Colas Breugnon (Rolland, 1923)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Colas Breugnon
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1923
Druk Poznańska Druk. i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów – Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Colas Breugnon
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

VI.
PRZELOTNE PTAKI,
CZYLI SERENADA W ASNOIS
Czerwiec.

Wczoraj rano dowiedzieliśmy się, że przez Clamecy przejechało dwoje znakomitych podróżnych, mianowicie panna de Termes i hrabia de Maillebois. Nie zatrzymali się wcale i udali się wprost do zamku w Asnois, gdzie zamierzali spędzić kilka tygodni. Rada ławników miejskich uchwaliła, że, jak nakazuje stary obyczaj, należy zaraz nazajutrz wysłać do parki rzadkich ptaszków specjalną delegację, któraby im imieniem miasta złożyła gratulację z powodu szczęśliwie odbytej podróży.
(Pomyśleć tylko, że ludzie za cud uważają, gdy takie zwierzaki przybędą z Paryża do Nevers, nie połamawszy sobie kości po drodze). Wedle zwyczaju rada uchwaliła, by delegacja doręczyła dostojnym nicponiom trochę miejscowych smakołyków, zwłaszcza ciast i biszkoptów, będących naszą specjalnością.
Mój zięć Florimond kazał przyrządzić trzy tuziny. Wprawdzie panowie radni oznajmili, że wystarczą dwa, ale Florimond, będący również ławnikiem, wszystko czyni na wielką skalę. Sztuka kosztowała po szesnaście soldów, a cały rachunek miała płacić gmina.
Przypomniano sobie, że lepiej smakuje jedzenie przy muzyce (mnie to niepotrzebne całkiem), przeto wybrano czterech muzykusów, dwu skrzypków i dwu waltomistów, dodano im do boku tamburynistę i załadowano na furę razem z ciastkami. Mieli oni dygnitarzom zagrać serenadę w chwili wręczenia podarku.
Wziąłem swój klarnet i nieproszony przyłączyłem się do bandy. Nie mogłem pominąć sposobności ujrzenia nowych osób, zwłaszcza, że szło o tak zwany drób dworski. Jest to drób innego typu, niż nasz drób zwyczajny, chociaż zdarzyło mi się czynić nieraz zadziwiające porównania. Takież same miny, muskanie skrzydeł, kołysanie się wdzięczne, potrząsanie kuperkiem, zadzieranie nosa... Ale cicho, sza! Jestem, wiadomo, synem Pandory i muszę ciągle wtykać nos do rogu obfitości, podnosić wieczka wszystkich pudełek, przyglądać się najrozmaitszym duszyczkom, białym, brudnym, chudym, tłustym... Poza tem, ale to już inna sprawa. Miło jest łączyć pożyteczne z miłem. Przeto skorzystałem z fury, mieszczącej muzykantów i ciastka, i na tę bezpłatną podwodę wpakowałem dwa rzeźbione panneaux ścienne, które właśnie wykończyłem do zamku w Asnois. By do reszty wykorzystać okazję, zabrałem ze sobą moją drogą Glodzie, córeczkę Florimonda. Jeden z ławników zabrał również swego synka.
Podobnie pomysłowym okazał się nasz aptekarz i wpakował na wóz swe wyroby, a więc soki, korzenne wina, miody i konfitury. Zamierzał je ofiarować przybyłym, oczywiście także na rachunek miasta Clamecy. Muszę zaznaczyć, że zięć mój uznał to za bardzo niewłaściwe i sprzeczne z tradycją. Gdyby każdy 7 rzemieślników, jak się wyiaził, a więc rzeźnik, piekarz, szewc, cyrulik itp. uczynił to samo, zrujnowaroby miasto i wszystkich obywateli. Miał niewątpliwie rację, ale nie miał racji, albowiem aptekarz był także ławnikiem... Ludzie mali podlegają prawom... ludzie wielcy tworzą prawa.
Okazało się, że trzeba dwu wozów. Wyruszyły przepełnione i po toczyły się drogą, ja zaś poszedłem piechotą. Niech sobie tam paralitycy jeżdżą wozami, niby cielęta do rzeźni. Po niebie sunęły ciężkie chmury, w powietrzu wisiała burza. Upał był straszny, a palące promienie słońca raniły głowy i karki. Nad gościńcem zawisła zamieć kurzu, muchy cięły po twarzy. Prócz Florimonda, który dbał o swą cerę, jak panienka, wszyscy byli zadowoleni.
