Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jestem! Co trzeba? — odparł wezwany, rzucajac siekierę i podchodząc.
— Nie spotkał pan naszej panienki dzisiaj?
— Nie! Co się stało?
— Coś złego, panie! Jak sobie wyszła z domu rano, tak dotąd niema!
— Gdzie poszła?
— Nikt nie wie! Łódki nie znaleźli na brzegu, ale może ją fala gdzie poniosła. Rozesłałem konnych po folwarkach, a sam przybiegłem po pana...
Marek obejrzał się na wszystkie strony, jak błędny, i oniemiał na chwilę, dygocąc całem ciałem; potem, nie pytając o nic więcej, jak stał, wypadł za wrota.
— A coby jej się przytrafić miało? — zawołał Ragis — taka dzielna dziewczyna! Toż tu opryszków niema, każdy by ją na ręku odniósł, a i zbłądzić nie sposób! Jednakowoż i ja pójdę szukać!
— I my z wami! — krzyknęli chłopi z Poświcia — uchowaj, Boże, czego na naszą panienkę!
Rzucili się gromadą za Sawgardem; Ragis pokulał na końcu. Odwołała go panna Aneta.
— Da Bóg, wszystko się dobrze skończy, ale nasz chłopak poleciał z tej żałości nieprzytomny. Weźcie mu, dobrodzieju, kurtkę i czapkę i pocieszcie trochę. I jabym poszła z wami, ale sił niema. Powiedzcie mu, żeby nie desperował daremnie. Biednyż on, biedny!
— Powiem, powiem, ale czy złapię go z moja kociubą? — zamruczał stary, oddalajac się tak szybko, jak tylko mógł.
Nikt nie dogonił Marka. Pędziła go silniejsza moc, niż życzliwość służby i chłopów, niż przyjazny żal Ragisa. Dobiegł pierwszy Poświcia. Dwór cały był poruszony, wylękły; zewsząd wyglądały strapione twarze. Daremnie przeszukiwano folwarki i drogi, Irenka Orwidówna zginęła bez wieści.
Jak widmo rozpaczy, wpadł Marek bez czapki i surduta; nie potrzebował słuchać sprawozdania, nieszczęście i groza patrzała z oczu wszystkich.
Nie zatrzymał się nawet.
— Światła i za mną! — rozkazał i pobiegł przodem nad rzekę.
Kilkanaście smolnych drzazg i latarni oświetliło po chwili kawał wybrzeża, gdzie zwykle stała łódka pałacowa. Nie było jej na miejscu.
Marek, świecąc sobie głownią zapaloną, jął szukać śladów. Mieszało się ich tam kilkanaście, snadż ludzi, którzy tu szukali niedawno. Wśród nich dojrzał, cudem chyba, znak drobnej stopy, elegancko obutej: szła w kierunku rzeki.