Dola i niedola/Część II/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dola i niedola
Podtytuł Powieść historyczna
Data wydania 1878
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


— Znałaś mnie, Julio, dziecięciem jeszcze, szczęśliwém, rozpieszczoném u boku matki, pod jéj skrzydłami opiekuńczemi. Potém rozstałyśmy się i ledwie rzadko widywały się z daleka; słyszałaś o mnie tyle i to co drudzy, kochałyśmy się jak się kochają ci, co się nienawidzieć nie mogą, nie zaglądając do głębi serc swoich, zgadując je. Któż wie, czy ty mnie kiedy znałaś dobrze, czy ja ciebie znałam?.. Kto wie, czy nie fałszywe świat o mnie dał ci pojęcie? Przekonasz się o tém, gdy ci to biedne życie moje opowiem.
A powiem ci wszystko, bez kłamstwa, bez opuszczeń, jak ta, co już nic do stracenia nie ma, a nie wiele dba czy co zyska.
Po świecie pletli o mnie — dodała ruszając ramionami — co się im podobało, jakieś bajki niedorzeczne, jak o strachach niańki prawią. Wiele w nich było prawdy może, ale więcéj jeszcze złośliwości i fałszu, narzuconego przez próżniaczą fantazyę ludzką, która czasem szuka złego, jak pewne robactwo zgnilizny, i tworzy je umyślnie, gdy go znaleźć nie może.
Ludzie już dziś zapomnieli o tém wszystkiém, ale w mém sercu żyje przeszłość i stoi ciągle przytomna, bo w niéj jest całe życie moje. Reszta, to... to zemsta, to zabawka, to igraszka zmęczonego serca i rozdraźnionéj duszy.
Ty wiesz jak mnie kochała matka, czém ona była dla ludzi, czém dla mnie; ty jéj jak ja nie pamiętasz, a może też ją inaczéj ci odmalowano niż była. Matka moja był to anioł w ludzkiém ciele, dziecię pańskiego domu, które nigdy nie zaznało nieszczęścia, świata nie pojmowało innego nad ten, który widziało przez okna salonu, wykołysane szczęściem, dobre i słodkie jak ono. Pieszczoty i pomyślność zrobiły z niéj anioła. Piękna idealnie, nie miała czasu zestarzeć ani sercem, ani ciałem, zeszła do grobu z westchnieniem, ze łzą, z błogosławieństwem na ustach.
Gdyby ona była żyła!... a! i ja może stałabym się była do niéj podobna, inne byłoby życie moje, inna dola, inne serce urosłoby we mnie.
Po jéj zawczesnéj śmierci pozostał mi ojciec tylko, którego ty także niewiele pamiętać musisz. Senator wysoki Rzeczypospolitéj, człowiek dobry i zacny, ale słaby, więcéj kosmopolita niż Polak, trochę Sas przez przywiązanie do Augustów i nasze z ich rodziną stosunki: postać, która mi się dziś jeszcze przypomina w paradnym stroju, z orderem na piersiach, upudrowana, ufryzowana, uśmiechnięta, a pańska. Ile razy mnie ściskał, choć po śmierci matki biorąc mnie na kolana, nieraz miał łzy na oczach, zdawał się mimo nich pamiętać nadewszystko, aby pieszczotami zbyt żywemi nie nadwerężyć fryzury i nie zmiąć ubrania.
Ludzie go szanowali, był łagodny, ale powagi wielkiéj, od losu nieco zepsuty, przywykły do szczęścia i przekonany, że Pan Bóg dając dostatki i znaczenie, wypłacił mu tylko część należnego z powodu urodzenia długu.
W rok po śmierci mojéj matki, którą serdecznie opłakiwał, przyjaciele i rodzina, jakem się późniéj dowiedziała, z powodu iż nie miał syna i dziedzica imienia, namówili go na drugie małżeństwo. Zaledwie wyrastając z dziecka, nie wiedziałam wcale o tém co się koło mnie działo, prawie do chwili, aż gdy panny służące szczebiocząc i płacząc na przemiany, ubrały mnie w białą sukienkę, zawinęły loczki i niebieską włożyły przepaskę... Wszyscy znajdowali mnie prześliczną, ale ja byłam gniewna i smutna przeczuciami jakiemiś.
