Dewajtis/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Dewajtis
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1911
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X.

Dziwnie wyglądała plebania księdza Michała Nerpalisa w tydzień po opisanych wyżej wypadkach.
Od rana panował w niej ruch gorączkowy. Organista i zakrystyan zamiatali ścieżki ogródka, stroili odświętnie ubogą bawialnię. Proboszcz chodził niespokojny, zafrasowany, mrucząc pod nosem i wypędzając zajadle muchy.
Od południa pod furtkę ogrodu zaczęły zajeżdżać bryczki i powozy, jak na odpust, rozlegały się obce glosy, trzaskanie bata, parskanie koni. Ten cichy domek, obrośnięty do dachu bujnymi splotami purpurowej fasoli i powojów, nigdy nie widział tylu razem świetnych gości.
Pierwsza przybyła pani Czertwanowa z marszałkiem powiatu, a bratem swoim ciotecznym; towarzyszył im Witold konno i syn marszałka. Potem staroświecką landarą[1] przybył nestor[2] powiatu, Jerzy Rymwid, za nim dwóch braci Olechnowiczów, Illinicz, sąsiad Poświcia, a nakoniec Leon Radwiłłowicz, sędzia honorowy i sławny mówca w okolicy. Całe grono obsiadło kanapy i krzesła, ukazał się na stole miodek roboty proboszcza. Rozmowa się toczyła ożywiona, wśród której przodował cichutki, słodkokwaśny głos pani Czertwanowej.
Po paru godzinach pobytu panowie zaczęli ziewać i wyglądać oknami: radziby byli skończyć ten akt obywatelskiej sprawiedliwości, a brakło do rozpoczęcia pierwszej osoby: podsądnego.
— Gotów zrobić skandal i nie przyjechać! — ozwał się z uśmiechem Witold.
— Nie może być! To do niego niepodobne! — ujął się żywo Illinicz.
— Panowie go nie znają! — westchnęła macocha.
— Trudno znać, moja dobrodziko, kiedy on albo w drodze, albo zamknięty siedzi. Całe życie medytuje[3] i milczy! — zauważył Jerzy Rymwid, gładząc ogromne, na pierś spadające, siwe wąsiska.
— Ach, co to za człowiek straszny i zły! — zawołała, ręce składając.
— W operetkach tak wyglądają kaci i zazdrośni starzy mężowie — odrzekł półgłosem Witold do młodego kuzyna, traktując go cygarem.
— Bardzom go ciekaw zobaczyć. Lubię wybitnych ludzi, choćby w złości — odparł mu syn marszałka, mizerny młodzieniec w mundurze technika, z widocznymi śladami umysłowego natężenia w zmęczonych oczach.
— Możeby posłać po delikwenta[4] gońca? — poradził retorycznym tonem Radziłłowicz.
— Wicieczku! — zapiszczała pani Czertwan — bądź tak dobry i zobacz, czy nie jedzie.
Student opieszale podniósł się z kanapy, na której prawie, leżał, i skrzypiąc botforami[5], wyszedł na ganek.
Przy drzwiach, już bez żadnej ceremonii, gwizdał kuplety wodewilu[4].
Na ganku stał ksiądz z miną pożałowania godną. Szeroka jego, zawsze łagodna i dobrotliwa twarz była skrzywiona, wzrok niepewny. Ocierał fularem[6] pot i cos szeptał do siebie. Od wielu lat słuchał spowiedzi Marka, wiedział jego czyn każdy, znał od dziecka historyę jego życia. Dla księdza człowiek ten był niewinny, choć, wedle słów oskarżenia, fakty miał przeciw sobie. Czy się potrafi uniewinnić, a właściwie, czy zechce przemówić? Z niepewności tej ksiądz miejsca nie mógł znaleźć; chciał go spotkać, pierwszy poradzić, namówić do obrony, poprosić za nim samym u niego.
On, zapytany, powie, co myśli i wie, ale czyż go zapytają i czy usłuchają tego jedynego głosu życzliwości?
Więc proboszcz potniał, wachlując się fularem, na drogę wyglądał i aż skoczył, ujrzawszy przed sobą niespodziewanie Witolda.
Dziedzic Skomontów włożył ręce w kieszenie, a przechylając się w takt gwizdanego walca, przypatrywał mu się impertynencko.
— Czy proboszcz tańczył kiedy? — zagadnął wreszcie skubiąc projekt na wąsiki.
— Alboż księża tańczą, moje dziecko? — odparł dobrotliwie.
— Oho, i jak! Sam widziałem! Taki sobie świątobliwy kanonik brał z gracyą poły sutanny, fik, fik, i śpiewał:

Anna, zu dir mein liebster Gang! mein bester Gang, mein letzter Gang!
Anna, dir dien ich mein Leben lang — mein Leben, Leben lang![7]

Tu Witold podniósł poły swego żakietu i wykonał przed księdzem taniec mocno wątpliwej dystynkcyi. Śmiał się przytem, jak szalony.
— Dobrze to wyglądało! — rzekł, skończywszy. — Biliśmy brawo, aż się teatr trząsł!
Proboszcz brwi zmarszczył i ramionami ruszył.
— Niegodne to uczciwego człowieka patrzeć na takie bezeceństwa i słuchać. Ludźmi jesteśmy, i wiele złego się dzieje, ale to nie racya publikować występki. To jakby ktoś ranami i nagością świecił. Nie honor to, moje dziecko, i niezdrowa zabawa.
Witold wykręcił się na pięcie i, dalej gwiżdżąc, ruszył ku bramie.
Wzrok miał krótki, więc daremnie szukał po drodze.
— Nie widać tam nikogo? Bryczki jakiej? — zagadnął furmanów.
— Nie widno! — odparli — tylko ot tam, pod figurą, idzie panicz z zaścianka piechotą.
— Idzie? Radosna wieść! Może nas wypuszczą nareszcie z tej spelunki[8] przed wieczorem. Dmuchnę sobie do Poświcia zawracać kontramarkę tej samotnej turkawce! Warta grubych pieniędzy!
— No, no! Zbliż się, robaczku! Damy ci tu za wszystkie czasy!
Pomimo pogróżki, nie czekał zbliżenia się brata. Wycofał się ostrożnie poza linię pierwszych strzałów. Pociągnął za sobą księdza.
— Proboszcz gości zostawił nad pustą butelką, to ładnie! — rzekł.
— Ach prawda! zaraz świeżą przyniosę! Coś się Marek opóźnia, ale mówił mi wczoraj, że przyjdzie.
— Bardzo to chwalebna z jego strony odwaga! — odparł młodzik głośno, a w duchu dodał: idź, klecho, po miód, nie pokumacie się przynajmniej za naszemi plecami!
— Idzie już, mamo! — objaśnił, sadowiąc się na kanapie.
Wszyscy się wyprostowali, odchrząknęli, marszałek rozłożył przed sobą plik papierów, podanych mu przez panią Czertwanową. Wszystkie oczy utkwiły w drzwiach: zapanowało uroczyste milczenie.
Po chwili drzwi te rozwarły się szeroko i, schylając swą wysoką postać, wszedł Marek.
Jakby dla kontrastu[9] z tem eleganckiem gronem sędziów, miał na sobie samodziałową ciemną kurtę, ściśniętą skórzanym paskiem, na nogach buty długie, zakurzone wędrówką, w ręku wypłowiałą czapkę.
