Człowiek niewidzialny (Wells)/Rozdział XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Człowiek niewidzialny
Wydawca Biesiada Literacka
Data wydania 1912
Druk Synowie St. Niemiry
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. The Invisible Man
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXIII.
W Drury Lane.

— Zaczynasz obecnie zapewne pojmować — opowiadał w dalszym ciągu Człowiek Niewidzialny — całą fatalność mego położenia. Nie miałem schronienia, ani okrycia, a zdobyć ubranie, to znaczyło pozbawić się wszystkich korzyści mego wynalazku, uczynić z siebie rzecz dziwną i straszną. Pościłem, ponieważ jeść, czyli napełniać się niezasymilowanym pokarmem, naraziłoby mnie także na zdradzenie się w najprostszy sposób.
— Nie pomyślałem o tem. Nie przyszło mi to na myśl — rzekł Kemp.
— Ani mnie też. Śnieg ostrzegł mnie o innych niebezpieczeństwach. Nie mogłem przecie wychodzić na ulicę w czasie śnieżycy, śnieg bowiem byłby osiadał na mojej skórze, zdradzając mnie w ten sposób. Deszcz byłby też nadał mi pewien widzialny zarys, błyszczącą wodną powierzchnię w kształcie człowieka, poprostu wyglądałbym, jak bańka wodna. A mgła, — w tej wyglądałbym jak bledsza bańka, ale zawsze bańka. Co więcej, wszedłszy i znalazłszy się w londyńskiej atmosferze, zacząłem zbierać błoto wokoło kostek, a sadzę i pył na skórze. Nie wiedziałem, jak długo trzeba będzie czekać na to, aby z tej przyczyny także stać się widzialnym, ale domyśliłem się, że to wieki nie potrwa.
— Oczywiście — potwierdził Kemp.
— Udałem się w okolicę ubogą ku Great Portland Street i znalazłem się na końcu ulicy, którą niegdyś zamieszkiwałem. Nie poszedłem w tę stronę z powodu tłumu, który się zbierał ciągle jeszcze i gapił na dymiące resztki podpalonego przeze mnie domu. Najważniejszą moją potrzebą było ubranie. Wtedy to, w jednym z tych małych sklepików z rozmaitemi towarami, ujrzałem szereg masek i nosów i przypomniałem sobie myśl, jaka mi przyszła do głowy w magazynie „Omnium“. Zwróciłem się więc, już nie bez celu i poszedłem wkoło, dla uniknięcia ruchliwych ulic, ku uliczkom, położonym po za Strandem. Wprawdzie niezbyt wyraźnie, przypominałem sobie jednak, że w tej to dzielnicy znajdują się sklepy handlarzy kostyumami teatralnemi.
Dzień był zimny, a przez ulice, ku północy biegnące, wiał szczypiący wiatr. Szedłem szybko w obawie, by nie zostać schwytanym. Każde przejście przez skrzyżowanie się ulic groziło niebezpieczeństwem, każdy przechodzień wymagał bacznej uwagi. Gdym na rogu ulicy Bedford Street miał minąć jakiegoś przechodnia, tenże zwrócił się nagle i wpadł na mnie, spychając mnie na ulicę, niemal pod koła przejeżdżającego fiakra. Spotkanie to tak mnie mocno zdenerwowało, że udałem się na Covent Garden Market i siedziałem tam przez czas jakiś w spokojnym zaułku przy straganie z fiołkami, wkrótce jednak musiałem się wynieść stamtąd, aby kichaniem nie zwrócić na siebie uwagi.
Nakoniec osiągnąłem cel swego poszukiwania, to znaczy mały kramik w bocznej uliczce koło Drury Lane, w którego oknie było pełno szychowych kostyumów, fałszywych kamieni, peruk, pantofli, domin, oraz fotografij teatralnych. Był to stary sklep, nizki i ciemny, a nad nim wznosił się czteropiętrowy, czarny i ponury dom. Zajrzałem przez okno, a nie widząc nikogo, wszedłem do wnętrza. Otwarcie drzwi wprawiło w ruch dzwonek alarmowy. Zostawiłem drzwi otwarte i przeszedłszy puste mieszkanie, ukryłem się po za stojącem, Wysokiem lustrem. Przez czas jakiś nikt się nie pokazywał. Potem usłyszałem ciężkie kroki i jakiś mężczyzna zjawił się w sklepie.