Przyprowadził mnie sam ojciec do wielkiéj sali, i postawił drżącą przed kobietą otoczoną kołem mnóztwa wystrojonych gości i rodziny naszéj. Kazano mi ją uścisnąć i nazywać mamą. Ona rzuciła się do mnie dosyć żywo, ale brylantowa śpilka, którą miała u piersi, mocno dosyć zadrasnęła mi czoło. Pierwszy jéj uścisk był dla mnie bolesną raną.
Była to moja macocha.
Nie wystawiaj jéj sobie tylko tak, jak ją pospolicie lud nasz pojmuje i maluje. Tyś ją też podobno widywała, ale późniéj, gdy już nie była tak piękna i szczęśliwa jak w tym dniu. Mimo pieszczot nieznajoméj, mimo najczulszych wyrazów, poczułam do niéj nieopisany jakiś wstręt i odrazę, za to szczególniéj, że śmiała chcieć nazywać się matką moją i tego drogiego anioła zastępować.
Nigdy nie zapomnę, jak mnie od pierwszego wejrzenia uderzyła jéj piękność surowa, zimna, ostre rysy, płomieniste oczy i zaciśnięte wargi wązkie. Pomiędzy brwiami zarysowanemi jak penzlem chińskiego artysty, za najmniejszém wzruszeniem rysowały się dwie przecinające czoło prostopadłe marszczki, dwie fałdy, dziwnie wyglądające na téj białéj i jak marmur gładkiéj przestrzeni. Była w istocie bardzo piękna, majestatyczna, wzrostu więcéj niż średniego, ale już wówczas nie pierwszéj młodości. Zdaje mi się, że idąc za mojego ojca, mogła mieć więcéj niż lat trzydzieści. Puszek dziewiczy na jéj twarzy zastąpił meszek ciemny, nadający jéj wyraz prawie męzki. Olbrzymich kształtów, budowy posągowéj, ruchów powolnych i obrachowanych, macocha moja mogła się podobać, ale nie umiała do siebie przywiązać. Coś od niéj odpychało, odstręczało, wiał chłód jakiś, choć pod temi lody i śniegami gorzała skryta, długiemi marzeniami wykołysana namiętność. Umysłu mało wykształconego, z głową pustą, charakter miała zacięty, upór nieprzełamany. Gdy się rozgniewała, nie czerwieniała jéj twarz, ale przeraźliwie bladła.
Tego dnia cała była okryta klejnotami, i zabłysła mi wpośród rzęsistych świateł, obok mojego biednego ojca, patrzącego na nią z uwielbieniem i strachem zarazem, jakby zlana rosą dyamentów. W dyademie, naszyjniku, kolcach, bransoletach brylantowych, w sukni oszytéj sznurami dyamentowemi, wyglądała jak jakie bóztwo indyjskie. Prześliczne kształty jéj popiersia i rąk, wysoka szyja utoczona, biała, postawa monarchiczna, czyniły ją majestatyczną. Ledwie mnie ze swych objęć wypuściła, odskoczyłam od niéj z krwawą plamką na czole, przerażona, czując, że mnie żadnemi pieszczotami nie zyszcze.
Odtąd była ona dla mnie dobrą, ale zimną; wychowywała starannie, ale wcale nie serdecznie; byłam dla niéj dzieckiem krewnych, sierotą biedną, nic więcéj.
Dwa te lata, które z nią żył mój ojciec, zostawiły mi po sobie wspomnienie męczarni, niedającéj się opisać.
Nie było w istocie na co się poskarżyć, ale dla serca brakło wszystkiego czém ono żyje. Musiałam płakać, a z łez tych wytłómaczyć mi się nie było podobna; męczyłam się choć miałam wszystko com mieć była powinna, ale brakło miłości — usychałam.
Ojciec po tych dwóch latach pożycia z nią, zapadł mocno na zdrowiu, jakby jéj uścisk i jemu także zadał ranę śmiertelną. Posłano go do wód za granicę. Miałam rok piętnasty, gdy mi po nim kazano przywdziać żałobę.