Wszedłszy, wyprostował się hardo, oczyma przeszedł zgromadzenie i nieznacznie się ukłonił.
Powitanie to chłodne i lekceważące zasępiło na wstępie już wszystkie twarze: odpowiedziano niedbałem kiwnięciem głowy.
Młody człowiek znów obszedł pokój wzrokiem, szukając krzesła, ale były zajęte, a proboszcz gdzieś miód wygrzebywał z piasku, więc Marek przystąpił do otwartego okna, oparł się ramieniem o futrynę i tak, profilem[10] zwrócony do towarzystwa, czekał zaczepki.
— Już trzy godziny czekamy na pana! — zaczął marszałek — zwątpiliśmy, czy pan się stawi na wezwanie.
— Jestem! — padł od okna jeden wyraz.
— Czy pan ma jakie wytłómaczenie na swe karygodne zachowanie się względem młodszej i uboższej rodziny? Co pan ma na obronę?
— Nie słyszałem oskarżenia jeszcze! — rozległo się lakonicznie.
— Krzywdził ich pan i wyzyskiwał swe położenie. Wedle podanych mi tu do przejrzenia rachunków, stracił pan podczas zarządu Skomontami dziesięć tysięcy rubli ze wspólnego funduszu, jeszcze za życia nieodżałowanej pamięci ojca pańskiego.
Tu ksiądz przerwał mowę marszałka. Wpadł zasapany, uścisnął serdecznie dłonie Marka, przyniósł mu z drugiego pokoju fotel, nalał ogromną szklanicę miodu. Ani dbał o uroczystość chwili.
Młody człowiek zgiął kark, ucałował rękę starca, ale miodu nie tknął i nie usiadł. W tej samej pozie, ze skrzyżowanemi ramiony, błądząc okiem ponad głowami zebranych, stał w blasku letniego południa i pytał spokojnie:
— Co dalej, panie marszałku?
— Dalej, przez ten rok od śmierci ojca pan intrygowałeś potajemnie, podburzałeś kupców, żeby odmawiali kredytu pani Czertwanowej, twierdząc, że nie ma prawa rządzić majątkami, że pieniądze ich przepadną. Paraliżowałeś[11] pan każdy jej krok i, korzystając z koniecznej potrzeby, wydzierałeś za bezcen po kawałku gruntu z pod stóp słabej wdowy i niedoświadczonego młodzieńca. Nie synem pan byłeś i przyjacielem, ale lichwiarzem. Wobec prawa pan miałeś słuszność, ale nigdy wobec opinii obywatelskiej. Czy takie jest i wasze zdanie, szanowni sąsiedzi?
— Zapewne, zapewne! — rozległo się chórem.
Pod tym publicznym zarzutem Marek głowy nie ugiął, oczu nie spuścił. Parę razy był słuchał z brwią ściągniętą, zadrżała mu twarz, poruszył ustami, jakby coś rzec miał, ale się pohamował.
— Czy to już koniec, panie marszałku? — zagadnął po chwili milczenia, bez żadnej zmiany tonu i postawy.
Syn marszałka oczu z niego nie spuszczał. Kto był winien, nic rozumiał, nie słyszał prawie zarzutów, sprawa była mu obca i nieznana, ale ten człowiek, tak olimpijsko[12] spokojny, działał upajająco na jego nowożytny zdenerwowany charakter. Winowajca czy ofiara, był olbrzymem w panowaniu nad sobą. O nieba całe wydawał się wyższym od tej wdowy, pożałowania godnej, za którą stała opinia, i od młodzieńca, bronionego głosem ogółu, który, rozwalony na kanapie, uśmiechał się zuchwale.
— Daleko do końca — odpowiedział marszałek. — Pozostają dwa najcięższe zarzuty. Przez ten rok, pomimo próśb i nalegań, nie zgodziłeś się pan na prawomocne ulegalizowanie[13] działu, jaki ustnie zostawił nieboszczyk pan Paweł Czertwan. Wymaganie było słuszne, a opór pański wyda się każdemu karygodnym, jako nieposzanowanie woli rodzica i wyzysk swego położenia i praw. Równie nizkim był postępek pański przyswojenia sobie planów majątkowych, o których wydanie daremnie się upominał brat i matka. Tak, panie, nie postępuje szanujący się szlachcic i obywatel...
Krew uderzyła do skroni Marka, ale nie poruszyły go te ciężkie zarzuty, bo, zamiast się bronić, obrócił tylko głowę do okna i nieznacznie, smutnie się uśmiechnął.
Za oknem, w czasie przemowy marszałka, poruszyły się lekko powoje i tak cicho, że dźwięk zginął przy świergocie jaskółek pod strzechą, zabrzmiał serdeczny głos jednym wyrazem:
— Wajdewutas!
Nikt nie słyszał i nikt nie dojrzał niewidzialnego gościa wśród powojów i fasoli, tylko ten odosobniony, pod pręgierzem surowej krytyki, zadrżał, jak trafiony strzałem, i spojrzał ostrożnie, nieśmiało.
Z pomiędzy purpurowych kwiatów spotkało jego wzrok zgnębiony dwoje źrenic ciemnych, płomiennych rozdrażnieniem, a tak serdecznie przejętych grozą tej chwili, i równie cicho, ale z naciskiem wyszeptał głos:
— Czy panu nie żal swej duszy, sumienia, pracy, że pan na nie plwać pozwala i milczy? Ja słucham od kilku minut zaledwie, a drżę cała oburzeniem! Pan chyba nie z kamienia, ale z drzewa, z próchna!
Na to on się gorzko uśmiechnął, a zwracając do zgromadzenia w pokoju, spytał zmienionym głosem, na dnie którego poczynały huczeć akcenty namiętności, dławionej do czasu żelazną wolą:
— A jakiż ostatni zarzut posłyszę jeszcze, panie marszałku?
Zapytany odchrząknął, zajrzał w papiery, pokręcił się na krześle i spojrzał po obecnych.
Wszyscy patrzyli w ziemię, zasępieni i bardzo uroczyści; pani Czertwanowej wystąpiły na twarz gorączkowe wypieki, ksiądz dygotał z niepokoju.
— Ostatni zarzut drażliwej jest natury, bo dotyczy tego, co człowiekowi jest najdroższe: czystości noszonego nazwiska. Przez ten rok, rządząc się sam bezprawiem i nadużyciem, dałeś pan zły przykład, doprowadziłeś pan sam poniekąd młodszego brata do lekkomyślnego postępku! Przyciśnięty potrzebą, nie mając przed sobą żadnej drogi wyjścia, sprzedał on las, będący wspólną własnością. Zapewne, tłómaczy go tylko młodość, rozdrażnienie i nieznajomość prawa. Zbłądził, ale to bynajmniej nie usprawiedliwia tego, że pan, zamiast mu dopomódz, oświecić, w domu polubownie skończyć interss, podałeś go na sąd, zmieszałeś ze zgrają Żydów szalbierzy i rzuciłeś bez wahania uczciwe nazwisko na łup adwokackich języków i wstrętnych ścian sądowych! To było już niegodziwe!
Zdyszany, drgający oburzeniem szept wpadł w uszy Markowe, zaraz po zakończeniu mówcy:
— I pan milczy? I pan znosi? Co panu? To ohydne! Tego wytrzymać nie można! Mów pan teraz, choć raz w życiu! Pan wie, że ja pana szanuję, i pan pozwala spokojnie, że ja tego słuchać muszę? To nie do zniesienia, to boli, szarpie, rani, zabija! Mów pan, bo ja sama wystąpię i po amerykańsku odpowiem za pana!
