Dewajtis/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Dewajtis
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1911
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XI.

Nad Saudwilami unosiły się białe włókna pajęczyny i chłodne mgły jesieni.
Trawą porosła mogiła Grala, nowe wypadki zatarły wspomnienie chłopca, a i śladu pogorzeli już nie było. Zakryły ją białe ściany, nowe strzechy, otoczyły płoty świeże, aż na ostatku począł się wznosić zrąb chaty, rosnąc z dnia na dzień.
Szlachta przyglądała się temu zdumiała, trochę może zawistna, utrwalając się jeszcze więcej w wierze w czary Ragisa.
Czy bo nie czary pędziły do tej budowli od świtu gromady dostatnich gospodarzy, odciągały od własnej roboty dorodnych parobków, ściągały o każdym czasie setki roboczych rąk?
Nie brali pieniędzy, a śmieli się dzień cały i, odchodząc wieczorem z siekierami na ramieniu, napełniali zaścianek chórem pieśni, jakby szli z wesela czy z kiermaszu. Czyż nie byli oczarowani?
Więc szlachta zaczęła się także garnąć z pomocą, skarbić łaski Ragisa, a stary chodził, jak paw, i podśpiewywał bezustanku.
Marek, jak zwykle, nie wtrącał się do drobiazgów gospodarczych, nie wglądał w zarząd Rymki. Rzadko ukazywał się w zaścianku, przelotnie, na chwilę jaką, w przejeździe, jak gość. Panna Aneta korzystała z tej chwili, żeby go nakarmić, uściskać, oporządzić odzież; Ragis, żeby się pochwalić i pogawędzić, Grenis, żeby odpaść zdrożonego konia.
Posiedział minutę, wypalił fajkę, dał rozporządzenie, radę, ucałował ręce starych i znów siadł na swój wóz drabiniasty, słomą wysłany, i ruszał dalej.
Jesień to żniwo dla ludzi pracowitych, gorący czas dla handlarzy, a on był jednym i drugim.
Rozliczne interesy przerzucały go z końca w koniec powiatu. Widziano go rzadko w domu, ale wiedziano, że skupił olbrzymią partyę bydła, że wziął w dzierżawę jeszcze sześć innych młynów i ogarnął cały handel mąką, że kontraktował zboże po okolicznych dworach. Wiedziano, że systemem[1] jego była współka, i w każdym z tych interesów brał do pomocy i do połowy jednego lub dwóch towarzyszów. Najczęściej Downar młody był wybrańcem; zastąpił miejsce Łukasza Grala i szedł w ślad Marka posłuszny, sprawny, wierzący ślepo.
Od niego wiedział zaścianek o obrotach Czertwana i dziwił się, a ujrzawszy go, kłaniał się nizko. Był im przykładem, chlubą i bodźcem!
Pod jesień rozeszła się wieść, że Marek ma kontraktować konopie. Żydzi chcieli go uprzedzić, odsprzedać mu od siebie z zarobkiem, ale trafili na opór wsi i szlacheckich sadyb. Żmujdzini odpowiadali ne suprantu na wszelkie propozycye. Czekali Marka.
Zabrawszy z dworów zboże i bydło, zajechał i do chat jego wóz drabiniasty i zagarnął też sobie ten wielki produkt żmujdzkiej ziemi.
Sypały się pieniądze do nicianych sakiewek i szmat, ukrytych w głębi kuferków, i znów obliczali próżniacy z zawiścią, że trud tych targów i umów opłaci się tysiącami, a Downar rozradowany spoglądał na Ejnę i Dubissę i marzył, jak z wiosną popędzi do Niemna i morza ładownych barek długi sznur.
I znowu po paru tygodniach nieobecności zawitał Marek do zagrody.
Pomimo kolosalnych[2] sił, te dwa miesiące bezustannej wędrówki i niewygód odbiły się na nim. Sczerniał i schudł, oczy wpadły jeszcze głębiej i zaogniły się od czuwania. Usta miał spalone, na czole brózd kilka więcej, w całej postawie okropne wyczerpanie.
W braku chaty sypiali w stodole, więc mu Ragis usłał wiązkę wonnego siana, ciotka przemocą zadała, choć się nie skarżył, jakiegoś cudownego biedrzeńcu, i układli go do snu, nakazując spocząć i nie pracować choć tydzień.
Już piały pierwsze kury, gdy zbudził starego szelest siana obok.
— A co ty, synku, nie śpisz? — zagadnął.
— Nie, ojcze, jakoś sen nie bierze...
— A tobie co? Czy cię co trapi?
— Co mnie ma trapić?...
— Może ty niechcący skrzywdził kogo, a teraz przypomniałeś? Podówczas to człowiek nigdy zasnąć nie może!
— Nie, ojcze, żebym krzywdę przypomniał, tobym się zaraz wrócił i naprawił. Tak mi coś przyszło.
— Może zła myśl, bo i to sen bierze z oczu. Zmów pacierz — dodał — do cudownej Panienki. Zaraz ci Ona sen zeszle.
Stary strwożony, a ufny w tę wielką pomoc, począł odmawiać półgłosem:
Swejka Marya, miłystos piłna, Wieszpatis su tawimi.
Pagyrtas tu tarp meteriu, ir pagyrtas wassias żiwota tawo, Jezus — wtórował mu gorącym, błagalnym szeptem głos Marka.
Po »Amen« stary, pewny dobrego skutku, owinął się burką i zachrapał.
Długo jeszcze cichym szmerem, z akcentem głębokiego smutku i prośby, brzmiało od posłania Marka kilka razy.
Melskis uż mus grieszus dabar ir in wałandoja smerties musu. Amen.