Plan mój był obecnie zupełnie jasny. Postanowiłem wejść do domu, schować się gdzieś na górze, czekać na sposobność, a gdy się wszystko już uspokoi, splondrować skład, zdobyć sobie perukę, maskę, okulary i kostyum, a potem puścić się w świat jako figura groteskowa być może, ale ostatecznie całkiem dla oczu ludzkich znośna. Przy sposobności mogłem oczywiście ograbić dom ten i z podręcznej gotówki.
Mężczyzna, który wszedł do sklepiku, był człowiekiem nizkim, nieco garbatym, o krzaczastych brwiach, długich ramionach i krótkich, kabłąkowatych nogach. Wyraźnie przerwałem mu spożywanie śniadania. Obejrzał się dokoła z wyrazem oczekiwania. Potem nastąpiło zdumienie, a wreszcie gniew na widok pustego sklepu.
— Niech licho weźmie tych łobuzów! — mruknął.
Następnie wyszedł dla przepatrzenia w różnych kierunkach ulicy. Po chwili wrócił, zatrzasnął drzwi nogą ze złości i mrucząc coś pod nosem, udał się tam, skąd przyszedł.
Natychmiast ruszyłem za nim, ale na szmer moich kroków zatrzymał się. Uczyniłem to samo, zdumiony bystrością jego słuchu. Trzasnął mi drzwiami od mieszkania przed nosem.
Teraz zawahałem się. Nagle usłyszałem, że wraca i istotnie drzwi otworzyły się znowo. Oglądał się dokoła po sklepie, jak człowiek niezadowolony i niespokojny. Potem, mrucząc pod nosem, zajrzał za kantorek. Przez chwilę stał, pełen wątpliwości. Zostawił drzwi od mieszkania otwarte, co dało mi możność wsunięcia się do środka.
Był to mały, dziwaczny pokój, licho umeblowany, w kącie leżał stos różnych masek. Na stole stało śniadanie właściciela i powiadam ci, Kempie, że bardzo ciężko było mi widzieć go, pijącego kawę, której zapach drażnił moje powonienie. Sposób jego zachowania się przy stole był także drażniący. Do małego pokoju prowadziło troje drzwi, jedne na górę, drugie na dół, ale w danej chwili wszystkie były pozamykane. Nie mogłem się wydostać z pokoju, dopóki on się w nim znajdował; ledwie śmiałem się poruszyć z powodu jego czujności. Dwa razy stłumiłem w sam czas kichnięcie.
Jakkolwiek miałem się na co gapić, to jednak uczułem się serdecznie znużony i zły oczekując na skończenie przez niego posiłku. Wreszcie przestał jeść i postawiwszy swe nędzne, gliniane garnki na czarnej, blaszanej tacy, na której umieścił też imbryk z herbatą, zebrawszy wszystkie okruszyny z poplamionego musztardą obrusa, zabrał całą zastawę z sobą. To przeszkodziło mu zamknąć za sobą drzwi, co byłby niezawodnie uczynił. Nigdy jeszcze nie widziałem nikogo, coby tak zawzięcie drzwi za sobą zamykał. Udałem się za nim do bardzo brudnej, podziemnej kuchni. Miałem przyjemność widzieć go, gdy zaczynał zmywać owe garnki, poczem, przyszedłszy do przekonania, iż niedobrze jest dla mnie pozostawać na dole, czując przytem zimno, mrożące mi stopy od ceglanej podłogi, powróciłem na górę i zasiadłem w jego krześle przy ogniu. Ogień palił się niezbyt obficie, to też, niewiele myśląc, nałożyłem nieco węgla. Szmer i rumor sprowadził natychmiast sklepikarza; stanął przede mną w swej całej okazałości. Nawet po przeprowadzenia nowego śledztwa, jeszcze nie był zadowolony. Rozglądał się po całym pokoju i omal nie dotknął mnie. Zatrzymał się w drzwiach i jeszcze raz się rozejrzał przed zejściem w dół.
