Drwal

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Drwal
Pochodzenie Światła. Nowele
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1929
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
DRWAL.

W okrutnych borach był drwal. Wiedział, że bory należą do jakiegoś wielkiego pana, ale go ani znał, ani widział kiedykolwiek. Słyszał że rzeka, która drzewo niosła w świat — płynie i niesie jego pracę do jakiegoś wielkiego morza, ale on nie miał czasu do tego morza dojechać, ni dojść — zobaczyć jego ogromu i potęgi. Słyszał, że z pni, które ścina, tworzą się wielkie budowy, okręty, piękne sprzęty i rzeźby po farach — ale nie zobaczyły nigdy tego jego oczy.
On tylko pnie ścinał, kłody obrabiał, korzenie karczował — krwawym potem się oblewał, kark nastawiał, dłonie kaleczył, barki wytężał — i życie tak zbył, a puszcza — jak stała, tak stała. Tyle śladu w niej wyrąbał przez żywot, co ślad mrówki na leśnej rubieży.
A miałci on syna jedynaka-dziedzica.
Chłopak się udał dowcipny, ciekawy, ducha niespokojnego. Słuchał, co flisaki mówią, co kupcy dowodzą, co wędrowne grajki i kramarze bają — słuchał nawet, co świergoce przylotne ptactwo na wiosnę.
Dumki bujne objęły jego duszę, do roboty ojcowskiej się nie brał, skrzypki sobie sprawił, pieśni się nauczył — w świat się wybierał.
Stary drwal ni mu przeczył, ni namawiał; uśmiechał się dziwnie, lub głową potrząsał, słuchając chłopaka, co go kusił.
— Chodźmy stąd, tatusiu, do żyznych krajów, do wielkiego morza, do pięknych miast — i bogatych ludzi. Posłyszymy śpiewania i muzykę. Kark wam się zgarbił, ramiona pomdlały, po twarzy wam męka i pot brózdy poczyniły, jak pług na polu! Chodźmy.
Stary głową trząsł i rąbał.
— Kto mnie najął — obiecał zapłacić. Trza czekać na rachunek!
— Flisaki mówią, że się niczego nie doczekacie. Kto was najął — jużby się zgłosił, żeby sumienie miał. Ale on was oszukał — jak głupca, i pewnie już o was i nie pamięta. Flisaki i kramarze, i kupcy drwią z was.
— Oni mego pana nie znają — a ja wiem, że przyjdzie. Poczekaj — jak się obrachuję, zapłatę wezmę — wtedy pójdziemy.
Czekali tedy. Chłopak skrzypki stroił, stary rąbał. Aż oto jednej nocy — gdy spali w swej budzie — usłyszał chłopak stukanie do drzwi. Sen to był, czy jawa. Z pościeli się nie podniósł, ale za trzeciem stukaniem ojciec wstał, kaganek zaświecił i skobel odsunął. Do izby weszła kobieta w szatach ciemnych, wdowim kwefie na głowie i z koszturem pielgrzymim w ręku. Oblicze jej było smutne i surowe.
A stary drwal, jakby ją poznał, do nóg jej runął i kraj burej szaty do ust podniósł, całując, jakby jakie relikwje.
W budzie uczyniła się łagodna jasność, jako letniego poranku, a niewiasta dotknęła głowy drwala.
— Witajcie! — rzekła.
Na jej głos poczęło chłopcu serce walić i dusza się rwać — by także pokłon oddać, ale go niemoc trzymała na posłaniu. Więc tedy tylko patrzył i słuchał.
— Otom wasz sługa, pani! — rzekł drwal.
— Myślałeś może, że nie przyjdę! — na to ona.
— Czekałem was z wiarą i czyniłem, jakeście kazali.
Spojrzała na ręce jego zgrubiałe, na kark zgarbiony, na lice pobróżdżone i siwą głowę starca.
— Służyłeś wiernie. Oto masz zapłatę.
I tedy z poły swej szaty dobyła obręcz złotą, jakby koronę królewską, i włożyła mu na głowę. Potem sięgnęła po siekierę jego i dała mu w prawicę — a nie siekiera to była, a berło, jarzące od klejnotów, a potem wzięła ze stołu czarnego chleba skibę i dała mu w lewicę, i nie chleb to był, ale jabłko królewskie.