O świcie Ragis wstał i chciał wyjść nieznacznie, by nie budzić śpiącego, ale posłanie było już puste. Wyjrzał na podwórze.
Na świeżo ociosanej belce Marek siedział zgarbiony, i tak, jak go stary nauczył, ćmił fajkę, zapatrzony w kłąb dymu; chłodna rosa błyszczała na jego odzieży.
— Już tutaj? Po coś się zerwał tak rano? — zawołał niezadowolony.
— Nie zwykłem się wylęgać! Noc długa!
Oj, długa, bardzo długa wydała mu się ta noc bezsenna, ale nic więcej nie dodał i zagadał coś o budowli.
Ten przedmiot pochłonął całą uwagę Ragisa i przerwał uwagi i gderanie.
Gdy cieśle przybyli, Marek wziął też siekierę w ręce i zamieszał się z nimi w robocie. Nie pomogły prośby ciotki i krzyk kaleki, ciosał tak wytrwale, jakby tem na chleb miał zarabiać, nie odpowiadał nawet starym.
Żyły mu nabrzmiewały na rękach i czole, po twarzy biegł pot, ale nie ustawał. Bez surduta, schylony nad drzewem, przetrwał do wieczora.
Dnia tego przed niedzielą chłopi pracowali zawzięcie mało kto się odzywał, o zmroku jeszcze brzmiały siekiery,
Nagle od bramy rozległ się obcy glos:
— Pochwalony Jezus!...
Marek głowę podniósł, topór mu zawisł w powietrzu. Na podwórzu stał Sawgard, ekonom poświcki, konno. Nie dojrzał go wśród robotników, nie czekając więc odpowiedzi na pozdrowienie, zwrócił się do Ragisa:
— Niema tu naszej panienki, kumie? — spytał żywo.
— Już dwa miesiące, jakem jej nie widział...
— I pana Marka niema? — Jestem! Co trzeba? — odparł wezwany, rzucajac siekierę i podchodząc.
— Nie spotkał pan naszej panienki dzisiaj?
— Nie! Co się stało?
— Coś złego, panie! Jak sobie wyszła z domu rano, tak dotąd niema!
— Gdzie poszła?
— Nikt nie wie! Łódki nie znaleźli na brzegu, ale może ją fala gdzie poniosła. Rozesłałem konnych po folwarkach, a sam przybiegłem po pana...
Marek obejrzał się na wszystkie strony, jak błędny, i oniemiał na chwilę, dygocąc całem ciałem; potem, nie pytając o nic więcej, jak stał, wypadł za wrota.
— A coby jej się przytrafić miało? — zawołał Ragis — taka dzielna dziewczyna! Toż tu opryszków niema, każdy by ją na ręku odniósł, a i zbłądzić nie sposób! Jednakowoż i ja pójdę szukać!
— I my z wami! — krzyknęli chłopi z Poświcia — uchowaj, Boże, czego na naszą panienkę!
Rzucili się gromadą za Sawgardem; Ragis pokulał na końcu. Odwołała go panna Aneta.
— Da Bóg, wszystko się dobrze skończy, ale nasz chłopak poleciał z tej żałości nieprzytomny. Weźcie mu, dobrodzieju, kurtkę i czapkę i pocieszcie trochę. I jabym poszła z wami, ale sił niema. Powiedzcie mu, żeby nie desperował daremnie. Biednyż on, biedny!
— Powiem, powiem, ale czy złapię go z moja kociubą? — zamruczał stary, oddalajac się tak szybko, jak tylko mógł.
Nikt nie dogonił Marka. Pędziła go silniejsza moc, niż życzliwość służby i chłopów, niż przyjazny żal Ragisa. Dobiegł pierwszy Poświcia. Dwór cały był poruszony, wylękły; zewsząd wyglądały strapione twarze. Daremnie przeszukiwano folwarki i drogi, Irenka Orwidówna zginęła bez wieści.
Jak widmo rozpaczy, wpadł Marek bez czapki i surduta; nie potrzebował słuchać sprawozdania, nieszczęście i groza patrzała z oczu wszystkich.
Nie zatrzymał się nawet.
— Światła i za mną! — rozkazał i pobiegł przodem nad rzekę.
Kilkanaście smolnych drzazg i latarni oświetliło po chwili kawał wybrzeża, gdzie zwykle stała łódka pałacowa. Nie było jej na miejscu.
Marek, świecąc sobie głownią zapaloną, jął szukać śladów. Mieszało się ich tam kilkanaście, snadż ludzi, którzy tu szukali niedawno. Wśród nich dojrzał, cudem chyba, znak drobnej stopy, elegancko obutej: szła w kierunku rzeki.
Zdyszany, drżący, zlany potem, wyprostował się.
— Czółna! — zawołał takim tonem, że, kto żyw, ruszył się.
Nie upłynęło minuty, pięć łódek podano. Skoczył w pierwszą, zatknął przed sobą żagiel, wziął wiosło, popłynęli.
Noc tymczasem zapadła, i biała, jak mleko, a do kości przejmująca chłodem mgła zawisła nad całą okolicą. O krok nic nie widać było, oprócz gęstego tumanu, wśród którego, jak skierki, świeciły pochodnie. Nareszcie i one poginęły. Noc przerwała poszukiwania na lądzie. Zresztą przez długi dzień przetrząśnięto całą okolicę, pozostała tylko rzeka, nieubłagana, zdradna i wiecznie tajemnicza.
Chłopi rozeszli się, obiecując nazajutrz przyjść z niewodem, szukać zwłok; Ragis i Sawgard zasiedli w oficynie i, stękając, gadali o wypadku, otoczeni kilku emerytami. Reszta służby była w czółnach z Markiem.