Czekanie w małym saloniku wydało mi się wiekiem, ale wkońcu nadszedł i otworzył drzwi, prowadzące na górę. Wśliznąłem się tuż za nim.
Na schodach zatrzymał się nagle tak, że o mało nie utknąłem na niego. Spojrzał wstecz i patrzył prosto w moją twarz, nasłuchując. — Mógłbym przysiądz — powiedział. Długą, owłosioną ręką pociągnął za dolną wargę, okiem przebiegał schody w dół i w górę. Potem mruknął i zaczął znowu wchodzie na górę.
Dłoń jego spoczęła na klamce drzwi, ale tutaj wstrzymał się znowu z tym samym wyrazem gniewu i pomieszania na twarzy. Zaczynał chwytać delikatnie szmery moich kroków. Musiał mieć chyba dyabelne ostry słuch. Nagle wybuchnął gniewem:
— Jeżeli ktokolwiek jest w tym domu... — zawołał z klątwą i nie dokończył groźby.
Wsunął rękę w kieszeń, a nie znalazłszy tego, czego szukał i przesunąwszy się koło mnie, zbiegł w dół, potykając się i odgrażając. Ale już nie udałem się za nim, usiadłem u szczytu schodów, czekając na jego powrót.
Wkrótce zjawił się znowu, ciągle jeszcze mrucząc. Otworzył drzwi pokoju i zanim mogłem wejść przez nie, zatrzasnął mi je przed nosem.
Postanowiłem zbadać dom i spędziłem czas jakiś na tem zajęciu możliwie najciszej. Dom był bardzo stary i zruinowany, wilgotny tak, że tapety odpadały od ścian, a za niemi gościły szczury. Większość klamek była nieruchoma, a ja obawiałem się naciskać je. Kilka izb było pustych, inne zaś natłoczone teatralnemi gratami, kupionemi z drugiej ręki, jak można było wnioskować. W pokoju, sąsiadującym z jego pokojem, znalazłem mnóstwo starego ubrania. Zacząłem grzebać się wśród tych rupieci, a w gorliwości swej zapomniałem całkowicie o ostrości jego słuchu. Usłyszałem ciche kroki i podniósłszy w górę głowę, spostrzegłem go, zazierającego poprzez kupę ubrań ze starym rewolwerem w ręce. Stałem zupełnie cicho, kiedy on rozglądał się z otwartemi ustami i z wyrazem podejrzenia.
— To musiała być ona — powiedział powoli. — Bodaj ją licho!
Zamknął drzwi spokojnie, a bezpośrednio potem usłyszałem, jak się klucz obrócił w zamku. Kroki jego oddaliły się. Spostrzegłszy tedy, że jestem zamknięty, przez chwilę nie wiedziałem, co począć. Chodziłem od okna do drzwi i z powrotem, wreszcie stanąłem wzburzony. Napadł mnie paroksyzm gniewu. Ale przed zrobieniem jakiego kroku, postanowiłem zbadać ubranie; pierwsza moja próba sprawiła, że cały tłomok zleciał na podłogę. To sprowadziło znowu gospodarza z miną jeszcze bardziej niż przedtem ponurą. Tym razem faktycznie dotknął mnie, odskoczył ze zdumieniem i stanął na samym środku pokoju.
Wkrótce uspokoił się nieco.
— Szczury — rzekł półgłosem, z palcami na ustach.
