jej i tuląc ją do siebie oburącz, rzekła:
— Biedna... biedna Anetko!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.