Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W parku wziął ją znowu na ręce. We dworze nie spano. Sawgard ze służbą płakali w oficynie, po dziedzińcu snuli się ludzie, wzburzeni wypadkiem. Raptem, wśród tych szeptów, głuchej nocy i snujących się postaci, zabrzmiał, jak trąba archanielska, donośny głos Czertwana:
— Ludzie! Otworzyć dom! Gdzie Sawgard!
— Jezu Nazareński! Panienka!... — zawrzeszczał dzikim głosem pierwszy, co się zbliżył.
Powstał zgiełk nie do opisania. Zawrzało, jak w kotle. Potracili wszyscy głowy. Filemon biegał, jak młody, Sawgard to śmiał się, to szlochał.
Krzyżowały się tysiące zapytań, opowiadań, rad, wykrzykników. Znosił każdy jadło, napoje, drzewo do komina, bandaże, szarpie, cudowne odwary, a wśród tego Irenka się śmiała uszczęśliwiona, wzruszona tą troskliwością, a Marek patrzył w nią, jak w słońce, i promieniał.
— Na to zwichnięcie nikt nie pomoże bez mojej ciotki — rzekł wreszcie. — Niech Justka ułoży panienkę, a ja pobiegnę do domu i ciotkę przyślę.
— Chwilę jeszcze — zaprotestowała Irenka. — Założą konie dla pana, a tymczasem spożyjemy we dwoje swą zaręczynową ucztę...
W pół godziny potem pędził Marek, co koń wyskoczy, na plebanię.
I tam czuwano jeszcze, bo się zaczynano o niego niepokoić i Rymko właśnie z Grenisem mieli iść na poszukiwania.
Wpadł do stancyi, jak burza.
— Dobry wieczór! — pozdrowił wesoło.
Struchleli. Na myśl im przyszło, że oszalał.
— Żyje panna Orwidówna! — zawołał, chyląc im się do rąk.
— Matko cudowna! — krzyknął Ragis, wytrzeszczając oczy — a ty ją gdzie wynalazłeś? I poco my się tyle nagryźli?..
— W lochy wpadła przypadkiem, tam, w jeżynowym gąszczu.
— To wszystko tak z łakomstwa. Ma się rozumieć: Chciało się Zosi jagódek! A tu jegomość o mszy żałobnej rozmyślał!... Skaranie Boże z dziećmi i kobie tami!...
— Chwała cudownej Panience! — rzekła panna Aneta — a czy zdrowa biedaczka? Tyle godzin strachu o głodzie i chłodzie!
— Nogę zwichnęła, padając w kurytarzu.
Panna Aneta, nie słuchając dalej, podreptała do krzesła, gdzie leżała jej jubka watowana. Marek szedł za nią, nie rozumiejąc, czego szuka.