Z za fasoli i powojów strzeliły, jak ogień, gorące oczy, i brwi ściągnięte kurczowo, i usta rozchylone wzruszeniem, z za których błyskały białe ząbki, ostre, jakby kąsać chciały i bronić tego skrzywdzonego.
Zaraźliwe było to spojrzenie i namiętne słowa młodych ust. Powoli, jak pożar, obejmowały rys po rysie nieruchomą twarz stojącego. Wypędzały mu z serca całą krew do czoła, rozpalały dzikim żarem mroczną powierzchnię siwych oczu, wydzierały gwałtem z duszy na usta potok gwałtownych słów, podnosiły wzburzoną falą spokojną pierś. Zatrząsł się, odstąpił o krok, machinalnie[14] sięgnął w zanadrze kurty, myślał, że mu pęknie klatka piersiowa od tego, co tam zahuczało nagle oceanem zranionych uczuć, sponiewieranej pracy, potarganych myśli i pragnień.
— A zatem to koniec, panie marszałku? Nie znajdziecie nic więcej? powiedzieliście wszystko? Panowie ci, sędziowie, słyszeli dosyć. Słyszeli, żem złodziej, intrygant, szalbierz, bezprawnik i nikczemnik nareszcie! To dosyć! Niema więcej win na świecie, i niema człowieka, coby je wszystkie ż sobą nosił. Tylko ja! Tylko ja!.,.
Ale nikt nie słyszał mego głosu i nikt nie wie skad, jaką drogą doszedłem aż tu, na ten najwyższy sąd szlachecki, co mi teraz zabiera sławę, i cześć, i nazwisko uczciwego człowieka.
Z daleka ja tu przyszedłem i z dawna! Lat siedmnaście miałem, gdy ze szkół wziął mnie obowiązek; nie pytano, czy chęć mam i siły, kazano pracować głową, dłonią, wszystkiem. Ot tu, na tym papierze, mam ręką ojcowską podpisany spis tego, co mi zdano na ręce, i ot tu, na drugim, takiż spis, sporządzony po śmierci ojca, podpisany przez matkę i księdza proboszcza!
Nie dziesięć tysięcy ukradłem, ale więcej, o więcej! Kradłem ziemię tę szarą na nauki siostry i brata, na podróże matki, i wydzierałem przemocą grosz krwawy do kutej szkatułki na posagi im!
Kradłem... ha! był czas! Dni letnie w polu, jak rok długie, a noce zimowe nad rachunkami wieki się ciągną! Kradłem!
Słyszeliście, panowie, żem kradł, ale nie słyszeliście, ilem spoczął przez te dziesięć lat młodości, i nie słyszeliście, czym kiedy się zabawił, zahulał, odstąpił, i nie widzieliście, ilem potu wlał w tę ziemię, ile goryczy i zawodów!
Nie słyszał nikt mojej skargi! Boża moc potężna i we wszystkiej nędzy daje siłę nad nędzę większą. I mnie dał taką siłę, żem ziemię tę moją ukochał nad świat cały, i nad młodość, i nad rozrywkę, i nad rodzinę i dom! Ile duszy starczyło, takem ją umiłował! Od łanu do łanu schodziłem ją stopami; przez dziesięć lat z nikim nie żyłem, tylko z tą rodzoną, rozumieli my siebie, mówiła mi do serca zbożami złotemi, zieloną łąką, ciemnym borem! I zaprzysiągłem jej wówczas, że mi jej nikt nie weźmie, chyba z życiem!
Umilkł sekundę, ale potok, raz zerwawszy skorupę, gnał go teraz bez pamięci, coraz gwałtowniej... Całe życie składało się na tę mowę.
— A gdy ojciec zmarł, stałem się intrygantem, i wyzyskiwaczem, i lichwiarzem. Słyszeli panowie! Ale nikt nie słyszał, jakem płakał krwawemi łzami, schodząc z tej ziemi, i jak ona po mnie płakała, żegnając. I nie widział nikt, jakem wziął z domu na swój dział sześć głów bydła, troje koni i garść odzieży; i nie widział nikt, jaki był ów dział: ruina zagrody, matczyna spuścizna! A jam się i wtedy nie skarżył, tylkom sobie raz drugi poprzysiągł, że ziemi zmarnieć nie dam, chyba zginę!
I znowu Bóg moc mi dał wielką pracy i takiego wytrzymania, żem i snu nie znał prawie i czasu na jadło nie potrzebował. W dzień służbę sprawowałem ojcowską, w nocy pracowałem... prawda, jak lichwiarz, jak Żyd, wydzierając, gdzie się dało, zarobek!
I oto powiedziano mi, że matka z Witoldem dług chcą zaciągnąć na majątek. I tak: wedle słów pana marszałka, zabroniłem Żydom pożyczać, zabroniłem procesem. Tak było, to prawda; ale choć to nazywacie intrygą, podkopaniem kredytu, oszustwem, klnę się na Boga, że na to nigdy nie pozwolę i zawsze stanę oporem! Zabijcie mnie, w sztuki porąbcie, ziemi swojej wziąć nie dam, marnego zagonu sprzedać nie dopuszczę! Na tom całe życie poświęcił! Powiadają oni, żem ich wyzyskiwał, wydzierał majątek za bezcen...
Są na to cyfry i dowody: oskarżenie ich nie daje, ale ja je mam i oto je przedstawiam...
Drżącemi dłońmi rozpiął kurtę, dobył wytarty pugilares i położył przed zebranymi na stole kilka arkuszy papieru.
— Piętnastego września zeszłego roku kupiłem od matki 40 morgów gruntu, zwanego Żwirble, za 2.400 rs., oto kwit i akt sprzedaży. Dwudziestego siódmego października sprzedała mi powtórnie 30 morgów za 1.300 rs., zapłaciłem należny siostrze posag 5.000 rs., dałem trzy razy po 500 rs. pożyczki, oddałem wedle umowy z folwarku siostrzanego, który dzierżawię, 500 rs.; ogólnie wypłaciłem przez ten rok 10.700 rs. gotówką. Oto moi świadkowie!
Spracowaną swą, ciemną dłoń położył na dokumentach owych i odetchnął głęboko. Smutek bezbrzeżny i boleść objęły mu lica. Pokiwał głową, patrząc, jak sędziowie z zajęciem jęli przeglądać te dowody kolosalnej[15] pracy i coś szeptać między sobą.
