Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— No — jużeście zdrowi. Teraz trzeba dać wiedzieć do królewskiej kancelarji w Berlinie. Ja to wam wszystko załatwię.
Było już nad wieczorem i w izbie były wszystkie chłopaki przy podwieczorku. Sześć jasnych głów, sześć par siwych oczu podniosło się na nauczyciela i karnie powstali.
Adamcowa wyjęła siódmego z kołyski.
— Prachtjungę! — rzekł nauczyciel przymilnie i pogłaskał głowinę.
— Du Wilhelm, du! — uśmiechnął się. Ale Adamcowa stanęła wśród dziatwy i rzekła:
— Panie rechtór, dziękuję panu za to, że pan moje dzieci uczy — ale skiś tego honoru dla tego najmniejszego, to inaczej se obmyśliłam. My som Polaki, panie rechtór — polskie chłopy — my rodzice i oni. Kiedyś ten mały spyta mnie — takom za niego postanowiła, gdy mowy i zrozumienia nie miał — i uczyniła z niego większego niż bracia. Panie rechtór, mnie by było gańbą coby król pruski był za potka mojemu synkowi. Ostawcie nas za spokojem.
Nauczyciel słuchał, uszom nie wierząc.