Strona:PL Wells - Człowiek niewidzialny.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Twarz Kempa nabrała nieco twardego wyrazu. Już miał coś powiedzieć, ale się powstrzymał.
Zdaje mi się — rzekł z nagłą zmianą tonu — że musiałeś tak postąpić. Znajdowałeś się w kłopotliwem położeniu. Ale mimo to...
— Oczywiście, że znajdowałem się w kłopotliwem położeniu... w dyabelnie przykrem położeniu! A i on także doprowadził mnie do wściekłości tem polowaniem na mnie po całym domu, popisywaniem się rewolwerem, zamykaniem i otwieraniem drzwi. Po prostu doprowadził mnie do rozpaczy. Chyba nie ganisz mnie, co? Czy mnie ganisz?
— Nigdy nie mam zwyczaju ganić nikogo — odparł Kemp. — Cóż więc uczyniłeś w dalszym ciągu?
— Byłem głodny. Na dole znalazłem bochenek chleba i nieco starego sera... więcej niż trzeba było do zaspokojenia mojego głodu. Napiłem się trochę wody z koniakiem, potem minąłem swój zaimprowizowany tłomok... leżał on całkiem swobodnie... i udałem się do pokoju ze starem ubraniem. Okna tego pokoju wychodziły na ulicę, a dwie koronkowe firanki, popielate od kurzu, zasłaniały je. Poszedłem i wyjrzałem przez szpary. Na dworze był już biały dzień... olśniewająco biały przez kontrast z cieniami ponurego domu. Na ulicy panował już żywy ruch... jechały wozy z owocami, rybami i pudłami. Z olśnionemi oczami zwróciłem się ku szaragom. Podniecenie ustępowało miejsca jasnemu wyobrażeniu mego położenia. Cały pokój wypełniał lekki zapach benzoliny, używanej prawdopodobnie do czyszczenia ubrania.
Rozpocząłem systematyczne poszukiwanie rzeczy.