Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Adamcowa spojrzała na nauczyciela jakby ze strachem nad tylu honorami, a potem przeniosła oczy na dziecko, które syte zasnęło u jej piersi.
— Rozumiecie? — powtórzył nauczyciel.
— Rozważę to sobie, panie rechtór! — odparła powoli kobieta.
— Jeszczem słaba! — dodała po chwili.
— A wasz gdzie?
— W polu!
— Głupie babsko! — pomyślał nauczyciel i poszedł szukać Adamca.
Ale gospodarz zajęty orką przystanął niechętnie i wysłuchawszy, odparł spokojnie:
— Jeszcze czas. Kobieta słaba. Rodzinę sprowadzić trzeba, aż z pod Bytomia.
Minęły cztery dni — minął tydzień. O chrzcinach u Adamców nie było słuchu. Sąsiadki zaczęły odwiedzać i pytać położnicę.
— Długo to będziecie żydziaka chować?
— Długo, niedługo. Ino wstanę. Nima komu się zająć.
Aż gdy minęło dwa tygodnie, nauczyciel zjawił się znowu.
Adamcowa już się krzątała po izbie.