— A szukaliście na Dewajte? — pytał kaleka.
— Gdzie nie szukali! — rzucił desperacko stary ekonom. Dąbrowę strzęśli od krzaku do krzaku, wołali, zaglądali do lochów, ani śladu.
— A byli na starem cegielnisku?
— Byli...
— A w olszynie, tej grzązkiej, za Bubiszkami?
— Byli...
— To nic innego, tylko ją woda zgubiła! Oj, bierze ta nasza Dubissa, bierze ofiar co roku! Pamiętacie księżego synowca, i Butwiła starego, i żonę Kantrymasa z dzieckiem? Było jej samej nie puszczać!
— Boże, Boże! — lamentował Sawgard, włosy targając — i mnież to przyszło takiego końca doczekać! A takie to było dobre, i wesołe, i rozumne! Takeśmy ją wszyscy pokochali, a ona do nas przywykła, jakbyśmy razem wiek przeżyli! Tak się cieszyli, jak przyjechała, tak witali, tak dogadzali. I ot na co? Na zgubę tej pieszczotce naszej, tej nadziei!
— Szkoda, szkoda! — kiwał głową Ragis — taka młodość i zmarnieć! Nic nie pomoże, jak Bóg co sądzi! Murem się od śmierci odgródź, a przelezie, jak trzeba.
— Wyjdźmy, zobaczymy, może pan Czertwan wraca — westchnął Sawgard.
— Ej, nie wróci on, nie wróci, aż sam zmarnieje lub zginie! — zamruczał kaleka smutno.
— Aha! — potwierdził ekonom żałośnie — i mnie się zdaje, że oni przylgnęli do siebie. Patrzałem z radością, jak szli czasem we dwoje, i błogosławiłem im w duchu. Ot i nabłogosławiłem! Boże miłosierny, zdejm z nas twoje karanie!
Rękawem kapoty otarł łzy i zamilkł, i wszyscy za nim płakali i milczeli, tylko Ragis coś mruczał niezrozumiale.
Nikt o śnie nie myślał. Od czasu do czasu ktoś wyjrzał, dorzucił drew na komin i mruczał, wzdychając. Z rzeki nikt nie przybywał.
Nad ranem usłyszano szybkie kroki na podwórzu. Drzwi się rozwarły, na progu stanął Marek.
Suchej nitki nie było w jego odzieży: włosy rozrzucone, w ręku kawał tlejącej drzazgi i ułamek potrzaskanego wiosła.
Siny był od wilgoci i chłodu, a pomimo to pot biegł mu wzdłuż policzków, oczy patrzały dziko, strasznie, bezbrzeżną rozpaczą; poruszył parę razy ustami, nim wydobył z siebie jeden wyraz:
— Sieci!...
Nie pytano o nic. Sawgard poszedł, płacząc, do śpichrza po niewody. Ragis wziął Marka za ramię.
— Wypij, biedaku, wódki, bo się tu sam rozchorujesz. Włóż surdut, ogrzej się. Bóg wziął, wola jego.
Młody człowiek wyrwał się gwałtownie wyszedł, rzucając kalece okropne spojrzenie; zacisnął zęby, aż mu zgrzytnęły, ale nic nie rzekł.
Służba wzięła sieć olbrzymią i wróciła do czółen, on sam siadł w najmniejsze i przodował w tym smutnym połowie.
Zajęto pierwszą toń. Sieć cicho spadła na dno rzeki i ogarnęła ją od brzegu do brzegu. Ciągniono ją z łódek powoli. Sam w swem czółenku Marek płynął w ślad, jak za konduktem pogrzebowym, i patrzał w wodę uparcie, suchą, rozszerzoną źrenicą. On jeden z tych wszystkich ludzi nie płakał i nie desperował.
Wydobyto sieć i zbierano ją na brzeg powoli, tamując oddech.
Pełna była ryb, ale Irenki nie było. Zarzucono raz drugi.
Dzień się robił na niebie i ziemi, rozbijając tumany mgły.
Rzeka pokryła się setką czółen: przyszli chłopi, dworscy z folwarków, na brzegach zbierał się tłum ciekawych, powietrze napełniło się płaczem kobiet, wołaniem wioślarzy, wieść smutna piorunem szła po okolicy.
Wśród tego mnóstwa ludu, wśród tych łkań i krzyków, wioślarz samotny na drobnej łódce stał nieporuszony i niemy, znieczulony na drewno.
Tylko, ilekroć dobywano sieć, rysy kurczyły mu się spazmatycznie, i drganie przebiegało członki, a wszyscy stawali, i cisza głęboka ogarniała brzegi rzeki. Ale oprócz ryb niczego nie wyławiał niewód.
O południu stanęli za jurgiskimi młynami; stracono nadzieję odnalezienia zwłok, zatrzymano się...
Tak kiedyś szukano daremnie ciała Olechny Nerpalis. Łupu swego niezwykła oddawać Dubissa.
Marek opuścił wiosło i wpadłemi oczyma spojrzał w niebo sine, gęste od chmur; szukał tam wysoko ratunku dla rozdartej duszy.
Ludzie przeziębli, głodni, opuścili ręce. W tej chwili, z tłumu głos się podniósł i ktoś się przedarł aż do brzegu.
— Marku!
Olbrzym spojrzał machinalnie. Nad wodą stał ksiądz Michał Nerpalis, za nim Ragis i panna Aneta.
— Chodź do mnie, dziecko! — powtórzył proboszcz — chodź, czekam!
Po chwili wahania młody człowiek, nawykły słuchać tego głosu, przybił do brzegu i wysiadł.
Ledwie się trzymał na nogach; wsparł się na wiośle.
