Siódmy syn

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Siódmy syn
Pochodzenie Światła. Nowele
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1929
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ŚIÓDMY SYN.

W Turzy Wielkiej — w maju — pewnego ranka gruchnęła wieść od chałupy do chałupy.
— Wiecie — u Adamców urodził się siódmy syn!
Kobiety prawiły to przy studni, wołały z podwórza w podwórze, że wnet całą wieś obiegła nowina. W obejściu u Adamców nie widać było żadnego szczególnego ruchu lub niepokoju. Tylko Adamiec sam wydoił krowę i zaczął narządzać wóz do drogi, a w zwykłej godzinie czterech starszych chłopaków ruszyło do szkoły.
Sąsiad idący z motyką do kartofli przystanął u wrót i pozdrowił.
— Szczęśliwy dzień, sąsiedzie.
— A ino — pogodny! — odparł Adamiec.
— Skiś nowiny mówię! Siódmy syn. Jedziecie do urzędu?
— Babkę odwiozę — i starzykom dam wiedzieć. Do urzędu jeszcze pora.
— A chrzciny kiedy — cesarskie?
— Kobieca rzecz — chrzciny. Nie wiem. I wszedł do domu.
— Zhardział odrazu! — pomyślał sąsiad.
Do szkoły dzieci przyniosły nowinę i nauczyciel zwrócił się do czterech małych Adamców ze specjalną uwagą.
— Wielkie to dla was szczęście i honor. Pozdrówcie ode mnie rodziców i powiedźcie, że z gratulacją przyjdę.
Jakoż na czwarty dzień — zjawił się u Adamców rozpromieniony i nad wyraz uprzejmy.
Adamcowa była w izbie sama, jeszcze leżąca w pościeli, i karmiła dziecko.
— Dobre południe, pani gospodyni. Czyście już zawiadomili urząd? Toć do chrzcin wedle waszego obyczaju ino cztery dni czasu.
— A poco mamy urząd zawiadamiać?
— Że wam się siódmy syn urodził.
— A to za to jaka kara ma być?
— Co też prawicie! Szczęście i honor na was spadł. Siódmy syn to królewski chrześniak i królewskie nosi imię i na królewski koszt otrzymuje nauki i pod królewską jest opieką i królewską będzie miał służbę. Rozumiecie, co was za los spotkał!
Adamcowa spojrzała na nauczyciela jakby ze strachem nad tylu honorami, a potem przeniosła oczy na dziecko, które syte zasnęło u jej piersi.
— Rozumiecie? — powtórzył nauczyciel.
— Rozważę to sobie, panie rechtór! — odparła powoli kobieta.
— Jeszczem słaba! — dodała po chwili.
— A wasz gdzie?
— W polu!
— Głupie babsko! — pomyślał nauczyciel i poszedł szukać Adamca.
Ale gospodarz zajęty orką przystanął niechętnie i wysłuchawszy, odparł spokojnie:
— Jeszcze czas. Kobieta słaba. Rodzinę sprowadzić trzeba, aż z pod Bytomia.
Minęły cztery dni — minął tydzień. O chrzcinach u Adamców nie było słuchu. Sąsiadki zaczęły odwiedzać i pytać położnicę.
— Długo to będziecie żydziaka chować?
— Długo, niedługo. Ino wstanę. Nima komu się zająć.
Aż gdy minęło dwa tygodnie, nauczyciel zjawił się znowu.
Adamcowa już się krzątała po izbie.
— No — jużeście zdrowi. Teraz trzeba dać wiedzieć do królewskiej kancelarji w Berlinie. Ja to wam wszystko załatwię.
Było już nad wieczorem i w izbie były wszystkie chłopaki przy podwieczorku. Sześć jasnych głów, sześć par siwych oczu podniosło się na nauczyciela i karnie powstali.
Adamcowa wyjęła siódmego z kołyski.
— Prachtjungę! — rzekł nauczyciel przymilnie i pogłaskał głowinę.
— Du Wilhelm, du! — uśmiechnął się. Ale Adamcowa stanęła wśród dziatwy i rzekła:
— Panie rechtór, dziękuję panu za to, że pan moje dzieci uczy — ale skiś tego honoru dla tego najmniejszego, to inaczej se obmyśliłam. My som Polaki, panie rechtór — polskie chłopy — my rodzice i oni. Kiedyś ten mały spyta mnie — takom za niego postanowiła, gdy mowy i zrozumienia nie miał — i uczyniła z niego większego niż bracia. Panie rechtór, mnie by było gańbą coby król pruski był za potka mojemu synkowi. Ostawcie nas za spokojem.
Nauczyciel słuchał, uszom nie wierząc.
— Jak śmiecie tak mówić! Ale to nie wasz rozum, ani wola! Gdzie ojciec — gospodarz?
— Pojechał na Turzycę — po rodzinę i gości — na jutrzejsze chrzciny.
— Yermaledeites Gesindel! — zawarczał nauczyciel.
Sześć jasnych głów chłopięcych obstąpiło matkę — i sześć par siwych oczu patrzało na nią i — stała tak w swym śląskim majestacie.
— Polnisches Vieh! — rzucił nauczyciel zatrzaskując drzwi za sobą.
Nazajutrz sąsiad Jan Kocima i Agnieszka Kretowa sąsiadka przywieźli z kościoła siódmego syna Adamców.
— Kogoście przywieźli od świętego Chrztu? — spytał ktoś z gości zebranych.
— Wojciecha Adamca z Turzy Wielkiej — odparł kum, podając dziecko matce.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.