Kark drwala się wyprostował, zmarszczki znikły, ręce wybielały, a opończa gruba stała się szkarłatem i powstał z ziemi — monarchą i panem. I oto, czy ściany się rozstąpiły, czy jakie cudo zobaczył chłopak, że ojciec króluje na majestacie potężnym, nad żyznym krajem, nad wielkiem morzem, nad potężnemi okrętami, nad ludem wesołym. A kraj ten — to karczowiska z ich puszczy, a morze to — to rzeki ich ujście, a statki te — z pni, które walił i obrabiał, a na sprzętach i rzeźbach majestatu jeszcze ślady jego potu.
— Tatusiu — krzyknął — co się z was zrobiło!
A stary, rozpromieniony, piękny, potężny, rzecze:
— A tom, synku, sobie wyrąbał, tom sobie wysłużył.
— Toście bogaci, tatusiu, nie będziecie już pracować.
— Ja szczęśliwy, synku.
— To i ja z wami będę królował?
— Nie wiem, synku, do kogo się zgodzisz na służbę, kto ci będzie panem?
Obejrzał się chłopak, szukając niewiasty owej.
— Kiedy mi ona szczęście obieca, to się do niej zgodzę! — rzekł.
Ale niewiasta już odeszła i majestat ojcowski począł się oddalać, oddalać, a został chłopak sam w ciemności.
Sen to był — czy jawa?
Rano, gdy się obudził, świt zaglądał do budy, na posłaniu ojciec leżał, w opończę otulony i nie wstawał do roboty.
Zerwał się chłopak, za ramię go potrząsnął. Ramię osunęło się bezwładnie. Drwal był umarły. Ręce miał czarne i grube, członki wychudłe, taki był, jak zwykle. Tylko brózdy z twarzy się wygładziły i oblicze miał rozpromienione, piękne, jasne, jako się stało, gdy na majestacie zasiadał.
— Tatusiu — zawołał chłopak rozpacznie — a toście królem zostali i oto was śmierć wzięła. Przeklęta, przeklęta — nie dała wam nagrodą się nacieszyć.
A stary drwal uśmiechał się!
Pogrzebał go syn na leśnej rubieży, kędy ostatniego dnia pracował, i na mogiłę chodził żałosny, nie wiedząc, co z sobą robić.
W budzie ognisko wygasło i chleb spleśniał i siekiera starego rdzewiała w kącie. Syn był, jak sługa bez służby, jak człowiek, który drogi nie zna. Aż oto jednego wieczora, wracając na noc do budy, zobaczył przez okno płomień ogniska.
Wszedł i pokłonił się nisko, a serce mu biło. Niewiasta owa w burej szacie siedziała u ognia i wycierała ze rdzy siekierę drwala.
— Cześć ci, pani! — szepnął chłopak nieśmiało.
— Bądź pozdrowiony, dziecko! — odparła.Wstąpiłam tu, by nowego sługę osadzić. Robota nie powinna ustawać, bo wielka i na długie jeszcze lata; miejsce to musi być zajęte, dobro moje muszę poruczyć w nowe ręce. Chcesz-li po cnym ojcu twoim obowiązek przyjąć?
— A jakąż mi pani dasz nagrodę i zapłatę?
— Dam ci szczęście i królowanie.
— Jako tatuś dostał — i umarł. Daj mi je rychlej, pani, bym się nacieszył.
— Nacieszysz się! Jaka praca, taka zapłata. Twój ojciec wiele pracował, wiele zdziałał.
— Ja więcej uczynię — ja ci, pani, całą tę puszczę zwalę.
— Daj ci Boże!
— A długoż mi na zapłatę czekać?
— Przyślę ci szczęście, a przyniosę królowanie, jeśli godny będziesz. Niema zdrady w słowach moich.
— Tedy zostanę w służbie waszej.
— Naści-że ojcowską siekierę i rozpalone ognisko. Zali miłujesz mnie?
I powstawszy, położyła swe ręce na jego głowie i przygarnęła go do piersi. A jemu się uczyniło tak rzewnie i miło, jak u matki na łonie.
— Miłuję cię, pani, miłuję! — wyjąkał z głębi duszy.
— Miłuj, bom wdowa i sierota, i tyle szczęścia mi, co z waszego kochania i pracy.
— Będę-że wam jako matce pracował!
— A ja cię nie zapomnę i stokrotnie zapłacę!
I jeszcze raz do serca go przygarnęła i odeszła.
A on i dnia nie czekał i skoczył do roboty.
Huczał topór w puszczy, waliły się drzewa, moc młoda była w drwalu — robota szła piorunem.