Witold i pani Czertwan pobledli. Ksiądz szeptał hymn dziękczynny; syn marszałka, nie wiedzieć dlaczego, uśmiechał się z tryumfem. Milczeli teraz wszyscy. I znowu Marek podniósł głos i mówił:
— Więc ja złodzięj i szalbierz, więc ja intrygant? Może dziwią się panowie, skąd wziąłem te tysiące? Spytajcie tego młodzieńca! on wie, on mówił, że poświckiem złotem płacę! Nie obcy to był i nie wróg, ale on, brat; uczciwe nazwisko rzucił na poniewierkę i oplwał; nie badał, nie pytał, nie ujął się, ale pierwszy błotem rzucił! Zapewne, skad on wiedzieć może, jak się uczciwie pieniądze zdobywa? On pracy nie zna, brał gotowe i używał, a gdy zdobył grosz, to w karty tylko!... I jam miał go uczyć, objaśniać, pomagać?... Jakim sposobem, panowie?... Nie pójdzie on ze mną, ani z pieńką[16] Niemnem, ani z opasami do Prus, ani do Wiłajek nad jezioro, nie zniesie szarugi zimowej, ani słot jesiennych na dworze, chyba dla fantazyi[17] tylko chwilowej... Nie zechce cierpieć niewczasu i niedostatku dla tych pieniedzy, których tyle potrzebuje... Dlatego on miły i wesół, każdemu dogodzi, zabawi. Troska go nie gryzła, trud nie zdziczył, cierpienie nie wzięło humoru i myśli swobodnej. Dlatego on dobry, a ja zły, i ponury, i niedostępny!.. I oto stoję przed wami, a tyle sromu rzucono mi w twarz, żem z za niego nie powinien i spojrzeć nawet w oczy wam wszystkim, tylko uchylić czoła i wstydzić się...
Odstąpił kilka kroków od okna, nieznacznie spojrzał w stronę powojów, i znów krew łuną ciemną oblała mu policzki.
— Cześć ci, bohaterze!... — zabrzmiało szeptem z za okna.
— Nie, panowie! znam ja męki wszystkie, ale wstydu nie znałem i nie poznam! Schylam ja kark przed wami, boście starzy i szanowni, ale się nie sromam, wzroku waszego się nie boję!
Czego oni chcą ode mnie? Mówią, żem kradł: leżą przed wami dokumenty; żem wyzyskiwał: macie cyfry, rachunki; dowodzą, żem plany przywłaszczył: na co mi one? Ja swoją ziemię tak znam, jak duszę własną, a plany złożyłem w kancelaryi ojcowskiej, w Skomontach, tylko oni szukać nie chcieli. Niech kto pójdzie tam, w szafie ściennej je znajdzie i tu przyniesie...
Działu żądają, spytajcie dlaczego?... Czy ja im granice zajeżdżam, czy w gospodarstwie przeszkadzam, czy bronię zmian i ulepszeń?... Ani czynem, ani słowem, ani myślą nawet nie wszedłem im w drogę. Nie zgwałciłem na piędź ojcowskiego działu. Strzegłem tylko całości tej spuścizny! Strzegłem, bo wiedzą moje ręce i głowa, jak to drogie i jaka siła tkwi w tej ziemi rodzinnej! I to jest mój grzech i cały występek!...
Przeto się nie wstydzę! Panowie obywatele! wyście sami nad rolą tą osiwieli, zgarbieli! Pobróździł wam ten mozół czoła, zrósł z duszą! A ja na was patrzyłem i na praojców pamięć i tak czyniłem i czynić nie przestanę, gdyż zhańbiłbym się i spodlił!...
Domy macie, i mienia, i rodziny! I może wam we śnie kiedy stanęło, że domy piorun zburzył, a mienie, jak proch marny, poszło w rozsypkę! Jeśli ta zmora was kiedy trapiła, to spójrzcie na mnie: oto ja zmorę tę na jawie bezustannie w piersi noszę i cierpię, ach, jak cierpię! Nie żal mi lat młodych, choć mówią, ze jak szczęście piękne, i nie żal życia! Poświęciłem dla tej idei mojej i nauki, swobodę i nie wziąłem dla siebie nic z tego, co synowie wasi mają, czem są bogaci! Wiek przeszedł, i wy myślicie, że rzucę teraz mój trud, odstąpię tego, com zdobył?
Chcą działów oni; panowie! weźcie krew mych żył lepiej, rozedrzyjcie mnie w sztuki, w loch rzućcie na wieki, bo ja wiem, dlaczego oni działu tego chcą, i nie dam go!...
Urwał i czekał. Żaden trud i żadna męka nie wyczerpała go tak, jak ta spowiedź pierwsza, jak ta mowa jedyna, do ludzi.
Po zgromadzeniu od kilku chwil powiał jakiś szmer zmieszany: marszałek w ziemie wbił oczy, Illinicz chustka ocierał czoło i powieki, stary Rymwid w twarz oskarżonego utkwił przenikliwe oczy i wąsy kręcił, poważny i zamyślony; Olechnowicz i Radwillowicz zetknęli głowy i coś szeptali, gestykulując, a syn marszałka wstał z kanapy od boku Witolda i, zaczerwieniony, przejęty, postąpił wahająco w stronę Marka. A on, zmęczony, dysząc prędko, gryzł do krwi drgające usta i mienił się cały. Za okienkiem szept cichy biegł doń z akcentem gorącego wrażenia:
— Teraz pan bez cienia skazy! Teraz pan może milczeć. Żaden sąd winy nie znajdzie! Chodź pan prędzej, ja czekam na pana!
W milczeniu skinął głową i wnet zwrócił oczy do pokoju, bo w tejże chwili pani Czertwanowa płaczliwym, desperackim tonem zawołała:
— Szanowni sąsiedzi! dlaczegóż syn mój, Witold, ma być wiecznie pod kuratelą[18], bez swobody działania i tytułu własności? Przecież to jego, a on rozporządzać się ma prawo, już pełnoletni! Co komu do tego, co on z majątkiem swoim zrobić chce? To przymus i gwałt, to wyzysk! My nie potrzebujemy rad i kierownictwa i sami wiemy, co słuszne. Potrafimy zarządzić i utrzymać ziemię...
Rymwid ciężko wstał z miejsca i chmurny, uderzył po wekslach, rozsypanych na stole, i lakonicznie rzekł:
— A to co? Takiż to rząd i utrzymanie? Jeden rok i tyle już!
— On gwałtem dawał pieniądze, kusił, namawiał!
Marek nie potrzebował zaprzeczać, bo za Rymwidem podniósł się Illinicz i żywo zawołał:
— Przepraszam, dobrodziko, ale ja sam byłem świadkiem, jak pani przyjeżdżała zimą do Poświcia i prosiła o radę i pomoc. Byłem u niego w interesie sprzedaży kartofli do gorzelni i siedziałem w sąsiednim pokoju.
— Jemu ojciec zabronił wtrącać się do nas, pod błogosławieństwem zabronił! Ojciec go znał i bał się tego okropnego charakteru!
Ksiądz nie wytrzymał, skoczył z miejsca.
— Pani dobrodziko! — zawołał — nie wspominajcie tak nieboszczyka! On go cenił i znał; dał dowód, powierzając Poświcie i błogosławił za jego szlachetne posłuszeństwo! Ja byłem przy konaniu i pamiętam. Witolda przestrzegał, by nie hulał i długów nie robił, bo go błogosławieństwo odstąpi. I słusznie mówił!
Ja Marka Czertwana znam, panowie; pod mojemi oczyma rósł i pracował. Grzeszny on, jak my wszyscy, ale tego, o co go oskarżają, nie popełnił, bo fałszu w nim niema, ani podstępu, ani podłości!
Skryty on, dziki, nieufny, ale szlachetny i obowiązku żadnego nigdy nie opuścił! Pozory mylą, ale wy sądźcie głębiej; słuchajcie duszy i tego, co wam mówił! On nie kłamie!
— Ziemię sprzedawać ciężki grzech! — zamruczał młody Olechnowicz.
— A próżniactwem i zbytkiem jej nie utrzymać wstyd! — dodał starszy.
Tu marszałek podniósł oczy i rzucił pani Czertwanowej piorunujące spojrzenie, zebrał jej papiery i odsunął niechętnie.