— Pohamuj żałość, miej litość nad sobą, nie masz prawa się gubić! — zaczął ksiądz serdecznie — Jeśli Bóg ją wziął, na moc jego nie poradzim. Ludzie z sił opadli, niech spoczną. A ty chodź ze mną, rozkazuję ci, chodź!
Wziął go za rękę i pociągnął, a on szedł, jak nieżywy, bez oporu i woli.
Dobiło go moralnie i fizycznie to ostatnie nie szczęście.
Na drodze Grenis stał z wozem. Kazano Markowi siąść, siadł; ksiądz z ciotką towarzyszyli mu, Ragis został dla rozkazów nad rzeką.
Zajechali pod plebanię, posadzili go w ciepłej izbie u komina, panna Aneta starła mu pot i wodę z twarzy. Dał robić ze sobą, co chciano, ani się odezwał, tylko nie tknął jadła i napoju.
Gdy nalegano, potrząsnął tylko głową i bezmyślnie, uparcie patrzył w ogień komina. Nie znaleźli słowa pociechy dla tej cichej, bezmiernej rozpaczy.
Usta staruszki poruszały się modlitwą, pleban chodził z kąta w kąt i palce wyłamywał ze stawów, wzdychając.
Po godzinie Marek wstał i ruszył do drzwi. Zastąpili mu drogę.
— Dokąd idziesz? Zostań! — wołali-
Popatrzył w oczy obojga z rozdzierającym żalem, do ich rąk się pochylił.
— Zlitujcie się nade mną! Nie wytrzymam w miejscu! Do Boga się pomodlę, gdzie mnie nikt nie zobaczy! Pójdę, pójdę!
Proboszcz chciał zabraniać, ale panna Aneta pociągnęła go za rękaw.
— Niech idzie, dobrodzieju, niech idzie! Nie bójcie się, złego sobie nie uczyni, chrześcijańską, złotą ma zbroję na duszy! Ale żal mu serce rozpiera; niech idzie, może mu Bóg łez użyczy! Może zapłacze!
Marek wyszedł. Po chwili dopiero przypomniała sobie starowina, że go puściła bez kurty, w mokrej koszuli, wybiegła, ale już go nie dojrzała.
Wielkimi krokami szedł tąż drogą, którą w ów pamiętny dzień sądu przeprowadzał Irenkę. Margas nieodstępny szedł za nim o krok teraz, i szła z nim rozpacz i niedola, a w zimnej fali leżała ta urocza i dobra, co mu z taką wiarą i radością oddawała wtedy serce.
Gdyby upokorzył pychę i dumę, żyłaby teraz szczęśliwa i bezpieczna: onby ją ustrzegł przed rzeką, samby prędzej zginął; uśmiechałaby się do niego, złociła życie, dźwigała w każdej trosce.
Odszedł i Bóg go skarał, zgnębił, nędzę całą ukazał tego tryumfu pychy!...
Kto go teraz dźwignie, uratuje, kto położy ręce na wyjącą, zrozpaczoną dusze i powie: »Pokój tobie!«... Kto?...
Dewajtis stał na polance i płakał po dniach lata. Odleciało odeń świergotliwe ptactwo, i rodzina orla rozproszyła się po świecie, a chłody jesieni obrywały liść po liściu z jego szat i rozrzucały po ziemi daleko, jak szmaty złota i purpury.
Na mchy i zeschłe paprocie upadł Marek i zajęczał raz pierwszy od wczoraj, i dąb ucichł w swej żałości i, zda się, spytał go z politowaniem:
— Kto cię skrzywdził, młody, kto?... Czy ludzie?... Bracia?... Nie płacz, nie tylko dla nich służysz i pracujesz! Źli przeminą, a ty zostaniesz olbrzymem!
Jęk nie ustawał głuchy, przejmujący. Jak robak, leżał ten olbrzym i cierpiał.
— Co cię boli, młody, co?... Czy ci ziemię zabrano i dom, i korzenie twe darmo szukają oparcia wyrwane? Co cie boli?...
Ale głosu nie było na wargach zgnębionego i tylko jękiem odpowiadał:
— Nie wstanę już!... nie wstanę!... Boże, miej zlitowanie!
A drzewo snać pojęło ten jęk, bo poruszyło się aż do szczytu.
— Bóg ma prawo i moc nad tobą! Prawo, jak ojciec! moc, jak pan! Jeśli on cię dotknął, nie ożyjesz własną wolą! Proś łaski, jak ja Go proszę o wiosnę i słońce, a nigdy mi nie odmówi! A ot zamieram, a wierzę, że zmartwychwstanę! Wierzę, wierzę!...
— Boże, Boże, miej zlitowanie! — powtarzały bezdźwięcznie usta człowiecze.
I umilkło wszystko na chwilę. Dąb stał bez ruchu, posępny, a biedny bohater wił się na ziemi bez głosu, bez siły do skargi nawet.
Nagle w tej ciszy ponurej rozległo się dalekie szczekanie psa. Ozwało się parę razy, i po chwili, zziajany, wpadł Margas na polanę, do nóg pana.
Marek głuchy był na odgłosy zewnętrzne; pies go trącił, zaczął drapać łapa po ramieniu, lizać po rękach, nareszcie usiadł na ziemi przy głowie leżącego i skomlał i szczekał bez ustanku.
Poruszyło to nareszcie nieszczęśliwego, przypomniało życie. Długi czas minął, jak tu zaszedł; wieczór zapadł. Podniósł się mozolnie, skostniały był od zimna, febra nim trzęsła, głowa tylko pałała żarem.
