Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jesień to żniwo dla ludzi pracowitych, gorący czas dla handlarzy, a on był jednym i drugim.
Rozliczne interesy przerzucały go z końca w koniec powiatu. Widziano go rzadko w domu, ale wiedziano, że skupił olbrzymią partyę bydła, że wziął w dzierżawę jeszcze sześć innych młynów i ogarnął cały handel mąką, że kontraktował zboże po okolicznych dworach. Wiedziano, że systemem[1] jego była współka, i w każdym z tych interesów brał do pomocy i do połowy jednego lub dwóch towarzyszów. Najczęściej Downar młody był wybrańcem; zastąpił miejsce Łukasza Grala i szedł w ślad Marka posłuszny, sprawny, wierzący ślepo.
Od niego wiedział zaścianek o obrotach Czertwana i dziwił się, a ujrzawszy go, kłaniał się nizko. Był im przykładem, chlubą i bodźcem!
Pod jesień rozeszła się wieść, że Marek ma kontraktować konopie. Żydzi chcieli go uprzedzić, odsprzedać mu od siebie z zarobkiem, ale trafili na opór wsi i szlacheckich sadyb. Żmujdzini odpowiadali ne suprantu na wszelkie propozycye. Czekali Marka.
Zabrawszy z dworów zboże i bydło, zajechał i do chat jego wóz drabiniasty i zagarnął też sobie ten wielki produkt żmujdzkiej ziemi.
Sypały się pieniądze do nicianych sakiewek i szmat, ukrytych w głębi kuferków, i znów obliczali próżniacy z zawiścią, że trud tych targów i umów opłaci się tysiącami, a Downar rozradowany spoglądał na Ejnę i Dubissę i marzył, jak z wiosną popędzi do Niemna i morza ładownych barek długi sznur.
I znowu po paru tygodniach nieobecności zawitał Marek do zagrody.
Pomimo kolosalnych[2] sił, te dwa miesiące bezustannej wędrówki i niewygód odbiły się na nim. Sczerniał i schudł, oczy wpadły jeszcze głębiej i zaogniły się od czuwania. Usta miał spalone, na czole brózd kilka więcej, w całej postawie okropne wyczerpanie.
W braku chaty sypiali w stodole, więc mu Ragis usłał wiązkę wonnego siana, ciotka przemocą zadała, choć się nie skarżył, jakiegoś cudownego biedrzeńcu, i układli go do snu, nakazując spocząć i nie pracować choć tydzień.
Już piały pierwsze kury, gdy zbudził starego szelest siana obok.
— A co ty, synku, nie śpisz? — zagadnął.
— Nie, ojcze, jakoś sen nie bierze...
— A tobie co? Czy cię co trapi?

— Co mnie ma trapić?...

  1. System — sposób działania.
  2. Kolosalny — olbrzymi.