Aż się dziwili flisacy i kupcy, co jeden drwal uczynić może. A on zmęczenia nie czuł, sztuk nie rachował, za siebie się nie oglądał.
— Zwalę całą puszczę — żyzny kraj swej pani uczynię. Co mi tam — moc mam okrutną.
Rok minął — i drugi, i trzeci. Puszcza jak stała, tak stała. Chłopak się rozrósł i wybujał, jak dąb był piękny i silny, śpiewający robotę zbywał. Aż przyszła doń na te pieśni — dziewczyna krasawica, ze śmiejącemi oczami i zatrzymała się dla urody jego. A on na nią popatrzył i rozmiłował się.
— A oto i szczęście przysyła mi pani moja! — pomyślał.
Cudneż to było lato. Ino śpiewy i kwiaty, i śmiechy.
— Zostań-że u mnie, ptaszyno. Zaczekaj, aż pani moja zapłatę mi przyniesie. Poproszę jej o złoto dla ciebie, o piękne szaty i sprzęty, o pałac i cugi. Ona można jest i miłuje mnie — nie odmówi!
Została dziewczyna całe lato, została i jesienią.
Ale pani nie przychodziła z zapłatą. Drwal drzewo walił i obrabiał, dziewczynie się nudziło i przykrzyło w nędznej budzie, na czarnym chlebie.
Nie było ani złota, ani szat, ani sprzętów, ani cugów.
Była wokoło puszcza głucha — i bieda, i praca.
— Gdzież ta pani twoja? — pytała coraz niecierpliwiej.
— Przyjdzie — odpowiadał z wiarą.
— Głupiś. Darmo służysz oszustce. Ja nie chcę czekać.
I porzuciła go. Poszła do ludzi, do żyznych krajów, gdzie się bawią i używają.
Gdy jej nie stało, on siekierę cisnął — i bezczynny długi czas przesiedział. Zabolały go raz pierwszy ramiona, zapiekły szramy i blizny, pogłębiły się oczy.
Potem w drogę ruszył — nie po nią, ale by tę puszczę przejść, kres jej zobaczyć.
Szedł i szedł, a puszczy końca nie było.
Tedy się przekonał, że jej nie zwali i ledwie ślad maluchny w niej wyrąbie — i gorzko zapłakał.
Tyle zapału i mocy zużył — i znaku niema.
Po wielu dniach wrócił do swej budy — i zbuntowany był.
— Precz pójdę! — myślał. — Do lepszych panów, do lżejszej roboty, gdzie mnie ocenią i pochwalą, gdzie nie zginę bez chwały i słychu — jako drwal nieznany.
Ale teraz znowu żal go zdjął — lat przecierpianych, potu i bólu, i tej pracy rozpoczętej — i siedział wahający.
I tak go zeszedł śpiewak wędrowny — starzec stuletni, co z lirą chodził po siołach.
— Pochwalonyś, drwalu wierny, wspomina cię wdzięcznie pani twoja! — rzekł.
A drwalowi po przez żałość i słabość zabiło serce.
— Bajecie, starcze! Nie pomni ona mnie!
A starzec lirę zakręcił i jął mu pieśni śpiewać o tej pani-wdowie — a ze starych oczu łzy mu biegły.
Takci i ten ją miłował.
I znowu potem huczał topór w puszczy i waliły się drzewa. Drwal nie poszedł do lepszych panów.
Tylko już nie marzył, że puszczę całą zwali, i już nie śpiewał przy robocie.
Żywot ludzki prędko opisać — powoli przeżyć. Dzień po dniu się niże, jak jednakowe paciorki; drwal ich nie rachował, ino się same maluchnemi kreskami pisały na obliczu jego. Z tych kresek lata czyniły głębsze znaki i wtedy on je czuł. Czuł, że sztywnieją nogi, że ciężą ramiona, że bolą członki. A puszcza jak stała, tak stała. Raz i drugi niemoc go na posłanie rzuciła, raz i drugi powracała mu fala rozpaczy, i stawał w robocie, i patrzył mgławo w czarną głąb puszczy bez kresu, a potem usta zacinał, dusił bunt — i rąbał, rąbał — coraz smutniejszy, coraz cichszy.
Jednakże w głębi duszy jeszcze odwiedzin swej pani i nagrody się spodziewał. Czasami wracał z nadzieją do budy, że ją znajdzie u ogniska, że choć dobre słowo mu powie, jeśli płacić nie ma czem.
On bo i dobrego słowa nie słyszał, ani pochwały, ani zachęty.
Flisaki drwili z niego co wiosny.