Wysunąłem się chyłkiem z pokoju, ale jakaś deska skrzypnęła. Wtedy ten wcielony szatan zaczął chodzić po całym domu z rewolwerem w ręce, zamykając za sobą wszystkie drzwi i pakując klucze do kieszeni. Kiedy wreszcie zrozumiałem, co czyni, ogarnął mnie szalony gniew... ledwie mogłem zapanować nad sobą, aby doczekać spokojnej chwili. Tymczasem przekonałem się, że mój gospodarz zamieszkuje sam cały dom, to też nie robiłem sobie już z nim więcej ceremonii, lecz po prostu gwiznąłem go w łeb.
— Wyrznąłeś go w łeb? — zawołał Kemp.
— Tak... ogłuszyłem go... w chwili, kiedy szedł na dół. Gwiznąłem go z tyłu stołkiem, który właśnie nawinął mi się pod rękę. Stoczył się w dół, jak worek starych butów.
— Ależ... jakże to!
— Musiałem się wydostać koniecznie z domu przebrany i tak, aby on mnie nie widział. Nie miałem innego sposobu. Potem zakneblowałem mu usta jakąś kamizelką z czasów Ludwika XIV i zawiązałem go w prześcieradło.
— Zawiązałeś go w prześcieradło?!
— Tak, uczyniwszy z niego rodzaj worka. Była to dobra myśl trzymać tego idyotę w stanie przerażenia i zupełnego spokoju, a potem wydostać się ze stryczka, w jakim szyja moja już poniekąd tkwiła. Mój drogi Kempie, niema sensu, żebyś gapił się na mnie tak, jak gdybym popełnił morderstwo. Wszakże on posiadał rewolwer. Gdyby mnie dojrzał, byłby przecie mógł urządzić mnie...
— Ależ — protestował Kemp — w Anglii... i w dzisiejszych czasach. A wszakże człowiek ów znajdował się we własnym domu, ty zaś poprostu rabowałeś go!
— Rabowałem! Niech dyabli wezmą! Jeszcze gotów jesteś nazwać mnie złodziejem. Jestem pewien, Kempie, że masz za wiele rozumu na to, aby dąć w stare dudki. Czy nie możesz pojąć mojego położenia?
— A i jego położenie także!
Człowiek Niewidzialny powstał energicznie.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
Twarz Kempa nabrała nieco twardego wyrazu. Już miał coś powiedzieć, ale się powstrzymał.
Zdaje mi się — rzekł z nagłą zmianą tonu — że musiałeś tak postąpić. Znajdowałeś się w kłopotliwem położeniu. Ale mimo to...
— Oczywiście, że znajdowałem się w kłopotliwem położeniu... w dyabelnie przykrem położeniu! A i on także doprowadził mnie do wściekłości tem polowaniem na mnie po całym domu, popisywaniem się rewolwerem, zamykaniem i otwieraniem drzwi. Po prostu doprowadził mnie do rozpaczy. Chyba nie ganisz mnie, co? Czy mnie ganisz?
— Nigdy nie mam zwyczaju ganić nikogo — odparł Kemp. — Cóż więc uczyniłeś w dalszym ciągu?
— Byłem głodny. Na dole znalazłem bochenek chleba i nieco starego sera... więcej niż trzeba było do zaspokojenia mojego głodu. Napiłem się trochę wody z koniakiem, potem minąłem swój zaimprowizowany tłomok... leżał on całkiem swobodnie... i udałem się do pokoju ze starem ubraniem. Okna tego pokoju wychodziły na ulicę, a dwie koronkowe firanki, popielate od kurzu, zasłaniały je. Poszedłem i wyjrzałem przez szpary. Na dworze był już biały dzień... olśniewająco biały przez kontrast z cieniami ponurego domu. Na ulicy panował już żywy ruch... jechały wozy z owocami, rybami i pudłami. Z olśnionemi oczami zwróciłem się ku szaragom. Podniecenie ustępowało miejsca jasnemu wyobrażeniu mego położenia. Cały pokój wypełniał lekki zapach benzoliny, używanej prawdopodobnie do czyszczenia ubrania.