Dopóki widziało się jeszcze wieżę Św. Marcina, wszyscy mieli miny pełne dostojeństwa, ale gdyśmy się znaleźli za miastem, wolni od ciekawych i krytycznych spojrzeń, wszyscy poweseleli, a umysły całego zgromadzenia roznegliżowały się, pozrzucały czarne surduty, poprzestając, jak ja, na koszuli.
Zamieniono naprzód kilka facecyjek tłustawych. (W ten sposób pobudzamy zazwyczaj apetyt). Potem zaczęto śpiewać na przemiany, potem... o dziwo, najpoważniejsi dostojnicy.popisywali się ochotnie z kupletami, ja zaś przygrywałem na klarnecie. Na to hasło, muzykanci wzięli się do roboty. Wrzask się uczynił straszny, ale ponad wszystkie tony wybijał się zawrsze radosny pisk małej Głodzi, która piała, miauczała, gwizdała, jak kos, i ćwierkała, jak wróbel.
Niebardzośmy się raźno posuwali naprzód. Szkapy zatrzymywały się same pod każdą górką, dyszały, kiwały łbami... wywnętrzały się... Trzeba było czekać, aż się załatwią i ruszą w dalszą drogę. Pod miejscowością Boyhault nasz notarjusz Delavau zażądał, by trochę zboczyć z drogi. (Nie można było odmówić, jako że on jeden, chociaż ławnik, nie robił na całej wyprawie doraźnego interesu). Notarjusz chciał mianowicie wstąpić do jednego z klijentów swych w celu sporządzenia testamentu.
Wszyscy uznali słuszność, ale rzecz trwała jakoś za długo i Florimond wespół z aptekarzem uznali to jednozgodnie za niezbyt właściwe.
Nakoniec przybyliśmy na miejsce. Oczywiście, wszystko musi nakoniec przybyć na miejsce, niby musztarda po obiedzie. Spóźnieni, przybyliśmy jednak w porę. Nasze dostojne ptaszki skończyły właśnie dziobać jadło, gdy w sam czas zjawił się przywieziony deser.
Panowie radni, zbliżywszy się do zamku, po raz ostatni zatrzymali się i przywdziali swe szaty pontyfikalne, dotychczas starannie poskładane w miejscu bezpiecznem od słońca i kurzu. Były rzeczywiście piękne, barwne, porywały oczy i radowały serce. Mer przywdział zielony, jedwabny strój, czterej ławnicy wełniane żółte szaty. Wyglądali razem jak ogórek i cztery kawałki dyni na talerzyku. Weszliśmy przy dźwiękach orkiestry.
Na ten odgłos wychyliły się i okien ufryzowane głowy bezczynnych lokai. Ogórek wraz z otoczeniem ruszył ku podjazdowi, a w tej chwili otwarto drzwi, w głębi których ukazały się dwie głowy ubrane we wstążki, podobne do owieczek na pasterskich obrazkach. My, to jest banda muzykantów, zatrzymaliśmy się pośrodku podwórza i dlatego nie mogłem usłyszyć prześlicznej mowy łacińskiej, jaką wygłosił notarjusz. Ale pocieszałem się myślą, że niewątpliwie sam tylko mówca ją rozumie. Natomiast nie straciłem ani na chwilę z oczu mojej Głodzi. Drobniutkiemi kroczkami wspinała się po stopniach, ku drzwiom portalu, przyciskając do brzuszka obu maluśkiemi rączynami wielki koszyk, w którym piętrzyły się biszkopty, tak wysoko, iż sięgały niemal nad jej główkę. Nie zgubiła ani jednego, pilnowała ich oczyma, ogarniała łapkami... ta mała szelma, łakomczycha... Była śliczna... tak śliczna..
Urok dziecięcy ma w sobie coś z muzyki, niewoli serce, przezwycięża dumę, równa ludzi. Panna de Termes uśmiechnęła się do Głodzi, pocałowała ją, posadziła na swych kolanach, ujęła pod bródkę, potem, złamawszy jeden biszkopt, powiedziała:
— Otwórz dzióbek! Podzielimy się!
Włożyła do ust Glodzi kawał biszkopta, a ja, uniesiony radością, zawołałem na całe gardło:
— Niech żyje dobry i piękny kwiatuszek niwernejski!
A klarnet mój rzucił w powietrze wrzaskliwą fanfarę, która, niby jaskółka, przeszyła horyzont.
Wszyscy roześmiali się chórem, zwracając się ku mnie, a Glodzia klasnęła w rączki i zawołała:
— To dziadek!