Zapanowało przygnębiające milczenie, przerywane popłakiwaniem wdowy i sapaniem księdza. Sędziowie nie wiedzieli, co dalej robić. Woleliby znaleźć się pod ziemią, niż wobec hardej, a spokojnej postawy młodego olbrzyma, którego głos zabrzmiał po dawnemu już, głucho i posępnie:
— Proszę o wyrok, panie marszałku!
Spojrzeli po sobie pytająco; nareszcie stary Rymwid przybliżył się do niego i, kładąc rękę na ramieniu, rzekł z łekkim uśmiechem:
— Młody człowieku! Wnuki mam takie, jak ty, i jechałem z silnem postanowieniem zmycia ci głowy po ojcowsku! No, tymczasem wynik taki, że przyjdzie nam ciebie przeprosić. Trudna rada, przepraszam, ale doprawdy, sam sobie tej biedy napytałeś. Grzech było ludzi unikać i nie dać się wcześniej poznać. Siwej głowie wstyd przepraszać młodego, ale pomimo to rad jestem, że ciebie poznałem! No, daj swą zapracowaną rękę i nie patrz tak dziko. Przyślę do ciebie mych chłopców na naukę, a mnie, starego, sam pamiętaj odwiedzić! No, zgoda!
Marek w milczeniu głęboko się skłonił przed starcem.
— Ja swej czarnej gałki nie rzucałem! — dodał Illinicz. — Ma pan we mnie zawsze szczerego przyjaciela!
— My jechaliśmy, nie wiedząc, o co chodzi! — zawołali jednym głosem Olechnowicze.
Marszałek siedział, jak na węglach. On jeden nie miał nic na swoje wytłómaczenie, bo on oskarżał surowo, bezwzględnie. Nigdy przodowanie obywatelstwu nie wydało mu się bardziej opłakaną rolą, jak w tej chwili.
Rozejrzał raz jeszcze papiery, pomyślał i ozwał się, zwracając do całego grona:
— Szanowni sąsiedzi! Nie przeczę, że fałszywie przedstawiono mi sprawę, a nie znałem zupełnie strony obwinionej. Bardzo mi przykro. Ale przez ciąg długiego życia stokrotnie się przekonałem, że niema na świecie człowieka kompletnie winnego i kompletnie[19] niewinnego. Usterki być muszą w najszlachetniejszym charakterze i dobre strony w najlichszym. Przeto proponuję, aby w sprawie tej rodzinnej wydać następujący wyrok. Dział się odkłada na rok od dzisiejszej daty. Przez ten czas pan Marek zostawi bratu zupełną swobodę działania i pożyczać mu pieniędzy, kupować ziemi, ani uzyskiwać swego kapitału nie będzie. Po roku zrobi się biians[20] stanu majątków i albo pan Witold spłaci brata, wówczas tenże praw swych ustąpi, albo, w razie niefortunnego obrotu i chęci lub potrzeby sprzedaży ziemi, pan Marek Czertwan może wymagać sprzedania mu jej, nikomu innemu. Warunki określi wspólna zgoda. Czy zgadzają się wszyscy na mój projekt?
— Zapewne, nic złego... Pan Witold młody, może się ustatkować — rzeki Rymwid, spoglądając na studenta.
Cyniczny[21], lekceważący uśmiech skrzywił twarz Witolda; złożył usta do gwizdania, ale się wczas pohamował i ziewnął tylko.
Pani Czertwan, blizka spazmów, milczała.
— Niech tak będzie — potwierdzili wszyscy, otaczając stół do podpisu.
— I pan się zgadza? — zagadnął marszałek, zwracając oczy i mowę do okna.
Ale mu nikt nie odpowiedział.
Gdy wszyscy, uścisnąwszy dłonie Marka, wrócili na miejsca, wezwani głosem przewodniczącego, nagle z za okna, z pomiędzy wijących się roślin przechyliła się smukła postać Irenki Orwid. Zajrzała do wnętrza i podaia stojącemu samotnikowi obie swe dłonie. Młoda jej, śliczna twarzyczka uśmiechnęła się doń cała promienna, i serdeczny głos zawołał wesoło:
— A oto pan ma moją białą gałkę olbrzymią, żeby wszystkie tamte zakryła...
Marek się zarumienił, pochylił ku niej w ukłonie, rączki znalazły się w jego dłoniach i tak odosobnieni stali minutę, wpatrzeni sobie w oczy, nie mówiąc słowa.
Marszałek darmo pytał. Czertwan nie słyszał, nie uważał i nic go w tej chwili nie obchodziło,
Zdziwieni milczeniem, obejrzeli się obecni, i ruch się zrobił wokoło.
Ksiądz rzucił się pierwszy z powitaniem panienki; Witold, zapominając o całej sprawie, poskoczył, gnąc się w prawidłowym ukłonie, pani Czertwanowa otarła łzy, uciszyła swój lament. Panowie inni, znający milionową dziedziczkę z widzenia tylko, ukłonili się z daleka, obrzucając ją gradem krytycznych spojrzeń.
Zwróciła na siebie ogólną uwagę odciągnęła na siebie zajęcie całego grona. Nie zmieszała się wcale; z całą swobodą uchyliła główkę z powitaniem tylko blask znikł z rysów, i rozradowanie cofnęło się w głąb oczu.
— Dziękuję, księże proboszczu — odparła na jego zaproszenie, by spoczęła w pokoju. — Wstąpiłam za interesem na chwilkę.
Tu zwróciła się do Marka, który nieco się usunął, i spytała:
— Czy zastałam pana Ragisa?
— Nie, pani! W zaścianku od rana drzewo przyjmuje!...
— Ach, szkoda, że go niema! Przyniosłam mu prezent...
Sięgnęła za siebie, na ławkę i położyła na oknie przedmiot jakiś okrągły w batystowej chusteczce.
— Czy wolno zobaczyć, co takiego? — zagadnął Witold z umizgiem.
— I owszem, tylko ostrożnie, bo kole!
— Jeż! — krzyknął student, zaglądając.
— A to się stary ucieszy! — zaśmiał się ksiądz.
— Szczególne amatorstwo! — zauważyła lekceważąco pani Czertwanowa, otrzepując ręce.
A Irenka mówiła wesoło, wciąż zwrócona tylko do milczącego Marka.
— Wybrałam się na spacer dzisiaj pieszo i łódką, bo na promie taki ścisk z pana drzewem, że ani marzyć o przedostaniu się tamtędy. W trawie na Dewajte znalazłam to zwierzątko i zabrałam, uradowana, że zastąpi może spalonego faworyta.
— Dziękuję pani! Odniosę go zaraz chrzestnemu — rzekł, sięgając po jeża.
— A! broń, Boże! Zostawimy go łaskawym względom księdza proboszcza, a pan mnie przeprowadzi. Wszak może pan już odejść? Sąd skończony?
A zatem byta tam, za ścianą i słyszała wszystko! Pod panią Czertwanowa zachwiały się nogi, Witold zbladł, stracił cały swój rezon. Nie dla uszu pięknej panny i bogatej dziedziczki była ta sprawa i takie zakończenie. Teraz dopiero zawstydził się i okropnie spokorniał.
— Za chwilę służę pani! — odparł Marek, zbiżając się do marszałka.
Pozostali u okna, zakłopotani widocznie, nie wiedzieli, co mówić, a Irenka nie raczyła zacząć rozmowy. Pani Czertwanowa odzyskała pierwsza przytomność.
