Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/195

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Ziemię sprzedawać ciężki grzech! — zamruczał młody Olechnowicz.
    — A próżniactwem i zbytkiem jej nie utrzymać wstyd! — dodał starszy.
    Tu marszałek podniósł oczy i rzucił pani Czertwanowej piorunujące spojrzenie, zebrał jej papiery i odsunął niechętnie.
    Zapanowało przygnębiające milczenie, przerywane popłakiwaniem wdowy i sapaniem księdza. Sędziowie nie wiedzieli, co dalej robić. Woleliby znaleźć się pod ziemią, niż wobec hardej, a spokojnej postawy młodego olbrzyma, którego głos zabrzmiał po dawnemu już, głucho i posępnie:
    — Proszę o wyrok, panie marszałku!
    Spojrzeli po sobie pytająco; nareszcie stary Rymwid przybliżył się do niego i, kładąc rękę na ramieniu, rzekł z łekkim uśmiechem:
    — Młody człowieku! Wnuki mam takie, jak ty, i jechałem z silnem postanowieniem zmycia ci głowy po ojcowsku! No, tymczasem wynik taki, że przyjdzie nam ciebie przeprosić. Trudna rada, przepraszam, ale doprawdy, sam sobie tej biedy napytałeś. Grzech było ludzi unikać i nie dać się wcześniej poznać. Siwej głowie wstyd przepraszać młodego, ale pomimo to rad jestem, że ciebie poznałem! No, daj swą zapracowaną rękę i nie patrz tak dziko. Przyślę do ciebie mych chłopców na naukę, a mnie, starego, sam pamiętaj odwiedzić! No, zgoda!
    Marek w milczeniu głęboko się skłonił przed starcem.
    — Ja swej czarnej gałki nie rzucałem! — dodał Illinicz. — Ma pan we mnie zawsze szczerego przyjaciela!
    — My jechaliśmy, nie wiedząc, o co chodzi! — zawołali jednym głosem Olechnowicze.
    Marszałek siedział, jak na węglach. On jeden nie miał nic na swoje wytłómaczenie, bo on oskarżał surowo, bezwzględnie. Nigdy przodowanie obywatelstwu nie wydało mu się bardziej opłakaną rolą, jak w tej chwili.
    Rozejrzał raz jeszcze papiery, pomyślał i ozwał się, zwracając do całego grona:

    — Szanowni sąsiedzi! Nie przeczę, że fałszywie przedstawiono mi sprawę, a nie znałem zupełnie strony obwinionej. Bardzo mi przykro. Ale przez ciąg długiego życia stokrotnie się przekonałem, że niema na świecie człowieka kompletnie winnego i kompletnie[1] niewinnego. Usterki być muszą w najszlachetniejszym charakterze i dobre strony w najlichszym. Przeto proponuję, aby w sprawie tej rodzinnej wydać następujący wyrok. Dział się odkłada na rok od dzisiejszej daty. Przez ten czas pan Marek zostawi

    1. Kompletnie — zupełnie.