Rozpocząłem systematyczne poszukiwanie rzeczy. Mogłem teraz wnioskować, że garbusek musiał już od jakiegoś czasu pozostawać w całym domu zupełnie sam. Była to ciekawa osobistość... Wszystko to, co mogło mi się ewentualnie przydać, zgromadziłem w jednym pokoju, a potem zacząłem wybierać. Znalazłem też torebkę ręczną, którą uważałem za dobry nabytek, wreszcie nieco pudru, różu i plasterek.
Przyszło mi na myśl pomalowanie i popudrowawanie twarzy, aby się stać widzialnym, ale niewygoda tkwiła w tem, że dla ponownego zniknięcia byłbym potrzebował terpentyny, oraz innych przyborów, a przedewszystkiem bardzo wiele czasu. Wkońcu wybrałem sobie nos niezłego typu, czarne szkła, siwawe bokobrody i perukę. Nie byłem w stanie znaleźć bielizny, ale tę dałoby się nabyć później, a tymczasem owinąłem się w perkalowe domino i białe, kaszmirowe szarfy. Nie mogłem znaleźć skarpetek, ale trzewiki garbusa jakoś pasowały i dałem sobie nieźle z tem radę. W biurku, w sklepie, znalazło się nieco grosza, a w kredensie upolowałem nieco złota. Mogłem znowu ruszyć w świat, jako tako zaopatrzony.
Wtedy zrodziło się we mnie pewne zwątpienie. Czy istotnie wyglądam możliwie? Przejrzałem się w małem zwierciadle w sypialni, badając się ze wszystkich stron, w celu dojrzenia jakiejś zapomnianej szparki, ale nie mogłem odkryć nic podejrzanego. Wyglądałem niezwykle, można powiedzieć teatralnie... typowy skąpiec sceniczny... ale w każdym razie nie przedstawiałem fizycznego nieprawdopodobieństwa. Zaczerpnąwszy stąd otuchy, zniosłem lustro na dół, zapuściłem rolety sklepowe i obejrzałem się raz jeszcze przy pomocy wielkiego stojącego lustra.
Kilka minut zeszło mi na zbieraniu odwagi, po upływie których otworzyłem drzwi sklepu i wyszedłem na ulicę, pozwalając małemu człowieczkowi wydobyć się z prześcieradła, kiedy mu się będzie podobało. W pięć minut pomiędzy mną a składem przyborów teatralnych leżało już kilkanaście zakrętów w różne strony. Nikt bowiem nie zwrócił na mnie zanadto bacznej uwagi. Zdawało się, iż ostatnia moja trudność zostało pokonana.
Urwał znowu.
— I nie troszczyłeś się więcej o garbuska? — spytał Kemp.
— Oczywiście, że nie — odparł Człowiek Niewidzialny. — Nawet nie słyszałem do tej pory, co się z nim stało. Przypuszczam, że rozwiązał się lub uwolnił przy pomocy nóg. Węzły jednak były dosyć mocno zaciśnięte.
Umilkł, podszedł do okna i wyjrzał przez nie.
— Cóż się stało, gdyś się znowu znalazł na Strandzie?
— Och! spotkało mnie rozczarowanie. Zdawało mi się, iż kłopoty moje skończyły się. Sądziłem, że praktycznie posiadałem możność bezkarnie czynienia wszystkiego, co mi się żywnie podoba... z wyjątkiem zdradzenia swego sekretu. Nic mnie nie obchodziło, co robię i jakie mogą być z tego następstwa. Na wszystko lekarstwem było odrzucenie na bok ubrania i zniknięcie w każdej chwili. Nikt nie byłby w stanie pochwycić mnie. Mogłem czerpać pieniądze skąd mi się żywnie podobało. Postanowiłem zafundować sobie wspaniałą ucztę, a potem zatrzymać się w dobrym hotelu i zgromadzić zapasy na przyszłość. Czułem się zdumiewająco pewny siebie; niebardzo przyjemnie mi przypominać teraz, że trzeba było na to być osłem. Wszedłem do jakiegoś zakładu i już zacząłem zamawiać śniadanie, gdy przyszło mi na myśl, iż niepodobna mi będzie jeść bez wystawienia na widok publiczny swojej niewidzialnej twarzy. Natychmiast zaniechałem tego zamiaru, oświadczyłem kelnerowi, że powrócę za dziesięć minut i wyszedłem zdesperowany. Nie wiem, czy doznałeś kiedy zawodu w chwili silnego głodu?