— Pan Marwitz wyjechał? — zagadnęła, silą woli zdobywając się na uprzejmy uśmiech.
— Tak, pani, wyjechał! — odparła panienka, schylając się do Margasa. który, czekając na pana, leżał pód oknem.
— Pani się zapewne czuje strasznie osamotniona w naszych stronach? — zaczął Witold.
— Nie, panie. Mam dużo zajęcia w domu, nie mam czasu na nudy — rzekła chłodno, patrząc na niego.
— Ach, cóż to za wstrętny pies! — zawołał — i pokaleczony! Pani się nie boi dotykać go?
— Przecież go znam. To pies pana Marka, codzienny gość w Poświciu. Opalił się, biedak, w pożarze, pilnując pańskiego dobra. Bardzo go lubię!
Pogładziła zwierzę, łaszące się do niej i spojrzała do pokoju.
Marek kładł swój podpis pod wyrokiem, otoczony gronem poważnych obywateli, i milcząc przyjmował ich tłómaczenia i uściski.
— Czy wolno mi już odejść? — zagadnął marszałka.
— Możemy wszyscy się oddalić — odpowiedziano razem, ruszając się z miejsc — obyż za rok zejść się znowu w zgodzie!
Podano sobie dłonie; syn marszałka przystąpił do Czertwana ostatni.
— A mnie czy pan pozwoli podać sobie rękę, choć bardzo mało się znamy? Obyż to było na dobrą dalszą znajomość i bliższe porozumienie! Nauczyłeś mnie pan dziś więcej, niż szkoły i uniwersytet. Proszę pozostać i nadał mistrzem i przyjacielem. Do widzenia rychło!
Tłum żegnał proboszcza i wychylał się przed plebanię. Zajeżdżały powozy, żegnano się, wołano, kłaniano. Wśród zamętu Witold stanął obok Irenki i z cicha, żebrzącym głosem spytał:
— Może i mnie zrobi pani tę łaskę i pozwoli się przeprowadzić?
Potrząsnęła głową i, cofając się, wsunęła rękę pod ramię Marka, jakby szukając tam obrony przed napaścią.
— O, nie, dziękuję panu! Mamy wiele spraw poważnych do roztrząsania. Nie zabawi to pana.
Niedbałem skinieniem odpowiedziała na ukłon głęboki i ruszyła pieszo na szlak zakurzony, nie troszcząc się, co pomyślą i powiedzą pozostali.
Dziwnie bo wyglądała ta para. On, jak zaściankowiec, zgrubiały pracą, ona, jak królewna z bajki, taka piękna i delikatna! Co między nimi mogło istnieć wspólnego?
Po chwili milczącej wędrówki rzekła, jak zwykle, pierwsza:
— A zatem ten sąd to był ostatni smok Wejdawuta. Już leży pokonany, bez zębów, a jenerałowie w prochu. Czego pan chmurny jeszcze? Czego panu jeszcze brak?
— Ja zawsze taki! — szepnął swoje ulubione zdanie.
— Nie! Umie pan mówić, czuć, porywać za sobą! Poznałam dziś dopiero pana i dlatego pytam raz drugi: czego panu brak? Wyzywała go, szła naprzeciw zaciętej duszy, prosiła, by uległ dobrowolnie przed nią. Ale wybuch przeminął, wulkan ucichł, żelazny pancerz był znowu na piersi.
— Niczego, pani! — odparł.
Spojrzała nań bystro.
— Proboszcz mówił, że pan nigdy nie kłamie! Czyż pan mu i na spowiedzi takąż prawdę mówi, jak mnie w tej chwili?
— Proboszczowibym nie powiedział tego, co czuję, jeśli grzechu w tem niema! Nędzę człowieczą i udręczenie powinien tylko znać Bóg, bo on jeden pomoc dać może!
— W żadnym jednak razie kłamać nie trzeba!... Niech pan spojrzy mi w oczy i powtórzy, że nic mu nie brak!
Zamilczał, zaciskając usta. Zamykał coraz szczelniej duszę, zacinał się w oporze.
Zaśmiała się wesoło.
— Przecie dowiodłam panu fałszu! Poprzestaję tymczasem na tym małym tryumfie i nie nalegam dalej! Czy zadowolony pan z wyroku sądu?
— Spodziewałem się gorzej. Gdybym milczał, potępionoby mnie.
— Widzi pan, jak to dobrze mnie posłuchać! Ile razy teraz poradzę mówić, proszę usłuchać, a za dobry skutek zawsze ręczę! Dobrze?
Uśmiechnął się za całą odpowiedź.
— Cóż pań zamyśla robić przez ten rok próby? — spytała po chwili.
— Co zawsze! Zbierać pieniądze i kupować od Żydów długi Witolda, kiedy mi nie pozwala nabywać ziemi. Jeden skutek, tylko kłopot większy!
— A więcej nie ma pan zamiarów na ten rok?
— Sam nie wiem. Pan Komar chce mi powierzyć główny zarząd swych dóbr, bo wyjeżdża zagranicę. Jeżeli czasu stanie i sił, to przyjmę!
— Jaki pan chciwy na pieniądze! Gotów pan duszę za nie dać!
— Duszy nie, ale wszystką krew tobym dał.
— Niepojęte! I na cóż one panu? to istna chorobliwa mania! Krew dać za podły grosz! To nie szczęście i nie spokój!
— Dla mnie i jedno, i drugie.
— Fe, to do pana nie podobne! Przypuśćmy tedy, że pan już posiada skarby Krezusa[22] i coby pan zrobił z tym ciężarem?
Powiódł okiem po niebie, otworzył usta i cofnął, co rzec miał.
— Po co gadać o tem, czego nie będzie! — zamruczał.
— Co to szkodzi? Pan jest na drodze do skarbów i pewnie dosięgnie, czego żąda. Czy pan kiedy w życiu odstąpił od swych pragnień? Chyba nigdy!
— Odstąpiłem! — odparł chmurno.
— Być nie może! Pan wrócił z drogi? To nie do wiary! I dlaczego? Przeszkody były za wielkie?
— Cel za mały! — rzekł niewyraźnie.
— Ach, to już wiem! Mówił mi pan Ragis kiedyś, pod dębem. Ustąpił pan narzeczonej i desperowałeś[23] potem okropnie.
— Co chrzestny możewiedzieć o mej desperacyi? Kiedy ustąpiłem, to i nie desperowałem! Nie było woli Boskiej i koniec!
— No, ależ ona teraz owdowiała! Może pan wrócić!
— A mogę!
— Zatem po roku nabywa pan Skomonty i zakłada pan rodzinę! — rzekła z widoczną ironią[24] w głosie.
Skinął głową. Rysy jego twardniały z każdą chwilą, ponuremi oczyma błądził po drodze. Choćby miał zginąć, nie wyzna jej tego, co czuje; nie usłyszy od niego słowa prawdy.
— Szczęść panu Bóg! — uśmiechnęła się lekko — żałuję, że na tym ślubie nie będą obecną, bo zapewne w ciągu tego roku wyjadę.
Zdziwił się Marek i spoglądając uważnie na nią, spytał:
— Daleko pani pojedzie? Na długo?
— Do Ameryki, wrócę jesienią. Pan Marwitz stracił poniekąd z mojej przyczyny Clarka i zasypuje mnie rozpaczliwymi listami. Muszę go pocieszyć i rozerwać w samotności. Czy na długo? Nie wiem. Może na zawsze! Może pan chce kupić ode mnie Poświcie?