— Głupi drwal nędzarki! — nazywali go.
A szydził najgorzej mądry majster, co sortował kłody i w tratwy je zbijał. Rozumny to był i rachunkowy człowiek, kupcy go nawet szanowali.
— Wiesz ty, drwalu, dla kogo ty pracujesz? Dla lichwiarzy, co twą panią osaczyli. Dla nich drzewo walisz, dla nich karczujesz, dla nich się mordujesz. Ona już dawno bankrutka i zapłaty od niej mieć nie będziesz. Jej obietnice — puste słowa, dobra — oszustwo! Patrzysz na mnie, jak wściekły — no, zaprzecz mi, powiedz, co ci dała?
A drwal milczał, zęby zaciskając. Zaprzeczyć nie mógł, ale nienawidził tego człowieka i duszę przed nim zamykał, i myśli swe chował, by ich ten rozumny nie oplwał!
Stał się skryty i ponury. Już nikogo o swą panią nie pytał, imienia jej nie wspominał.
Aż kiedyś zauważył ze zgrozą, że na karczunkach jego poczyna znowu las porastać, gąszcz nieprzebyta znowu wstawać z ziemi, głuszyć rolę wydartą. Więc znowu będzie puszcza, gdzie on ją zwalił kosztem całego żywota, więc śladu jego mozołu nie będzie. Darmo robił — nic nie wziął i nic dla swej pani nie uczynił.
A miał przecie całą puszczę zwalić!
Wtedy poczuł, że jest stary, słaby, zmęczony i, usiadłszy na ojcowskiej mogile, zamarzył o śmierci.
Ledwie się tego wieczora zawlókł do budy, już mu nawet topór ciężał, niemoc ogarniała kości.
A nazajutrz nie wstał z posłania — wszystką już moc wyczerpał.
Leżał samotny, ognisko tlało — na dworze wiatr liście opędzał, i tłukły się o szyby.
Drwal zasnął może — a może to i jawa była.
Cicho się drzwi otwarły — i weszła jego pani.
Drwal się z posłania poderwał i, niepomny, żadnej męki, żadnej troski, do kolan jej przypadł, kraj wdowiej szaty całując.
— Opani moja. Wspomniałaś mnie! — wyjąkał.
— Pamiętałam o tobie przez wszystkie dni twego żywota.
— A jam ci służył, jakem rzeki, ale robota moja jako mrówki i robaczka — bez śladu.
— Aleś miłujący ją pełnił?
— Miłujący, pani moja, miłujący. Pomimo ludzkie mowy i pomimo zapłaty. Topór się stępił, moc mnie uszła — jam ciebie czekał, miłujący.
— Otom jest z nagrodą.
Poczęło mu serce bić i radować się, bo jakoś jasno, jasno — i lekko było w duszy.
— Cóż chcesz ode mnie za robotę swoją? — ona go pyta.
— Chciałbym wiedzieć, ile ona warta dla was. Może nic.
— To wyjdźże! I wyszli. Ale jakoś świat był inny. Zamiast puszczy, pola falowały zbożem złotem, wśród nich stały piękne domy, śmieli się ludzie weseli, świeciły kościoły i miasta, słychać było pieśni radosne.
Drwal patrzał, patrzał, i szedł radosny za panią swoją, a kto go spotkał, pozdrawiał i pokazywał go innym.
— Patrz! To ten, co karczował. To ten, co pnie walił! To ten, co sławy nie chciał, i chwałę wziął! Patrz!
Dusza drwala rosła i uspakajała się, jak wielkie morze.
— Skąd oni mnie znają, pani? — spytał.
— Ja im o tobie mówiłam! Chodźże teraz na obrachunek.
I byli znowu w budzie na rubieży, kędy dogasało ognisko i błyszczała w kącie spracowana siekiera.
Niewiasta dobyła z szaty złotą obręcz, a on patrząc na nią, nieśmiało spytał:
— O pani! Królowanie mi przynosisz — a gdzie szczęście, coś mi obiecała? Wyglądałem go całe życie napróżno.
— Jużeś na progu. Zaraz je dostaniesz.
Drwal popatrzył w oblicze jej — zamyślił się.
— Aha. Toć jest! — rzekł, i zrozumiał już wszystko.
I już był za progiem, bo począł się jasno, radośnie uśmiechać, a niewiasta skinęła mu głową i usiadła u ogniska...
Musiała nazajutrz osadzić na swej rubieży nowego drwala. Ten pracy dokonał...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.