Pan d’Asnois przywołał mnie.
— To ten postrzelony Breugnon! — objaśnił (on się na tem zna, albowiem jest również postrzelony...).
Zbliżyłem się, trzymając klarnet pod pachą, wszedłem na stopnie i ukłoniłem się.

Papką, czapką, chlebem, solą,
Ludzie ludzi niewolą...

Pamiętny tego przysłowia, oddawałem czapką i całym sobą ukłony na prawo, na lewo, w tył, naprzód, pozdrawiając wszystko, co żyło wokoło. A jednocześnie dyskretnie obserwowałem ową panienkę, wypchaną modnie, zatopioną wprost w ogromnej tualecje. Rozebrałem ją (oczywiście w myśli jeno) i spostrzegłem, że jest chudziutka, szczuplutka i roześmiałem się z tego sucharka. Była wysoka, wiotka, cerę miała nieco ciemna, ubieloną forsownie pudrem, piękne, połyskliwe oczęta, niby węgielki, nosek wścibski, łakome usteczka, że... tylko całować, wydatne i okrągłe policzki, na których wiły się pierścioneczki loczków.
Ujrzawszy mnie, spytała łaskawie:
— Czy to pańska córeczka, to śliczne bobo?
Odparłem dumnie:
— Łaskawa pani... nic! Oto mój zięć... niechże sam odpowie... nie chcę mu wchodzić w drogę. W każdym razie oboje zaliczam do swego inwentarza domowego. Dzieci, to bogactwo biedaków!
Pan d’Asnois roześmiał się głośno, panienka także skrzywiła dziobek, Florimond uczynił to samo we właściwy kwaskowaty sposób, ja tylko pozostałem poważny. Wówczas pan ze wstążkami i wypchana panienka raczyli zapytać, co mi przynosi mój zawód (sądzili zapewne, że jestem muzykusem)? Odparłem jak prawda:
— Prawie nic!
Nie powiedziałem czem się zajmuję poza klarnetem, nikt mnie bowiem nie pytał. Czekałem i bawiłem się doskonale. Niesłychanie śmieszną jest owa pogardliwa łaskawość, z jaką wielcy tego świata, pięknisie i bogacze traktują ludzi nie posiadających nic. Zupełnie, jakby im ciągle dawali nauki. Biedak, to coś jakby dziecko... a prócz tego (nie mówią tego, ale myślą).... to jego własna wina! Bóg go ukarał... i dobrze uczynił. Słuszne są boskie wyroki!
Jakby mnie całkiem nie było, pan Maillebois odezwał się głośno do swej towarzyszki:
— Ponieważ i tak nie mamy nic innego do roboty, skorzystajmy z obecności tego biedaka. Ma on coprawda minę dosyć ograniczonego, ale włócząc się z klarnetem po wszystkich szynkach i gospodach, musi wiedzieć co myśli ludność prowincji... o ile wogóle...
— Cicho!
—... o ile myśli wogóle o czemkolwiek, poza troską o sprawy osobiste.
Spytano mnie tedy:
— A więc, przyjacielu, zechciej nam powiedzieć, jaki jest nastrój umysłów w kraju?
Przybieram minę idjotyczną i powtarzam:
— Nastrój umysłów...
Jednocześnie mrugam oczyma, porozumiewając się z mym panem d’Asnois, który targa swą brodę i przykrywa usta dłonią, by ukryć wesoły śmiech.
— Widocznie umysły nie funkcjonują na prowincji! — powiada dostojnik z ironją — Powiedz nam, drogi człowieczku, co sobie tu ludziska opowiadają? Czy trzymają się wiary katolickiej, czy trwają wiernie po stronie króla?
Odpowiadam:
— Bóg jest wielki, a król bardzo wielki! Kochamy obu jednako!
— A co sądzisz o książętach?
— O, to bardzo, bardzo wielcy panowie!
— Więc trzymacie ich stronę?
— Tak... tak... jaśnie wielmożny panie!
— Jesteście więc przeciwnikami Conciniego?
— O nie, trzymamy i z nim także!
— Jakto? Niepodobna... przecież to są wrogowie....
— Możliwe, że się niebardzo lubią... ale my trzymamy z jednymi i z drugimi!
— Na Boga... musicie przecież wybierać!
— Czyż trzeba koniecznie wybierać? Czyż nie można się od tego powstrzymać, Wasza Wielmożności? Ha, jeśli tak być musi, tedy zastanowię się... Przyjdę i powiem, ale muszę mieć czas do namysłu... zdecyduję się w przyszłym tygodniu... tak, koło czwartku!