Płakałam jeszcze mocniéj, przeczuwszy zupełne moje osierocenie. Byłam w istocie tém bardziéj osierocona, że babka, która mnie od dawna do siebie wziąć chciała, prawie w tymże czasie zmarła; a ciotka, u któréj mogłam się umieścić, wyjechała do Włoch bezpowrotnie i poszła tam za mąż za jakiegoś księcia włoskiego. Bliższéj rodziny nie miałam nad macochę, która będąc cioteczną siostrą mojéj matki, była dla mnie teraz naturalną opiekunką.
Zostałam więc przy niéj, z czego ona może była rada, bo ze mną został jéj dochód znaczny przez moich opiekunów na wychowanie i utrzymanie przeznaczony.
Nie kochałam jéj już za życia ojca; poczęłam nienawidzieć po jego śmierci. Sądzę, że ona także z lichwą mi to oddawała. Ale nigdy ta zobopólna niechęć nasza na jaw nie wychodziła: okrywał ją chłód przyzwoitości jak warstwa lodu. Stosunek mój do macochy był zimny, krył odrazę wzajemną, o któréj wiedziałyśmy obie, aleśmy jéj nie objawiały, i owszem macocha przy obcych udawała dla mnie nadzwyczajną troskliwość, prawie miłość, a gdy nie było świadków, obchodziła się ze mną surowo i ostro. Zostawszy sam na sam, nigdy nie mówiłyśmy do siebie: ona mi dawała rozkazy przez trzecich: jam się cieszyła, ile razy mogłam ich nie spełnić. Formy świata nie dawały na zewnątrz wybuchnąć nienawiści, która się codziennie wzmagała.
Macocha była zimna, zamknięta, traktowała mnie dorosłą umyślnie zawsze jak dziecko; ja unikałam jéj, nie sprzeciwiałam się wręcz, ale czekałam jak oswobodzenia z niewoli chwili, któraby mnie od téj kobiety uwolniła na zawsze.
Zostawiona sama sobie z nauczycielką Francuzką, pędziłam długie godziny na czytaniu, na marzeniach, niecierpliwieniu się na mój los nieznośny. Siedziałyśmy po większéj części na wsi, w rezydencyi dziedzicznéj mojéj macochy; a ja choć bogata panna, w istocie wyglądałam tu jakby wychowanka i rezydentka na łasce. Macocha, starzejąc, stała się gospodarną do zbytku, skąpą i chciwą; szczędziła sobie i mnie wygód i najpierwszych potrzeb, aby z czasu mojéj małoletniości korzystać majątkowo. Mówiono głośno, że znaczne dochody moje szły do jéj kieszeni, choć koło mnie było ubogo, prawie biednie, a nieraz dawały mi się słyszeć żale na utrapienie, jakie ze mną miała, na mój charakter zimny i skryty, na upór nieprzełamany i t. p.
Doszłam tak do lat szesnastu, byłam piękna i świeża, a to może obudziło ku mnie większą jeszcze nienawiść kobiety, która czuła, że jéj wdzięki więdły, gdy moje codzień rozkwitały. Nie mówię już nawet o tém, że mnie ubierano umyślnie tak, abym się nie wydała czém byłam, że mnie chowano i ukrywano przed ludźmi. Na zimę pojechałyśmy do Warszawy, ale mnie pod pozorem dokończenia wychowania oddano jeszcze z domu do PP. Wizytek i zamknięto za kraty. Nie wiedziałam co się działo na świecie.
Jednego poranku, kareta macochy zajechała przed fórtę; wywołano mnie ze niéj do sali; oświadczyła mi, że wyjeżdża na wieś i mnie z sobą zabierze, jeśli nie czuję powołania dłużéj za kratami pozostać... Do tego wcale nie miałam ochoty, klasztor wydawał mi się niewolą.
— Ale wiesz już zapewne moja Krzysiu — dodała z uśmiechem — że musiałam pójść za mąż.
O tém nie wiedziałam wcale, ale na tę wiadomość jakiś mnie dziwny gniew ogarnął: poczułam krzywdę pamięci ojca wyrządzoną, spuściłam oczy, nie odpowiedziałam nic. Tegoż wieczoru poznałam męża mojéj macochy... Był to znacznie młodszy od niéj człowiek, wychowany za granicą, ubogi, widocznie ożeniony z nią przez rodzinę dla pieniędzy, dla majątku.
Mimo uprzedzenia, jakie miałam przeciwko niemu, pomimo gniewu, jaki na widok jego uczułam, od pierwszego wieczoru człowiek ten mnie oczarował.