Obejrzał się, zbierając myśli. Nie pamiętał, gdzie się znajdował; po długiej chwili zaledwie wróciła mu przytomność, spojrzał na psa, jedynego wiernego we wszelkiej doli i niedoli towarzysza.
— Niema jej, Margas — szepnął — niczego niema! Tylko żyć trzeba, jak?
Pies wspiął mu się na piersi i piszczał, jakby rozumiał, potem odbiegł o parę kroków, obejrzał się i wołał szczekaniem.
Marek się zatrząsł. Czemu on go wzywa? dokąd chce prowadzić? Może znalazł gdzie w łozie to, czego daremnie szukali, zwłoki?...
Na tę myśl poskoczył naprzód, a pies, rad, że go zrozumiano, ruszył żywo, oglądając się ciągle i skomląc niespokojnie.
Nie nad rzekę go wiódł jednak, ale w głąb dąbrowy, między nieprzebytą gąszcz malin, ożyn, chmielu; zawaloną napół spróchniałem drzewem, które tu kiedyś, przed laty burza zdruzgotała.
Margas czasem gubił ślad, węszył i zawracał, a Marek szedł, sadząc, jak jeleń, przez powały[3]. nie dbając o kolące krzaki, co mu szarpały odzienie, kaleczyły ręce. Mrok utrudniał jeszcze bardziej tę drogę.
Margas był brzydki i złośliwy. Nie dał się nikomu dotknąć oprócz pana, bywał często bity i wypędzany i stale głód cierpiał, bo Marek czasu nie miał o nim pomyśleć; nawet Ragis przypisywał mu złe skłonności i oprócz morałów nic mu nigdy nie ofiarowywał. Zwierzę to, chude, o burej, nastroszonej sierści, dziko patrzące, miało jednak dobra pamięć.
Nie zapomniał drobnych rąk dziewczyny, która, nie zrażona jego odstraszającą miną, gładziła niekiedy jego kudły, pełne ostów i pyłu drożnego; pamiętał, że w Poświciu dawała mu chleb i mleko, a kiedyś nakarmiła pasztetem. Margas to wszystko zakarbował w swej wiernej psiej głowie i ślady jej znał dobrze. To też, choć błądził w gęstwinie, odnajdywał trop niewidzialny i doprowadził pana, dokąd chciał.
Stanął nagle i z tryumfem zaszczekał, zaglądając do otworu jakiegoś, zakrytego napół gałężmi pnących się roślin, wybujałych, jak w dziewiczej puszczy.
Marek padł na ziemię, rękami darł kolące pędy, zdawało mu się, że tam w głębi coś się ozwało, jak słabe stękanie.
Była to zapadlina lochów zamkowych, czarna, głęboka. Mrok gęstniał z każdą chwilą. Wyobraźnia ludu zapełniała te tajemnicze przejścia widmami krzyżaków zabitych, a wiecznie chciwych żmujdzkiej krwi. Niewiadomo było, jak wysoki był kurytarz: mógł mieć na dnie otchłań, zrobioną przed wiekami na pułapkę ścigającym! Stękanie podobne było do żałosnego krzyku czerwonych sów, zaludniających zwaliska.
Wszystko to z szybkością błyskawicy przemknęło w myśli Marka, gdy rozszerzał otwór; ale nie powstrzymało go ani na chwilę.
Miał na sobie pasek długi, rzemienny. Drżącemi rękami umocował go do zwalonego korzenia, rosnącego tuż nad tą czarną otchłanią, drugi koniec, okręcił około ręki, przeżegnał się i zniknął pod ziemią. Spadł na kupę gruzów, kamieni ślizkich i zgniłych liści; znalazł się w zupełnej ciemności, nad głową jego siwiało ledwie niebo i rysował się kontur[4] głowy Margasa, w prawo i w lewo wązki wysoki kurytarz.
Jęk czy stękanie ucichło, i znowu go ogarnęła rozpacz. Ten głos było to złudzenie rozdrażnionych nerwów. Strachu on nie znał, ale podniecenie chwilowe go opadło. Czego on tu przyszedł? Pies może zwęszył borsuka? Skad mógł sądzić, że znajdzie w tej gąszczy odludnej zwłoki swej ukochanej? Oszalał chyba!
Gdy tak stał i brał już za pasek, by się dźwignąć napowrót, nagle zastygła mu krew w żyłach, pot oblał skronie. Gdzieś, tam, w głębi tej ciemni ohydnej, rozległ się ten sam słaby jęk, ledwie dosłyszalny. Margas na górze skomlał coraz zajadlej.
Marek, trzymając się ściany, zrobił kilka kroków. Zęby mu szczękały...
— Kto tam?... — spytał głośno, szukając zapałek w kieszeni, ale ręce mu opadły i stanął, jak gromem rażony.
Z czarnej głębi dobiegł jego uszu słaby, mdlejący głos; głos zmieniony, bez srebrnego dźwięku i żywego wyrazu, ale znajomy, o! jak znajomy!
— To pan? Ja wiedziałam, że pan przyjdzie, ale... już nie mogę!...
Jęk się rozległ i grobowe milczenie.
Zapałka błysnęła w ciemności, Kilka nietoperzy, spłoszonych, musnęło po twarzy, z gzymsu u sklepienia zerwała się sowa i, łopocąc okropnie, umknęła dalej, otrząsając ze ścian pleśń i kurz; zapałka rozświeciła na chwilę zakątki i zgasła, ale Marek już drugiej nie zapalał. Dojrzał na ziemi, z głową na kamieniu, leżącą postać dziewczyny, bez ruchu już, jak martwą.
W ciemności padł na kolana przy niej.
— O Boże! o Boże! — wyjąkał wybuchem całej duszy. — Czy jest lepszy ojciec, niż Ty, i lepszy pan? O Boże, Boże!