Pobladł aż do warg. Zadrżało mu ramię.
— Pani żartuje — rzekł — pani nie myśli sprzedawać, a ja kupować nie mogę. I pani zostanie.
— Bardzo wątpliwe! Co ja tu mam i kogo? Pan bohaterem jest, Wejdawutem, więc niedostępne są pana duszy ani tęsknota, ani osamotnienie, ani pustka w wielkim, uroczystym domu! A ja zżyć się z tem nie potrafię, nic mi nie zastąpi domowego ogniska w przyjaznem gronie, życzliwego słowa, serdecznego spojrzenia, wszystkiego tego, com miała dotąd u mego przybranego ojca w Drakecity! Nie rozumie mnie pan, bo pan jest wyższy nad takie drobiazgi, pan tego nie potrzebuje, a ja, niestety! nie jestem stworzona na anachoretę[25] i mam też swój cel i poglądy na życie, wcale różne od pańskich.
Zdawało się, że nie słyszał nic oprócz jednej rzeczy, bo zamruczał, jakby do siebie:
— Więc pani odjedzie, może na zawsze?
— Cóż pan w tem znajduje dziwnego? Coby pan zrobił w mojej roli?
— Cobym zrobił? Zostałbym!
— Tak, całe życie samotny?
— Rok nie upłynie, jak pozna pani całe sąsiedztwo. Nie trzeba jechać do Ameryki po przyjaciół i stosunki. Pójdzie pani za mąż...
— Bardzo chętnie; na to nie potrzebuję nawet poznawać nikogo... Wybór dawno uczyniłam... Niech mi pan zaręczy, że weźmie mnie ten jeden, wybrany, a zostanę!
— Może pani wybrała takiego...
Niecierpliwie rzuciła główką, zmarszczyła brwi.
— Niech pan lepiej milczy tym razem, bo ani mnie, ani sobie słowami oczu nie zamydli. Po co ten ton nieznośny i udawanie? Nas w Ameryce nie chowano, jak tutejsze panienki, na bierną rolę; nas uczono, żeśmy wam równe, niezależne! Nie cierpię tonu, na który schodzi nasza rozmowa; jest fałszywy i niegodny przedmiotu! Ja nigdy swych uczuć nie kryłam,, nie znajduję w nich nic karygodnego, ani niestosownego!
Podniosła dumnie czoło i przejmująco patrząc mu w oczy, rzekła po małej przerwie:
— Nie zmienimy przeznaczenia swego, Wejdawucie! Pan wie dobrze, bom szczerze okazywała, że pana kocham, a mnie nie trzeba było pana słów, żeby wiedzieć, żem panu miła... Po co się męczyć, gdy możemy być szczęśliwi...
Przez oczy jego przeszła chmura rozpaczy. Zwiesił głowęna piersi i pobladł śmiertelnie...
Uśmiechnęła się promiennie, tryumfująca cała. Zajrzała ukradkiem w jego twarz i odezwała się serdecznie:
— Jeżelim się pomyliła, niech mi pan zaprzeczy. Nie kocha mnie pan? Może nie tyle, co Żmujdż, ale więcej, niż resztę ludzi!
Opanował się i rzucając jej spojrzenie pełne wyrzutu, zaczął półgłosem:
— Na co pani ta prawda? I na co mnie ta jeszcze jedna niedola, najsroższa? I tak życie cieżkie!
— Właśnie dlatego ja pierwsza przychodzę, bo pan ze swymi dzikimi poglądami lataby milczał i cierpiał, no... i mnie cierpieć kazał! I po co to?...
Ani się spostrzegli, że stali już u stóp Dewajtisa, na polance.
Słońce spuszczało się nizko, roztaczając na drzewa, ziemię i niebo purpurowe barwy. Dąb stary zakołysał się, jak żywy. Dawno już nie widział swego obrońcy. Zdziwił się sędziwy patryarcha dąbrowy, że młody człowiek oczu nań nie podniósł, nie powitał, tylko zatrzymał się opodal i patrzał w twarz dzieweczki.
— Po co?... — powtórzył jej pytanie. — Po to, że pomiędzy panią a mną jest otchłań, której, gdybym w nią i życie, rzucił, nie zrównam! Więc stanąłem nad tym skrajem i choć mnie obłęd chwytał, a wszystkie moce ciągnęły na tamtą stronę, nie poszedłem i nie pójdę! W bajkach pastuchy zaślubiają królewny, ale na ziemi tak być nie powinno... Bóg dopuścił na mnie tę próbę, to prawda! Umiłowałem panią, sam nie wiem kiedy i jak... Alem milczał i cierpiał, i tak zostało!
Zarumieniła się, jak wiśnia i uśmiechnięta, objęła wzrokiem jego rysy.
— No i cóżby z tego wynikło, z tej pana szczególnej taktyki[26] żeby pan trafił na dziewczynę z Europy, co umie także tylko milczeć, cierpieć i czekać? Gdzieżby się podziało nasze szczęście? Coby warte było nasze życie w ciągiem targaniu szlachetnego i prawego uczucia? To tak dobrze mieć kogoś swojego na świecie i marzyć, i kochać, a pan i to w sobie gnębił! Gdzie pan dopatrzy otchłani i mąk? Mnie tak lekko i błogo na świecie teraz, to i panu tak samo! Oto masz pan moją rękę: możesz ją pocałować i wziąć sobie na własność!
Potrząsnął głową i odstąpił o krok.
— Nie godzi się, pani! Kochać nie grzech, i robak słońce kocha, ale ja nie mąż dla pani. Służyć pani będę i życie dam w potrzebie, ale skarbów waszych nie chcę, ani do Poświcia na łaskę nie pójdę, bo wtedyby ludzie nikczemnikiem mnie nazwali, i słusznie!... Dziwiła się pani, żem na pieniądze chciwy i szczęściem je zowię. Nie dla sławy i potęgi ich pożądam: rzuciłbym je w tę otchłań i dopiero równy pani, do nógbym wam padł, prosząc o szczęście i spokój! Inaczej nie mogę, nie chcę!... Wolę zmarnieć!...
— Gdzie pana rozum i zastanowienie? Więc dla gawędy ludzkiej rzucasz pan mnie i serce?... Więc próżna pycha większa w panu, niż uczucie? To wstyd! Skarby, Poświcie! Któż je zbierał, czyja to praca, trud, starania? Albożem choć grosz dodała, i dlaczegóż mam cierpieć za to, że o kilkanaście tysięcy jestem bogatsza od pana? Co nam do ludzi! Wstyd panu?...
— Wstyd będzie, gdy ulegnę! — odparł twardo.
Wzburzyło się w niej wszystko. Oczy sypały iskry, usta drżały.