Nie chcę nic taić przed tobą... Tak! był to jedyny mężczyzna, któregom ukochała namiętnie, może niegodny téj miłości, ale przeznaczony, aby całe moje życie pochłonął... Były chwile, gdym się nim brzydziła, żem go nienawidziła; ale głos jego, ruch każdy, wejrzenie czyniły mnie niewolnicą posłuszną. Odchodziłam od pamięci, gdy na mnie spojrzał; słabłam, gdy mnie ujął za rękę. Gniewałam się na te czary, alem ulegać im musiała. Słusznego wzrostu, oczu ciemnych, miał wiele podobieństwa do Adama, ale był nadeń daleko wyższą ze wszystkich względów, doskonalszą nierównie choć podobną mu istotą. Ten nigdy nie miał serca, tamten był żyw, miał chwile namiętności, kochał.
Pierwszego wieczoru, gdym weszła do salonu z gniewem w piersi, gotowa do walki, uśmiech, którym mnie powitał, wejrzenie, które rzucił na mnie, podbiły serce mimo oporu. Jeszczem chciała nienawidzić, a jużem go kochała.
Jużem ci mówiła, że był ubogi, a młodszy daleko od méj macochy, z którą ożenił się dla jéj pieniędzy. Niewiele go to zalecało, ale nie dziwiłam się, że ta kobieta skąpa, chciwa, zimna, pokochała go i poddała mu się, bo nie można mu było się oprzeć. Miał urok fatalny rzeczy zgubnych, których przeznaczeniem jest na podobieństwo owych oczu wężowych najprzód oczarować, aby pochłonąć.
Od naszéj podróży na wieś rozpoczął się ten straszny dramat. W drodze już Albert zbliżył się do mnie... do mnie, com jeszcze była na pół dziecięciem, dla któréj świat był zagadką, a miłość tajemnicą uroczą, upragnioną: obudzić ją naówczas w sercu wyschłém od pragnień było tak łatwo! Macocha była zazdrosna, ale nie mogła się nawet domyślać jakiegokolwiek między nim a mną stosunku. Zręczny i przewrotny Albert, przed nią i przy niéj obchodził się ze mną jak z dzieckiem, często nawet trochę ostro; czuléj zbliżał się do mnie po cichu, w chwilach, gdy ona ani tego przypuszczać, ani go o to posądzać mogła.
Rozpoczęło się to z jego strony od grzeczności i małych przysług; ale oczy więcéj mówiły niż usta, a nierychło nieme te wyznania zmieniły się na słowa, na westchnienia, na wyraźne oświadczenia miłości. Długo milczał, bał się, wahał, bojował. Położenie jego było ciężkie, ale namiętność silna; świeżo ożeniony, wzdrygał się zostać uwodzicielem dziecka powierzonego ich opiece. Na to zdobyć się mógł tylko zimno zepsuty lub szalenie rozkochany człowiek. Takim on był. Nie kochał dotąd nigdy; dwa serca nasze spragnione tego uczucia, rzuciły się ku sobie gwałtownie, nic nas powstrzymać nie mogło. Ale potrzeba było nadzwyczajnych ostrożności, ażeby nikt w świecie posądzić nas nawet nie mógł. Często tygodniami całemi słowaśmy do siebie nie potrafili przemówić, oboje otoczeni mnóztwem szpiegów, wiedząc, że najlżejsze posądzenie wywołać mogło straszliwą katastrofę.
Nie — tych dni pierwszych życia nie potrafię i nie chcę opisywać... Mimo wiszącego nad moją głową miecza Damoklesa, byłam szczęśliwa... Szczęście nasze ożywiały, może czyniły droższém jeszcze nieustanny postrach, przerażenie, tajone łzy, niepokój uśmiechem pokrywany, kłamstwem, naostatek walka z sobą i z sumieniem, którego głos głuszyła namiętność niepamiętna jutra.
W tym szale dojrzałam. Tak mi upłynął rok. Miłość naszą doskonale tajoną, pokrywaliśmy nieustannemi sporami, które się kazały domyślać prawie nienawiści. Rosła ona codzień... Ale każdy dzień odkradziony zbliżał nas do wrot piekielnych, które najmniejszy wypadek mógł otworzyć, i przepaść czuliśmy pod stopami... Żadna chwila nie była pewna, każda zdawała się zbliżać nieuniknioną katastrofę... Rozstając się na godzinę, potrzeba było żegnać się na zawsze.
