Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/190

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    łeś ze zgrają Żydów szalbierzy i rzuciłeś bez wahania uczciwe nazwisko na łup adwokackich języków i wstrętnych ścian sądowych! To było już niegodziwe!
    Zdyszany, drgający oburzeniem szept wpadł w uszy Markowe, zaraz po zakończeniu mówcy:
    — I pan milczy? I pan znosi? Co panu? To ohydne! Tego wytrzymać nie można! Mów pan teraz, choć raz w życiu! Pan wie, że ja pana szanuję, i pan pozwala spokojnie, że ja tego słuchać muszę? To nie do zniesienia, to boli, szarpie, rani, zabija! Mów pan, bo ja sama wystąpię i po amerykańsku odpowiem za pana!
    Z za fasoli i powojów strzeliły, jak ogień, gorące oczy, i brwi ściągnięte kurczowo, i usta rozchylone wzruszeniem, z za których błyskały białe ząbki, ostre, jakby kąsać chciały i bronić tego skrzywdzonego.
    Zaraźliwe było to spojrzenie i namiętne słowa młodych ust. Powoli, jak pożar, obejmowały rys po rysie nieruchomą twarz stojącego. Wypędzały mu z serca całą krew do czoła, rozpalały dzikim żarem mroczną powierzchnię siwych oczu, wydzierały gwałtem z duszy na usta potok gwałtownych słów, podnosiły wzburzoną falą spokojną pierś. Zatrząsł się, odstąpił o krok, machinalnie[1] sięgnął w zanadrze kurty, myślał, że mu pęknie klatka piersiowa od tego, co tam zahuczało nagle oceanem zranionych uczuć, sponiewieranej pracy, potarganych myśli i pragnień.
    — A zatem to koniec, panie marszałku? Nie znajdziecie nic więcej? powiedzieliście wszystko? Panowie ci, sędziowie, słyszeli dosyć. Słyszeli, żem złodziej, intrygant, szalbierz, bezprawnik i nikczemnik nareszcie! To dosyć! Niema więcej win na świecie, i niema człowieka, coby je wszystkie ż sobą nosił. Tylko ja! Tylko ja!.,.
    Ale nikt nie słyszał mego głosu i nikt nie wie skad, jaką drogą doszedłem aż tu, na ten najwyższy sąd szlachecki, co mi teraz zabiera sławę, i cześć, i nazwisko uczciwego człowieka.
    Z daleka ja tu przyszedłem i z dawna! Lat siedmnaście miałem, gdy ze szkół wziął mnie obowiązek; nie pytano, czy chęć mam i siły, kazano pracować głową, dłonią, wszystkiem. Ot tu, na tym papierze, mam ręką ojcowską podpisany spis tego, co mi zdano na ręce, i ot tu, na drugim, takiż spis, sporządzony po śmierci ojca, podpisany przez matkę i księdza proboszcza!

    Nie dziesięć tysięcy ukradłem, ale więcej, o więcej! Kradłem ziemię tę szarą na nauki siostry i brata, na podróże matki, i wydzierałem przemocą grosz krwawy do kutej szkatułki na posagi im!

    1. Machinalnie — bezwiednie.