Chwilę rozszalały, ubezwładniony szczęściem, jak przedtem rozpaczą, klęczał z czołem w prochu, potem krew buchnęła mu ze znękanego serca i rozpłynęła się, jak fale ożywcze, gorące, młode, pełne woli i energii.
Na ręce wziął tę swą zgubioną, a odzyskaną cudem i ruszył do wyjścia.
Noc zapadła zupełna. Irenka omdlała, bez czucia, zwisła mu w ramionach. Podtrzymując ją jedną ręka, mozolnie wydobył się na świat i tam złożył na ziemi! Omdlenie przeraziło go; chwilę stał, nie wiedząc, co robić, opędzając się od Margasa, który z całą świadomością, że on to był istotnym wybawcą, lizał ją po rękach i skakał wokoło.
Świeże powietrze i chłód nocy orzeźwiło dziewczynę. Życie wróciło jej na twarz, i nareszcie z westchnieniem otworzyła oczy. Mizerne oblicze ponurego człowieka pochyliło się nad nią, pełne blasków i szczęśliwości, a głos, brzmiący niezmierną czułością, spytał z cicha:
— Czy panią co boli?
— Nogę zwichnęłam, padając... okropnie boli. Czy to już późno? odparła słabym głosem, próbując się uśmiechnąć.
— Około dziewiątej godziny. Dobę szukamy pani! Gorsza, niż wiek, taka doba! rzekł głucho.
— O, wierzę, bo i mnie się tak wydało, ale byłam pewna, że pan mnie znajdzie! Żeby nie ta noga, dobyłabym się sama może! Ale z bólem tym nie mogłam się ruszyć, ani głośno wołać ratunku. Jęczałam i mdlałam naprzemiany. Pić mi się chciało okropnie i nareszcie płakałam w poczuciu swej bezsilności. Tak mi wstrętnem było zginąć podobnie! Aż gdy posłyszałam psa, przeczułam, że to Margas i pan, ale już sił nie miałam wołać! Och, jak to miło żyć!...
Odetchnęła i wzdrygnęła się cała.
— Jak tu zimno! — szepnęła.
— Można panią zanieść do domu?... — spytał nieśmiało.
— Przecież pan mnie tu nie rzuci, a ja iść nie mogę. Ależ pan pokaleczony i obdarty. Gdzie pan surdut i czapkę zgubił?
— Nic nie wiem, co się ze mną działo od wczoraj! — odparł, uśmiechając się.
Wziął ją na ręce jak piórko, i ruszył, nie czując ciężaru, przez gęstwinę, kierując się na huk rzeki.
— Jak zimno! — szepnęła po chwili.
Nie miał czem jej otulić, ale w piersi biło mu gorące serce wielką miłością, co już wszystko zwyciężyła.
— Czego pan się uśmiecha? — spytała! spoglądając ku niemu.
— Ze szczęścia! — odparł wesoło i szczerze.
Zamilkła na chwilę.
— Przed dwoma miesiącami czemu go pan nie czuł? Nic się nie zmieniło! A ten czas jak nam szedł obojgu? Czy bardzo miło panu, bo mnie to wcale! Codzień myślałam, że pan przyjdzie, i smutniej mi było z dnia na dzień! Zawiodłam się na panu, miałam za lepszego, niż jesteś wistocie. I teraz może odnieść mnie pan do pustego domu i uspokojony pożegna na zawsze i odejdzie pyszny i dumny?
Nie będę się nawet dziwiła!
— Już nie odejdę i nie dumny jestem! Wolę znosić ludzkie oszczerstwa, rolę sługi, rezydenta[5], co pani każe, ale drugiej takiej doby nie zniosę! Silny jestem, ale nie na takie rozpacze; wytrzymały, ale nie na taką mękę! Pani mówiła kiedyś, że duszę mą w żar trzeba włożyć, by zmiękła... Wykuła ją na taką modłę, jak pani chciała, ta noc i dzień... Jest potęga, co mnie zmogła, i takim wobec niej pokorny, jak małe dziecko!
Mówił to urywając i wahająco. Miała prawo i sposobność zemścić się na nim za dawną odmowę, podrożyć się teraz ze sobą. Uśmiechnęła się wprawdzie z tryumfem, ale zamiast odwetu, objęła go rękoma za szyję i położyła ciemnowłosą głowę na jego ramieniu, a on, mimowoli, niezdolny słowa wymówić, przycisnął ją silniej do piersi drgającej szalenie.
— Bardzo panią noga boli? — zagadnął po chwili z cicha.
— Zapomniałam! — odparła — sądzę jednak, że bardzo będzie bolała potem, w Poświciu. Teraz mi tak dobrze, Ale panu pewnie ciężko dźwigać taki ciężar?
— Czy ja co dźwigam?... — rzekł wesoło — zapomniałem! Będzie mi ciężko potem, w Poświciu!
Uśmiechnęli się oboje sobie w oczy.
— Już nie będziesz krytykował bajek, Wejdawucie! — rzuciła żartobliwie. — Gdzie znajdziesz teraz miejsce na otchłań między nami? Jedną mamy drogę przed sobą, jeden cel, jedno serce... Czy ci czego brak jeszcze? Tak dobrze żyć na świecie... Tak dobrze!...
— Tak dobrze! — powtórzył półgłosem, ogarniając ją spojrzeniem.
— Kto panu doniósł o mojem zniknięciu? — zagadnęła po chwili.