Macocha była blizka słabości. Stan jéj zdrowia w wieku, w którym spóźnione macierzyństwo bywa niebezpieczne, obudzał wielkie obawy; zalecano jéj spokój, odosobnienie, byliśmy trochę swobodniejsi niż dawniéj. Ciężko mi to wyznać, ale i ja i on może rachowaliśmy na tę chorobę, na niebezpieczeństwo, na śmierć jéj, czując, że ona tylko może nam szczęśliwą zapewnić przyszłość.
Widzisz, przyznaję ci się szczerze nawet do myśli zbrodniczéj, do niegodziwych nadziei, których trumna była podstawą. Nie tłómaczę się, nie oczyszczam... obwiniam się sama, — ale słuchaj daléj.
Macocha nad wszelkie spodziewanie przebyła to szczęśliwie. Zaraz po narodzeniu syna i ozdrowieniu matki, wyruszyliśmy do Warszawy. Stan jéj wymagał jeszcze pewnych ostrożności, podróż odbywaliśmy powoli, stawaliśmy po dniu i więcéj w różnych miejscach dla wypoczynku. Albert był smutny, chmurny, namiętny, widocznie ukrywał coś w sobie.
— To życie — powiedział mi na noclegu, gdyśmy się jakoś potrafili wyrwać na przechadzkę — codzień staje mi się nieznośniejszém; nie widzę przed sobą nic... Muszę zerwać ten łańcuch, choćbym go swoją lub cudzą krwią miał oblać. Ta kobieta dusi mnie swoją czułością, nęka zazdrością i przywiązaniem. Krzysiu — uciekajmy oboje.
— Ja? dokąd? o czém? spytałam.
— Ty pytasz! zawołał — i to jest miłość? Jak? pieszo; dokąd? gdzie oczy poniosą; z czém? z dwojgiem serc i rąk, byle razem, byle raz być na swobodzie. Uciekajmy!
— Ale cóż świat, co ludzie powiedzą? rzekłam zlękniona.
— Co mi świat! na co mi ludzie? Ja nie wiem, czy jest świat i czy znam ludzi! Jeżeli nie uciekniemy, czuję, że się mogę czegoś straszliwego dopuścić!
Targał włosy na głowie, rzucał się w gniewie i szale.
Ledwie go jakoś potrafiłam uspokoić, sama już nie pomnę jakiemi obietnicami na przyszłość. Wrócił jednak do gospody z głową spuszczoną, przybity, zrozpaczony, z zaciśniętemi usty. Z przestrachem patrzałam nań przeczuwając coś okropnego, próżno starając się na nim wymódz choć trochę cierpliwości.
Bliższa była katastrofa niż sądziłam.
Macocha nie dając tego poznać po sobie, podejrzewała już nas oboje od dni kilku: nie wiem kiedy pierwszy raz schwytała wejrzenie i uśmiech, co ją nagle oświecił o naszych stosunkach. Nic nie wiedząc, domyśliła się wszystkiego.
Mimo najtroskliwszych zabiegów, nie potrafiliśmy się tak ukryć, aby nas ludzie nie wyszpiegowali, ale dotąd milczeli. Często oboje szydziliśmy już z niebezpieczeństwa, owładnieni szałem, który zaślepia.
Po wyjściu na tę przechadzkę, które było może umyślnie dozwolone podstępnie, macocha wzięła do siebie starą sługę i silnie na nią natarła o odkrycie całéj prawdy, któréj się tylko domyślała, zapewniając ją, że wie o wszystkiém. W czasie niebytności naszéj wyznała ona i opowiedziała co tylko wiedziała, a mogła wiedzieć wiele, bośmy się w ostatku i źle i mało taili. Albert nieraz wychodził odemnie po północy, nieraz późno i rano znajdowano mnie u niego; tłómaczyliśmy to niezgrabnie, lub nie wymawialiśmy się wcale.