— Nigdy w tak wysokim stopniu — rzekł Kemp — ale nie trudno mi wyobrazić sobie taki stan.
— Miałem chęć rozbijać wszystkich. W końcu, omdlewający z głodu, udałem się do innego zakładu i zażądałem oddzielnego pokoju. Jestem nieco zeszpecony — powiedziałem. Patrzyli na mnie z ciekawością, ale oczywiście nie mogło ich to nic obchodzić... Nareszcie mogłem zjeść śniadanie. Niebardzo było ono starannie podane, ale ostatecznie wystarczyło, a kiedy wreszcie nasyciłem się, zapaliłem cygaro i zacząłem układać plany dalszej akcyi. Na dworze szalała zamieć śnieżna.
Im więcej rozmyślałem, Kempie, tem więcej przekonywałem się, jak bezradnym jest Człowiek Niewidzialny... zwłaszcza w zimnym klimacie i w ludnem, cywilizowanem mieście. Zanim przekonałem się o tem, śniłem o tysiącu miłych wydarzeń. Tymczasem tego południa wszystko przedstawiło się z odwrotnej strony. Przeszedłem w myśli przedmioty, uważane przez człowieka za pożądane. Niewątpliwie niewidzialność umożliwiała nabycie ich, ale za to uniemożliwiała używania ich po uzyskaniu.
— Ale jakimże sposobem dostałeś się do Iping? — spytał Kemp, w chęci zniewolenia gościa do nieustannego mówienia.
— Udałem się tam w celu dalszej pracy. Miałem pewną nadzieję. Był to jednakże tylko projekt pomysłu. Żywię go do tej pory. Obecnie jednak jest to już idea kompletnie dojrzała. Sposób wrócenia do pierwotnego stanu. Sposób odrobienia tego, co zrobiłem. I to wtedy, kiedy mi się będzie tak podobało. Gdy wreszcie dokonam wszystkiego, mam zamiar działać niewidzialnie. I oto rzecz, o której pragnę obecnie głównie z tobą pogadać.
— Udałeś się wprost do Iping?
— Tak. Potrzebowałem tylko odzyskać trzy tomy notatek, książkę z czekami, rzeczy i ubranie, zamówić pewną ilość chemikalij, aby wypracować i urzeczywistnić tę moją ideę... Obliczenia pokażę ci zaraz po odzyskaniu książek... I wtedy zacząłem na nowo. Przypominam sobie obecnie tę burzę śnieżną i tę trudność, z jaką udawało mi się uchronić mój kartonowy nos od rozmoknięcia...
— W końcu — powiedział Kemp — przedwczoraj, gdy cię odkryto, ty... o ile można sądzić z pism...
— Tak, istotnie, dopuściłem się przestępstwa. Czy zabiłem tego durnia, konstabla?
— Nie — powiedział Kemp — spodziewają się, że przyjdzie do siebie.
— No, to już jego szczęście. Całkowicie straciłem moc panowania nad sobą. Czemu bowiem ci głupcy nie pozostawili mnie w spokoju? A ten błazen sklepikarz?
— I temu śmierć nie grozi — odparł Kemp.
— Nie wiem nic, co się dzieje z tym moim włóczęgą — powiedział Człowiek Niewidzialny z niemiłym śmiechem. — Doprawdy, Kempie, tacy ludzie, jak ty, nie wiedzą, co to szał!... Pracowałem długie lata, planowałem i knułem, a potem jakiś wścibski i krótkowzroczny idyota włazi mi w drogę!... Jeżeli jeszcze dalej tak pójdzie, to poprostu oszaleję... i zacznę usuwać ich z drogi przemocą. Już i tak okoliczności pogorszyły całą sprawę!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Herbert George Wells.