— Sawgard wczoraj wieczorem. Przez te dwa miesiące borykam się sam z sobą; głupi, myślałem, że zmogę kochanie... i takie! Dzień i noc pracowałem, zebrałem znowu tysiące, rósł mi grosz w dłoniach, a słabość w duszy. Boże, Boże! co to za męka! I na co się zdała?... Omijałem Poświcie, drżałem na myśl przypadkowego spotkania się z panią! I cóż z tego?... Nocą, jak złodziej, płynąłem do parku, przekradałem się gęstwiną, by na dom popatrzeć; trzy razy byłem, przeklinałem siebie, pogardzałem i po paru tygodniach szedłem znowu... Oto moja siła i wola.
Ręce Irenki zacisnęły się mocniej na jego szyi, około swych ust poczuł jej oddech, jak pożar przeszedł on mu po tętnach i twarzy!
Pochylił się nieco i ten chłodny, dumny, olimpijsko[6] spokojny człowiek sam się nie spostrzegł ani opamiętał, jak ucałował usta swej królewny gorąco i długo, rozszalały szczęściem i kochaniem...
Potem nie mówili nic więcej. On może karał siebie za ten brak woli i sił, ona uśmiechała się, z głową na jego ramieniu, i marzyła, nie troszcząc się o drogę, o ból nogi, o noc ponurą wokoło. Nie skarżyła się na chłód nawet.
Nagle ocknęła się, bo on stanął.
— Gdzie my jesteśmy? — spytała obojętnie.
— Nad rzeką, muszę tu panią zostawić i poszukać na wybrzeżu czółna. Nie boi się pani?
— Ja się niczego nie boję! Alboż pan nie ze mną, blizko?... Proszę mnie położyć pod drzewem i zostawić mi naszego psa. Będę czekać cierpliwie.
Umieścił ją troskliwie, a sam pobiegł kłusem. Nie upłynęło kilku minut, zapluskało wiosło. Rzeka ich porwała i poniosła w stronę Poświcia.
W parku wziął ją znowu na ręce. We dworze nie spano. Sawgard ze służbą płakali w oficynie, po dziedzińcu snuli się ludzie, wzburzeni wypadkiem. Raptem, wśród tych szeptów, głuchej nocy i snujących się postaci, zabrzmiał, jak trąba archanielska, donośny głos Czertwana:
— Ludzie! Otworzyć dom! Gdzie Sawgard!
— Jezu Nazareński! Panienka!... — zawrzeszczał dzikim głosem pierwszy, co się zbliżył.
Powstał zgiełk nie do opisania. Zawrzało, jak w kotle. Potracili wszyscy głowy. Filemon biegał, jak młody, Sawgard to śmiał się, to szlochał.
Krzyżowały się tysiące zapytań, opowiadań, rad, wykrzykników. Znosił każdy jadło, napoje, drzewo do komina, bandaże, szarpie, cudowne odwary, a wśród tego Irenka się śmiała uszczęśliwiona, wzruszona tą troskliwością, a Marek patrzył w nią, jak w słońce, i promieniał.
— Na to zwichnięcie nikt nie pomoże bez mojej ciotki — rzekł wreszcie. — Niech Justka ułoży panienkę, a ja pobiegnę do domu i ciotkę przyślę.
— Chwilę jeszcze — zaprotestowała Irenka. — Założą konie dla pana, a tymczasem spożyjemy we dwoje swą zaręczynową ucztę...
W pół godziny potem pędził Marek, co koń wyskoczy, na plebanię.
I tam czuwano jeszcze, bo się zaczynano o niego niepokoić i Rymko właśnie z Grenisem mieli iść na poszukiwania.
Wpadł do stancyi, jak burza.
— Dobry wieczór! — pozdrowił wesoło.
Struchleli. Na myśl im przyszło, że oszalał.
— Żyje panna Orwidówna! — zawołał, chyląc im się do rąk.
— Matko cudowna! — krzyknął Ragis, wytrzeszczając oczy — a ty ją gdzie wynalazłeś? I poco my się tyle nagryźli?..
— W lochy wpadła przypadkiem, tam, w jeżynowym gąszczu.
— To wszystko tak z łakomstwa. Ma się rozumieć: Chciało się Zosi jagódek! A tu jegomość o mszy żałobnej rozmyślał!... Skaranie Boże z dziećmi i kobie tami!...
— Chwała cudownej Panience! — rzekła panna Aneta — a czy zdrowa biedaczka? Tyle godzin strachu o głodzie i chłodzie!
— Nogę zwichnęła, padając w kurytarzu.
Panna Aneta, nie słuchając dalej, podreptała do krzesła, gdzie leżała jej jubka watowana. Marek szedł za nią, nie rozumiejąc, czego szuka.
— Jeśli łaska cioci, proszę obejrzeć owo kalectwo i poradzić cokolwiek.
— Zaraz, Mareczku, zaraz, tylko się ubiorę cieplej i z kuferka wyjmę garść ziółek. Konika mi dasz — mówiła, odziewając się żywo.
— Dziękuję cioci stokrotnie. Jabym jeszcze o coś cioci prosił...
— Może chcesz, żebym przy niej została, nim wyzdrowieje?...
— Ona nie śmie cioci o to prosić, ale takby rada. Samiutka w domu sierota.
— Czemu nie śmie? Toć szczęście komu usłużyć. Zostanę, Mareczku, zostanę, nie turbuj się[7]. Tylko przez to moją robotę w ogródku opuszczę, ale to nic, odrobię wiosną. Bądź spokojny; jeśli Bóg da, że dożyję, to nasadzę jeszcze, nahoduję ci ogródek. A gdzie ten konik, bo do chorego nie godzi się zwlekać? Jużem gotowa!
— Czekają na ciocię konie poświckie. Dziękuję z całego serca!