Gdyśmy weszli prawie jednocześnie do izby gościnnéj, w któréj przy oknie siedziała macocha, i ja i on poznaliśmy po jéj twarzy straszliwy na nas wydany wyrok. Ujrzeliśmy ją bladą, z oczyma od płaczu czerwonemi, ale już oschłemi z łez, ręce jéj drżały... Bojąc się wydać zapewne, słowa jednego nie rzekła, zmuszała się do obojętności, do udawania spokoju. Wieczór upłynął w téj obawie nieusprawiedliwionéj: spodziewaliśmy się co chwila wybuchu, nie odezwała się wszakże; mówiliśmy o rzeczach obojętnych, macocha ciągle prawie była milcząca. Milczenie to jednak czuliśmy oboje jak straszną groźbę; wiedzieliśmy, że ta kobieta przebaczyć nie potrafi, że w ciszy knuje coś okropnego.
Izdebka, którą mi przeznaczono, przedzielała dwie inne: jedną zajętą przez macochę z dzieckiem, drugą przez Alberta. Zgasiłam wcześnie światło u siebie, i nie chcąc być słyszaną, poczęłam boso po pokoiku przechadzać się, myśleć i płakać.
Był to widocznie ostatni dzień naszego szczęścia; nie wiedząc co nas czeka, czułam grożące niebezpieczeństwo blizkie.
Z obu stron było cicho, ale przez szczeliny ścian karczemnych padały smugi światła do izdebki. Mimowolnie prawie przyłożyłam oko do jednéj z nich, szukając jego, chcąc go zobaczyć, odgadnąć jego myśli, bom i jego rozpaczy się obawiała.
Było już po północy. Albert chodził jeszcze, gryzł palce, targał włosy, brew miał najeżoną, był straszny... Z drugiéj strony, przez źle zamknięte drzwi ujrzałam macochę nad kolebką, tak straszną ze ściągnionemi brwiami, podpartą na ręce, z wyrazem takiéj rozpaczy, że mi się zdała Medeą gotową zamordować swe dziecię. Po niejakim czasie wstała, westchnęła i poszła do szkatułki podróżnéj, szukając w niéj czegoś żywo, — żywo przerzucając wszystko... Z pod spodu dobyła pudełeczko, z niego flaszeczkę z jakimś płynem, i pochwyciła ją gwałtownie, wlepiając w nią oczy, aby dojrzeć przeciwko światła, czy się w niéj co znajduje. Tknęło mnie coś, że się chce otruć; patrzałam milcząca, osłupiała; ale nie znałam téj kobiety... Flaszeczkę wrzuciła za gors, uspokoiła się nieco, zaczęła pisać, zajrzała do kołyski, i nadedniem położyła się spać. Świeca zagasła... milczenie złowrogie.
Z drugiéj strony chodził jeszcze Albert, szamocząc się ze zgryzotą, z obawą. Znał on dobrze żonę i wiedział co gniewne jéj łzy obiecywać mogły; ten, na którego płakała, nie mógł się spodziewać przebaczenia.
Po chwili Albert porwał się jakby myślą i postanowieniem jakiémś stanowczém ukojony, uderzył się w piersi i rzucił pół nieżywy, nie rozbierając na łoże. Pilnując go oczyma, dotrwałam do białego dnia, zmęczona, osłabła czuwaniem i cierpieniem. Zsunęłam się aż na podłogę, i tak na jakiéjś skrzyni żydowskiéj zdrzemnęłam nareszcie.
Gdy mnie służące zbudziły, był już wielki dzień. Jasność jego otrzeźwiła mnie nieco; zaczęłam się ubierać, wstydząc się niemal moich gorączkowych strachów nocnych, śpieszyłam, bo mieliśmy wyjeżdżać zaraz.
Ale zaledwie mnie samą z sobą zostawiono, pobiegłam znowu do drzwi Alberta; przez szparę postrzegłam go, chodził blady po izbie i myślał.
Na stole w jego pokoju przygotowano ranną kawę dla nich obojga, na którą macocha natychmiast przyjść miała. Albert przechadzał się około stołu z dzikiém jakiémś wejrzeniem: stawał, wahał się, oglądał, nareszcie ujrzałam z podziwem i przerażeniem, jak do jednéj z filiżanek wsypał coś szybko z papieru, który dobył z pugilaresu, i żywo odskoczył do okna. W tejże chwili drzwi zaskrzypiały, i macocha weszła blada, milcząca, uskarżając się na ból głowy, pochodzący z bezsenności.
