Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jak śmiecie tak mówić! Ale to nie wasz rozum, ani wola! Gdzie ojciec — gospodarz?
— Pojechał na Turzycę — po rodzinę i gości — na jutrzejsze chrzciny.
— Yermaledeites Gesindel! — zawarczał nauczyciel.
Sześć jasnych głów chłopięcych obstąpiło matkę — i sześć par siwych oczu patrzało na nią i — stała tak w swym śląskim majestacie.
— Polnisches Vieh! — rzucił nauczyciel zatrzaskując drzwi za sobą.
Nazajutrz sąsiad Jan Kocima i Agnieszka Kretowa sąsiadka przywieźli z kościoła siódmego syna Adamców.
— Kogoście przywieźli od świętego Chrztu? — spytał ktoś z gości zebranych.
— Wojciecha Adamca z Turzy Wielkiej — odparł kum, podając dziecko matce.