— Na cóż się namyślać tak długo?
— Jakto? Muszę, Jaśnie Panie, rozważyć, która strona jest mocniejsza!
— Nie wstyd cię? Nie jesteśże w stanie odróżnić dnia od nocy... króla od jego nieprzyjaciół?
— Słowo daję... Jaśnie Panie... nie mogę. To nad moje siły. Widzę, że dzień jasny, nie jestem ślepy, ale jeśli idzie o stronników króla i stronników książąt, doprawdy wybór trudny, gdyż nie wiem, którzy z nich więcej piją i więcej niszczą kraj. Nie chcę ubliżać żadnej partji, niechże im służy apetyt i zdrowie. Jaśnie Panu życzę również apetytu i zdrowia, oraz długiego życia... lubię tych, którzy umieją jeść, albowiem sam przepadam za tem. Ale mówiąc otwarcie, wolę przyjaciół mych wiktujących się u stołu innych.
— Więc nie zdolny jesteś kochać kogokolwiek?
— Panie! Kocham to, co posiadam!
— Nie byłżebyś w stanie poświęcić mienia za króla swego i pana?
— I owszem... uczynię to chętnie, jeśli nie da się uniknąć ofiary. Ale radbym wiedzieć, czy koniecznem jest rezygnować ze swych ukochanych pól i winnic poto, by Król Jegomość miał pełny stół? Czy nic dałoby się jakoś tak urządzić, by jeden... zawód... nie wchodził drugiemu w drogę? Zostawcie nam ziemię, a my wam zostawimy politykę. Nie nasza rzecz... tak zwane... przekonania... wszakże głuptasy jesteśmy i basta.
My umiemy tylko, wzorem naszego ojca Adama (mówią, że był on również ojcem Waszych. Wielmożności, ale nie wierzę... prędzej był chyba, tylko... kuzynem waszym...) tedy od Adama, uprawiamy ziemię, użyźniamy ją, kopiemy, siejemy, hodujemy owies, pszenicę, żyto, sadzimy winorośl, kosimy łąki, młócimy ziarno, ścinamy drzewa, kujemy kamień, strzyżemy wełnę, robimy sukno, garbujemy skórę, topimy żelazo, robimy meble i stawiamy domy, zakładamy gościńce, kanały i stawiamy mosty, budujemy miasta, i kościoły... słowem urządzam}’’ cały kraj, całą Francję... I nie umiemy dosłownie nic więcej!! Nie znamy się na żadnej — wyższej sztuce! Niemamy wyobrażenia o tak zwanych sprawach publicznych, kłótniach książąt, świętem posłannictwie królów, grze politycznej i innych kunsztach magicznych czy metafizycznych.
Jaśnie Panie! Nie powinno się zapominać o smutnym losie owego pyszałka, co to za przeproszeniem... wyżej... niż kuper... miał!! Jesteśmy w gruncie rzeczy krasę byki i grzbiet nasz nawykł do bata... Zgoda! Ale nagle Wasza Wielmożność pyta: powiedz mi, byku, którą pięść wolisz, który bat klaszcze lepiej po twych żebrach... Hola... hola... to kwestja poważna! To rzecz godna zastanowienia, tedy... powiedziałem: muszę rozważyć... Bo naprzykład dzisiaj... dzisiaj mógłbym wydać sąd nierozważny. Dzisiaj jakoś nie gustuję w żadnym bacie. Należałoby przed udzieleniem odpowiedzi ująć ten bat we własne ręce i... spróbować... raz... drugi... ot tak! Że to jednak... nie wypada, przeto... cierpliwości... cierpliwości! Cierpmy, cierpmy, krasę byczki, ciągnijmy wóz. póki starczy sił i siana... a niech sobie tam... do czasu młot tańczy po kowadle!
Dostojnik słuchał, nie wiedząc, co sądzić o mych słowach. Skrzywił się niepewny czy śmiać się, czy gniewać. Naraz zbliżył się jakiś jegomość ze świty, który mnie widywał na dworze nieboszczyka księcia de Nevers, i powiedział:
— Jaśnie Panie! Znam go, to wielki oryginał, doskonały rzemieślnik i zdolny rzeźbiarz, a przytem wygadany strasznie. Rzeźby jego znajdują się w wielu pałacach i zamkach.