Usiadła prędko przed tą właśnie filiżanką, do któréj Albert coś był wsypał, spojrzała na męża i wysłała go do sieni, aby przyśpieszył wyjazd. Wybiegł on raczéj niż wyszedł, oglądając się po za siebie oszalały. Widziałam po nim, że go coś nazad ciągnęło, że był przerażony zbrodnią swoją, ale już cofnąć jéj nie mógł. Rzuciłam się co żywo do pokoju; ale w chwili gdym wybiedz miała, spojrzałam jeszcze przez szparę, i zobaczyłam macochę, która z pośpiechem do drugiéj filiżanki nalała coś z flaszeczki dobytéj z za gorsu. Struchlałam przerażona; nie było chwili do stracenia.
Udając śmiech i wesołość dziwną, wbiegłam jak szalona do pokoju, gdzie przygotowana była kawa, którą już macocha brała do ręki, i dosyć zręczne jak na taką chwilę tragiczną, ściągnęłam serwetę, wywróciłam filiżanki, obaliłam stolik... Wszystko porozlewane stoczyło się na ziemię.
Macocha powstała na mnie z wielkim z razu gniewem i zapalczywością; ale gdym ją zmierzyła oczyma, w których wyczytała, że wiem wszystko, pobladła zaczęła drżeć i zamilkła.
Przez otwarte w téj chwili drzwi wpadły dwa ulubione psy Alberta, i rzuciły się na porozlewane szczątki śniadania, od których napróżno starałam się je odpędzić...
W chwilę późniéj skonały oba w straszliwych konwulsyach...
Byłam tak drżąca, przejęta, obłąkana, że ani wiem już co się późniéj stało; czułam tylko silne ściśnięcie dłoni Alberta, gdy mnie wsadzał do powozu, i odepchnęłam rękę jego z oburzeniem.
Dwa psy wydały tajemnicę śniadania, któraby może ukryła się była przed dworem, gdyby nie mdłości, choroba i łzy macochy. Dojechaliśmy do Warszawy w ponurém milczeniu. Na trzeci dzień potém, po krótkiéj słabości, macocha zmarła; konając odepchnęła mnie, a pomieszane wspomnienia zgryzot własnych i wypadków, z ust jéj dobyły słowa, które na mnie niewinną rzuciły podejrzenie o truciznę. Co gorsza, w ostatnim liście, który czując się już chorą, zaraz po przybyciu skreśliła ręką drżącą, obwiniała mnie, przez zemstę, o zamiar otrucia jéj... prawie o dokonanie téj zbrodni!
Byłam naostatek w położeniu tém przykrzejszém, że ukrywać się musiałam, aby dać życie dziecięciu, które ledwie godzin kilka przepłakało na świecie... Obwiniono mnie także o odebranie mu życia umyślne, kładąc wszystko na te barki złamane.
Wszystko to staraniem możnéj rodziny zatarte zostało. Alberta widzieć nie chciałam więcéj; oddalił się natychmiast na zawsze. Jam została przy rozkwicie życia jak kwiat wyschły na łodydze, sama, zbezczeszczona, odarta ze złudzeń, przelękła, w rozpaczy... Wydano mnie za mąż jak chciano; nic mnie już nie obchodziło, bo nie wierzyłam w nic na świecie.
Oto masz — dodała Krystyna — wierną spowiedź z mojéj przeszłości... Mogliście dostać list, lub kopię listu macochy. Prawdopodobieństwa wszelkie są przeciwko mnie, ale zaklinam się na tego Chrystusa, w którego ty wierzysz, żem niewinna... Winą jedyną, winą moją jak twoją była miłość wielka, szalona, niepohamowana, którą noszę w sercu jak żałobę.
Tak jest, nie taję nic, byłam występna... Ten człowiek uniósł z sobą resztę moich nadziei; zostałam trupem... Sądź mnie i rzuć kamieniem jeśli chcesz... wiele ich już wytrzymały te piersi rozbite...
