Strona:PL Wells - Człowiek niewidzialny.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

starym rewolwerem w ręce. Stałem zupełnie cicho, kiedy on rozglądał się z otwartemi ustami i z wyrazem podejrzenia.
— To musiała być ona — powiedział powoli. — Bodaj ją licho!
Zamknął drzwi spokojnie, a bezpośrednio potem usłyszałem, jak się klucz obrócił w zamku. Kroki jego oddaliły się. Spostrzegłszy tedy, że jestem zamknięty, przez chwilę nie wiedziałem, co począć. Chodziłem od okna do drzwi i z powrotem, wreszcie stanąłem wzburzony. Napadł mnie paroksyzm gniewu. Ale przed zrobieniem jakiego kroku, postanowiłem zbadać ubranie; pierwsza moja próba sprawiła, że cały tłomok zleciał na podłogę. To sprowadziło znowu gospodarza z miną jeszcze bardziej niż przedtem ponurą. Tym razem faktycznie dotknął mnie, odskoczył ze zdumieniem i stanął na samym środku pokoju.
Wkrótce uspokoił się nieco.
— Szczury — rzekł półgłosem, z palcami na ustach.
Wysunąłem się chyłkiem z pokoju, ale jakaś deska skrzypnęła. Wtedy ten wcielony szatan zaczął chodzić po całym domu z rewolwerem w ręce, zamykając za sobą wszystkie drzwi i pakując klucze do kieszeni. Kiedy wreszcie zrozumiałem, co czyni, ogarnął mnie szalony gniew... ledwie mogłem zapanować nad sobą, aby doczekać spokojnej chwili. Tymczasem przekonałem się, że mój gospodarz zamieszkuje sam cały dom, to też nie robiłem sobie już z nim więcej ceremonii, lecz po prostu gwiznąłem go w łeb.
— Wyrznąłeś go w łeb? — zawołał Kemp.