Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kobieca rzecz — chrzciny. Nie wiem. I wszedł do domu.
— Zhardział odrazu! — pomyślał sąsiad.
Do szkoły dzieci przyniosły nowinę i nauczyciel zwrócił się do czterech małych Adamców ze specjalną uwagą.
— Wielkie to dla was szczęście i honor. Pozdrówcie ode mnie rodziców i powiedźcie, że z gratulacją przyjdę.
Jakoż na czwarty dzień — zjawił się u Adamców rozpromieniony i nad wyraz uprzejmy.
Adamcowa była w izbie sama, jeszcze leżąca w pościeli, i karmiła dziecko.
— Dobre południe, pani gospodyni. Czyście już zawiadomili urząd? Toć do chrzcin wedle waszego obyczaju ino cztery dni czasu.
— A poco mamy urząd zawiadamiać?
— Że wam się siódmy syn urodził.
— A to za to jaka kara ma być?
— Co też prawicie! Szczęście i honor na was spadł. Siódmy syn to królewski chrześniak i królewskie nosi imię i na królewski koszt otrzymuje nauki i pod królewską jest opieką i królewską będzie miał służbę. Rozumiecie, co was za los spotkał!