Ujrzawszy Adama, który mi przypomniał Alberta, nie pokochałam go jak ty, alem chciała tym cieniem przeszłości rozbudzić zgryzotę, wspomnienia i choćby boleść dawną, byle z nią życie dawniejsze; alem się boleśnie zawiodła tylko: przeszłość nie powraca... Trafiłam na istotę bez serca, bez uczucia i bez sumienia. Nie mamże się pomścić? O! nie znasz serca ludzkiego: pierwsza miłość jak pierwszy ból przebacza może; ostatnia, nigdy! Po za nią nie ma już nic! nic!
Obie przyjaciołki długo po tém wyznaniu milczały.
— Nie, kochana Krzysiu, odezwała się po chwili Julia: ja ciebie jeszcze nie pojmuję, tak jak nie pojmuję nigdy rozkoszy zemsty... Zemsta to dowód siły, którą pogardzono i zaparto, to dowód miłości i żalu po tem, co ją wywołuje... Ty go ani kochasz, ani żałujesz, i cóż ci ona przyniesie? na co ci się ona zdała? czy cię ona uspokoi?
— Nie, ale wzdrygam się myśląc o tym człowieku; chciałabym tę potworę usunąć z oblicza ziemi... upokorzyć go... On śmiał chcieć mnie zwyciężyć! mnie!
Julia uśmiechnęła się.
— Droga moja — rzekła — spytaj lepiéj serca twego; ono samo nie wie czego pragnie, chcąc zemsty.
— Jak to! zdradę, podejście, niewdzięczność miałabym mu darować? Nigdy! nigdy!
Julia nic nie odpowiedziała, twarz jéj oblała się krwią, usta ścięły, stanęła naprzeciw dawnéj przyjaciołki i odezwała się powoli:
— Tak... winnam ci spowiedź za spowiedź, jeszcze raz. Adam nie przewinił przeciwko tobie: ja, ja tylko! Mścijże się na mnie. Tych dowodów ja mu dostarczyłam... Jeżeli cię ma nasycić czyje nieszczęście, masz gotową ofiarę, która ci się opierać nie będzie, bylebyś go nie prześladowała.
Krystyna spojrzała i rozśmiała się szydersko.
— Wiem to wszystko od dawna, rzekła; nie było to dla mnie na chwilę tajemnicą. Ale ty odpłaciłaś mi tylko cios tobie zadany: nie mogę się mścić na tobie; na nim — muszę.
— Nie! odparła Julia — mścić się na silnym, to jeszcze rozumiem, ale na słabym? On co się nie potrafi oprzeć! chceszże gnieść robaka?
— Zgniotę choćby był tylko robakiem... Ani słowa więcéj o tém... Jesteś ze mną czy przeciwko mnie?
— Jestem zawsze z nim, z nim zostanę, choćby przeciwko całemu światu. Idźmy każda swoją drogą, ty zemsty, ja obrony: zobaczymy po czyjéj stronie będzie Bóg.
— Bóg! rozśmiała się z dzikim wyrazem Krzysia, obwijając się szalem i zabierając do wyjścia — Bóg!
W tym jednym wyrazie, powtórzonym kilka razy z niewysłowioném szyderstwem, był cały ów wiek... Dreszcz przejmował słysząc, jak go wymawiały usta kobiety, istoty wdzięcznéj, młodéj, któréj serce bić jeszcze mogło do Nieba i niebiańskich myśli.
Julia cofnęła się, zbladła. Występna, znękana, wychowana w obojętności, była jeszcze do tyla kobietą, że czuła Boga nad sobą; przeraził ją ten uśmiech dziki, który towarzyszył wymówionemu słowu.
— Jakichże środków myślicie użyć przeciwko mnie? zapytała Krystyna.
— Wszystkich, jakie się nam ku obronie nastręczą.
Krzysia ruszyła ramionami.
— Nie opuścisz go? spytała raz jeszcze.
— Nigdy!
— Chcesz z nim ginąć?
— Byle z nim razem.
Krystyna była już na progu, gdy Julia jeszcze się ku niéj rzuciła z błaganiem.
— Krzysiu, na Boga! na litość! na przyjaźń! rzuć te myśli zgubne! odepchniéj to uczucie! przebacz! Ja mu zamknę usta... on się oddali...
— Tyś wyrzekła swoje: nigdy, — i ja powtarzam ci moje: nigdy! Obieśmy kobiety! Bądź zdrowa.
I wyszła.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.