— Więc pan odrzuca mą rękę i serce dlatego, że się pan wstydzi bogactwa? Więc mamy dlatego zabić serce w piersi i odejść, jak obcy i obojętni, i nigdy się nie spotkać? Cierpieć dla nędznego względu, a żyć bez uśmiechu, osłody, bez bratniej dłoni, sami wydziedziczeni z uczuć i szczęścia? I to ma być z pana strony wielkie kochanie? Czy pan rozumie, żeś w tej chwili postawił na kartę wszystko, żeś pan mnie zranił i obraził śmiertelnie, odrzucając moją dłoń, lekceważąc uczucie? I pomyśl pan, co za gorycz zostałaby nam z życia, żeby we mnie, jak w panu, pycha była większą od miłości! Nie pomogłyby panu skarby, i darmobyś kiedy padał mi do nóg! Odtrąciłabym za odwet, dla dogodzenia fałszywej dumie! Na marne poszłoby nam wszystko, dla pychy. Pan tak czyni, daje mi przykład! Ale ja nie mam pana pychy, i zanadto mi pan drogi. Odpłacę się panu, ale inaczej! Ja wiem, że pan nie miał prawie matki i rodziny, więc cię nikt kochać nie nauczył. Nie zna pan serdecznej tęsknoty i niepokoju o miłą osobę, więc zdaje się panu możliwem przemódz uczucie, jak trud ciężki, niewczas i niewygody. Obyć się bez kochania, jak bez jadła i snu!... Ja to wiem i dlatego darowuję panu wiele, bo mi pana żal serdeczny! Serce zemści się nad panem samo: gorzko pan odboleje swą pychę i odmowę! Odrzuca mię pan, odchodzę, ale się nie zmienię! Niedługo będę czekała! Gdy panu będzie smutno i ciężko nie do zniesienia, niech pan śmiało przychodzi! Będę tak szczęśliwa i tak panu wdzięczna! Będę dopiero wiedziała, że pan mnie kocha prawdziwie! Do widzenia zatem!
Skłoniła mu się z daleka i odeszła, nucąc coś półgłosem. Była bardzo pewna wygranej, nie omyliła jej ta twarz posępna, bez żadnego pozornie wyrazu. Umiała już czytać na pamięć w niej.
Obejrzała się po chwili; szedł za nią o kilka kroków.
— A pan gdzie idzie?
— Ja... — zająknął się, nie wiedząc, co odpowiedzieć — ja tylko zobaczę, bo prąd taki wartki, wirów pełno!
— Co? Już się pan troska o mnie? Czy nie mówiłam, że tak będzie? Dziękuję panu! Coby to panu szkodziło, żebym się utopiła? Przecież jestem panu niczem: ani narzeczoną, ani żoną!
Milczał, ale nie odstępował. Stanęli nad brzegiem. Łódka kołysała się na fali, ale bez przewoźnika. Jedno wiosło leżało na dnie.
— Pani sama przypłynęła? — zawołał przerażony.
— Sama. Umiem sterować. W Ameryce zawsze prześcigałam Clarka. Niech pan wraca do domu, po tak mozolnym dniu. Do widzenia!
Zamiast odejść, zaczął odczepiać łańcuch od wierzby, łódkę przyciągnął do brzegu, podał jej rękę.
— Niech mi pan da wiosło pierwej! — zawołała.
Potrząsnął głową.
— Ja panią przewiozę! Uchowaj, Boże, wypadku! Proszę siadać!
Wskoczyła do środka, śmiejąc się uśmiechem radosnej szczęśliwości.
— I co ja pana mogę obchodzić? I co pan zrobi, jeśli mi jutro przyjdzie ochota puścić się tą łódką aż do Niemna samej? A jakżebym odjeżdżała do Ameryki, ocean większy i straszniejszy! Wieź mnie pan tymczasem, bardzom rada, uczy się pan kochać!...
Usiadła naprzeciw niego. Wiatr rozwiewał jej ciemny włos, uśmiech serdeczny i drażniący zarazem rozchylał koralowe usta, oczy mieniły się życiem, tysiącem myśli i gorącymi blaskami uczucia.
Chwilami milczała, zapatrzona w ślad wiosła, potem przesunęła wzrokiem po niebie i wybrzeżu i odetchnęła głęboko.
— Płynęłabym tak daleko i długo w pana milczącem towarzystwie! Moglibyśmy myśleć każde z osobna i nie wyszlibyśmy poza tę łupinę! Niema tu Poświcia i skarbów, ani owej złowrogiej otchłani! Niech pan nie patrzy tak ponuro! Proszę mi lepiej powiedzieć, co pan myśli w tej chwili? Pewnie pan pieśń jaką ma w pamięci, jak ja.
— Nie umiem śpiewać.
— Nauczy się pan, jak wielu innych pięknych rzeczy. Ja panu zaśpiewam, w nagrodę trudu wiosłowania.
Pochylił się nad wiosłem i podwoił szybkość. Uciec chciał rychlej od jej widoku i rozmarzającej melodyi jakiejś piosenki Gounoda[27], nuconej półgłosem, ale Dubissa sprzysięgła się, by dopił do dna czarę udręczenia. Borykała się z nim zajadle, odrzucała gwałtem od brzegu. Nareszcie, zdyszany, dobił poświckiego parku, wparł łódkę na piasek i wyskoczył, pomagając jej wysiąść.
— Dziękuje! Czy pan łódką wróci do siebie?
Łódką. Odeślę ją pani zaraz.
— Dobranoc zatem i do widzenia!
Podali sobie dłonie; zawahał się i nagle pochylił pokornie i pocałował tę rękę, którą odrzucił.
— Dziękuję pani i przepraszam! — wyszeptał głucho...
— Nie gniewam się i czekam pana.
Wskoczył do łódki i odepchnął ją na głąb.
— Wejdawutas! — zabrzmiał za nim wesoły głos.
— Słucham pani! — odparł z daleka już.
— Wracaj pan rychło!
Nie było na to żadnej odpowiedzi, tylko monotonny, głuchy plusk fal o boki czółna. Irenka patrzyła długo zamyślona.
— I niech mi kto wytłómaczy, czemu on mi milszy nad cały świat? — szepnęła do siebie, podnosząc brwi i zawracając z powrotem do domu.


Przypisy

  1. Landara — szeroki powóz.
  2. Nestor — najstarszy człowiek w pewnym zawodzie lub okolicy.
  3. Medytować — rozmyślać.
  4. 4,0 4,1 Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak przypisu u dołu strony, mimo nadanego mu numeru.
  5. Botfory — długie buty do konnej jazdy.
  6. Fular — chustka jedwabna.
  7. Anno, do ciebie moja najmilsza, ostatnia wędrówka!
    Anno! tobie służę całe me życie! (niemieckie).
  8. Spelunka — nora.
  9. Kontrast — przeciwieństwo.
  10. Profil — linia twarzy z boku.
  11. Paraliżować — unicestwiać, udaremniać.
  12. Olimpijsko — bosko (od nazwy góry Olimpu w Grecyi, która, według podań starożytnych Greków, była siedzibą bogów).
  13. Ulegalizowanie — uprawomocnienie.
  14. Machinalnie — bezwiednie.
  15. Kolosalny — olbrzymi.
  16. Pieńka — konopie.
  17. Fantazya — kaprys.
  18. Kuratela — opieka prawna.
  19. Kompletnie — zupełnie.
  20. Bilans — obrachunek roczny.
  21. Cyniczny — bezwstydny.
  22. Krezus — słynny w historyi starożytnej król Lidyi (w Azy i Mniejszej), znany ze swych niezmiernych bogactw.
  23. Desperować — rozpaczać.
  24. Ironia — złośliwość.
  25. Anachoreta — pustelnik, człowiek, wyrzekający się dóbr ziemskich i umartwiający się.
  26. Taktyka — nauka o prowadzeniu wojny.
  27. Gounod — kompozytor francuski, autor opery »Faust« i innych.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.