— Moje dziecko, bądź zdrowe. W sypialni księdza przygotowałam ci bieliznę i odzienie. Dobrodzieje moi, nakarmijcie go, ogrzejcie! Pochwalony Jezus!
Marek wsadził ją do powozu i pożegnał błogosławieństwem.
Gdy wrócił, Ragis zajrzał mu w twarz i głową pokręcił.
— Coś ty, chłopcze, taki ładny raptem się zrobił? — spytał, mrużąc oczki.
— Więc do dzisiaj byłem brzydki? — odparł młody, a zęby mu błysnęły w uśmiechu.
— At, nie brzydki, ale jakiś nieosobliwy. Nie prawda, dobrodzieju?
— A prawda, prawda! — potakiwał ksiądz, niosąc własnoręcznie kubek miodu i pełną butelkę.
Młody przyjął podany sobie napój i wychylił duszkiem. Przy tym ruchu błysnęło na jego palcu coś, czego także wczoraj nie było.
— A to co? — krzyknął Eagis, chwytając go za rękę — a ty skąd porwałeś orwidowski sygnet, ty, nic dobrego?!
— Nigdzie nie porwałem — odparł swobodnie — połowę zostawił mi ojciec w spuściznie, a połowę dostałem z Ameryki.
— Aha, ma się rozumieć: Orwidów klejnot: panna na niedźwiedziu. To dla ciebie stworzone, ty burczymucho! Widzi dobrodziej?
— Widzę, widzę! A prędko dasz na zapowiedzi? Co?
— Prędko!... — rzeki z uśmiechem, czerwieniejąc
— Ot, tobie! z proboszczowej opłakanej mszy żałobnej wyniknie Veni creator[8]. Gdzie moja noga? Gwałtu! Kto beze mnie tańcami pokieruje? I wierz tu w czyją śmierć! Bóg dobry nad nami!
— Niech mu będzie chwała! — wyszeptał Marek.
— A co? Bardzo ci teraz szkoda Marty? — zauważył Ragis, zacierając ręce. — Wojnat piorunował, że cię zgubi, a sam zmarniał, nieborak. Tak to zawsze bywa, gdy kto się porywa na tego, którego ja do chrztu trzymałem! Oho, ho! ma się rozumieć! Za rok do Skomontów wrócimy z młodą panią.
Marek wyprostował się, oczy mu się zaiskrzyły.
— Mówiłem ojcu kiedyś, że Żemajtis zawsze ostoi, a wyście mi ducha odbierali. Pamiętacie?
— Gadałem, synku, żebyś gorzej nie uwiązł. Ho, ho! podlewałem ci oliwy! A bajeczkę o Wejdawucie kto opowiadał? My z czarną Julka wiedzieli, jak trawa rośnie. Ma się rozumieć. Dopomagałem, ile mocy, bo mi twoja panna strasznie przypadła do gustu. Dobra dusza, słowo daję. Jeża mi podarowała, a jaki zmyślny! Szpileczką go nazwałem dla odmiany.
— Ragis, ja wam całe życie powtarzam, że zbytnio się lubujecie w zwierzętach — upominał proboszcz, grożąc palcem.
— Dobrodziej bo mi nigdy nie pozwoli się wygadać! Ja jeszcze dobrodzieja przekonam... — wołał stary, zapalając się do długiej dysputy[9].
— Nie gadaj, Ragis, nie gadaj! — bronił się ksiądz, zatykajac uszy.
— To tak zawsze z dobrodziejem. Ma się rozumieć! — burczał kaleka.
Tej nocy nic już Markowi nie przerywało snu, a nazajutrz rano Ragis długo trząsł go za ramię, nim zbudził...
— A to, synku, zapomniałeś, że ci przybył jeszcze jeden obowiązek? — krzyczał. — Wstawaj, no wstawaj! Przyszli już po ciebie z Poświcia, niby to panna Aneta. Uhm! ma się rozumieć, panna Aneta, jakby ona kiedy odważyła się ciebie turbować! Oblecz godowe szaty i marsz!
Czertwan porwał się, jak oparzony, ubrał w minutę i ruszył prędko, a kaleka pokulał w stronę zaścianka, pykając fajkę i monologując[10] pod nosem:
— Ho, ho! Ma się rozumieć! Czwałem na pozycyę! Dobrze go wymustrowała i szybko! Już jak mnie dziewczęta opadną po lubczyk, słowo daję, odeślę do Poświcia. Jeśli mego chłopca tak oswoiła, to na świecie niema większej czarodziejki.
Zamyślił się, pokiwał głową, pokręcił wąsy i zanucił:

Była babuleńka rodu bogatego,
Miała koziołeczka bardzo upartego...

Nie dośpiewał dalszych losów babuleńki i koziołeczka, bo wchodził w ulicę Saudwilów, gdzie otoczyła go szlachta, dopytując o Orwidównę.
Odłożył swą rapsodyę[11] na wolniejszy czas...


Przypisy

  1. System — sposób działania.
  2. Kolosalny — olbrzymi.
  3. Powała — zwalone drzewo.
  4. Kontur — zarys.
  5. Rezydent — osoba, mieszkająca u kogoś na łaskawym chlebie.
  6. Olimpijski — odnoszący się do Olimpu, góry w Grecyi, na której szczycie mieszkali, według podań, bogowie, t. j. wyniosły.
  7. Turbować się — kłopotać się.
  8. Veni creator (łacina) — przyjdź, Duchu, początek pieśni kościelnej, towarzyszącej obrządkowi zawierania małżeństwa.
  9. Dysputa — rozprawa.
  10. Monologować — mówić do siebie.
  11. Rapsodya — pieśń bohaterska (tu wyraz ten użyty w znaczeniu żartobliwem).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.