Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wedle podanych mi tu do przejrzenia rachunków, stracił pan podczas zarządu Skomontami dziesięć tysięcy rubli ze wspólnego funduszu, jeszcze za życia nieodżałowanej pamięci ojca pańskiego.
Tu ksiądz przerwał mowę marszałka. Wpadł zasapany, uścisnął serdecznie dłonie Marka, przyniósł mu z drugiego pokoju fotel, nalał ogromną szklanicę miodu. Ani dbał o uroczystość chwili.
Młody człowiek zgiął kark, ucałował rękę starca, ale miodu nie tknął i nie usiadł. W tej samej pozie, ze skrzyżowanemi ramiony, błądząc okiem ponad głowami zebranych, stał w blasku letniego południa i pytał spokojnie:
— Co dalej, panie marszałku?
— Dalej, przez ten rok od śmierci ojca pan intrygowałeś potajemnie, podburzałeś kupców, żeby odmawiali kredytu pani Czertwanowej, twierdząc, że nie ma prawa rządzić majątkami, że pieniądze ich przepadną. Paraliżowałeś[1] pan każdy jej krok i, korzystając z koniecznej potrzeby, wydzierałeś za bezcen po kawałku gruntu z pod stóp słabej wdowy i niedoświadczonego młodzieńca. Nie synem pan byłeś i przyjacielem, ale lichwiarzem. Wobec prawa pan miałeś słuszność, ale nigdy wobec opinii obywatelskiej. Czy takie jest i wasze zdanie, szanowni sąsiedzi?
— Zapewne, zapewne! — rozległo się chórem.
Pod tym publicznym zarzutem Marek głowy nie ugiął, oczu nie spuścił. Parę razy był słuchał z brwią ściągniętą, zadrżała mu twarz, poruszył ustami, jakby coś rzec miał, ale się pohamował.
— Czy to już koniec, panie marszałku? — zagadnął po chwili milczenia, bez żadnej zmiany tonu i postawy.
Syn marszałka oczu z niego nie spuszczał. Kto był winien, nic rozumiał, nie słyszał prawie zarzutów, sprawa była mu obca i nieznana, ale ten człowiek, tak olimpijsko[2] spokojny, działał upajająco na jego nowożytny zdenerwowany charakter. Winowajca czy ofiara, był olbrzymem w panowaniu nad sobą. O nieba całe wydawał się wyższym od tej wdowy, pożałowania godnej, za którą stała opinia, i od młodzieńca, bronionego głosem ogółu, który, rozwalony na kanapie, uśmiechał się zuchwale.

— Daleko do końca — odpowiedział marszałek. — Pozostają dwa najcięższe zarzuty. Przez ten rok, pomimo próśb i nalegań, nie zgodziłeś się pan na prawomocne ulegalizowanie[3] działu, jaki ustnie zostawił nieboszczyk pan

  1. Paraliżować — unicestwiać, udaremniać.
  2. Olimpijsko — bosko (od nazwy góry Olimpu w Grecyi, która, według podań starożytnych Greków, była siedzibą bogów).
  3. Ulegalizowanie — uprawomocnienie.