Dostojnik ani drgnął. Otrzymana informacja, jak się wydało, nie była w stanic zmienić jego zdania o mizernym (mówię to jeno symbolicznie, gdyż ważę swoje 150 funtów) człowieczku, stojącym przed jego oblicznością i zainteresował się mną dopiero wówczas, gdy gospodarz pokazał mu moje prace w zamku Asnois, które zwróciły na siebie uwagę takiegoto... a takiego... księcia, hrabiego, czy innego wielmoży.
Wówczas, z wielkiem uznaniem wyraził się naprzykład o cokole studni w podwórzu. Wyrzeźbiłem na niej fryz przedstawiający młodą, podkasaną dziewczynę, niosącą w podołku dwie kaczki z rozwartemi dziobami i rozpostartemi skrzydłami. Potem oglądał w pałacu moje meble i panneaux, dekorujące ściany. Pan d'Asnois pysznił się jak paw!
Co za cymbały z tych bogaczy? Wydaje im się, że, zapłaciwszy za dzieło sztuki, stworzyli je sami! Maillebois, chcąc mnie uhonorować, zaczął się dziwić, że artysta tej miary siedzi w zakątku, odcięty od świata, zdała od wielkiego życia stolicy, że przykuty jest do owych wytworów drobiazgowych, realnych, pozbawionych z konieczności wszelkiej inwencji, wzlotu, że Ograniczony jest tylko do obserwacji, a nie może powziąć wielkiej idei, stworzyć symbolu, alegorji. dzieła filozoficznego, mitologicznego, słowem nie może dać żadnej — wielkiej, wielkiej, monumentalnej rzeźby (wielki pan chce mieć wszystko wielkie!)
Odparłem skromnie, że znam swą niewielką wartość i wiem dobrze, w jakich mi przystoi obracać się granicach. Biedny człeczyna, który niczego nie widział, nie słyszał o niczem, nie przeżywał wzniosłych wrażeń, winien pozostać na niższym stopniu Parnasu i nie kusić się o rzeczy wielkie i wykwintne. Umysł jego, ograniczony warunkami życia, zwraca się ku rzeczom codziennym i użytecznym. Sztuka życia potocznego, oto jego przeznaczenie.
— Sztuka życia potocznego? — zdziwił się jaśnie Wielmożny błazen — Ależ to kontradykcja! Sztuką może być tylko to, co nie. jest potoczne, codzienne i użyteczne!
— Święte słowa! — zawołałem z zachwytem — Święte i prawdziwe! Wszędzie, w życiu i sztuce pięknym jest tylko... brylant... książę... król... i kwiat!
Oddalił się bardzo ze mnie zadowolony, a pan d’Asnois ujął mnie pod ramie i szepnął:
— Przeklęty gaduło! Mało mnie djabli nie wzięli ze śmiechu. Zakpiłeś sobie z tego paryskiego pudla. Ale mówię ci... mnie nie tykaj! Gdybyś się poważył wziąć mnie na język... biada ci!
Zaprotestowałem żywo:
— Wasza Miłość... gdzieżbym śmiał... gryźć swego dobroczyńcę, swego protektora? Czyż Breugnon zdolny do takiego świństwa? Ale mniejsza o świństwo, to się trafia... idzie o co inszego... Byłbym poprostu osłem. Wasza Wielmożność raczy nie ubliżać sobie, porównując się z panem de Maillebois. Wasza Wielmożność ma w małym palcu lewej nogi więcej poczucia sztuki i artyzmu, niż on pod peruką. Wobec pana ja jestem jeno drobnym liskiem wobec wilka w własnej jamie... Breugnon może być postrzelony... ale głupi nie jest... o, nie!
Promieniał! Nic bardziej nie cieszy, niż kiedy człowiek usłyszy, że ktoś wynosi pod niebo zalety, których wcale nie posiada.
— Dobrze... dobrze... kochany Breugnon... Dajmy pokój mojemu workowi, pokaż natomiast co masz w swoim? Wiem z góry, że nigdy nie przybywasz bez celu i z pustemi rękami.
— Ha... ha... Zawsze domyślny... Wasza Wielmożność ma spojrzenie jasnowidza! Człowiek jest jakby szklany, hrabia kochany widzi poprzez ściany!
Rozpakowałem moje dwa panneaux dekoracyjne, a także jedną rzeźbę włoską (Fortunę na kole, kupioną ongiś w Mantui). Tę właśnie rzeźbę... nie wiem sam czemu, ot tak z wrodzonej przekory... przedstawiłem jako swoją. Uzyskała ona umiarkowany sukces. Potem... {widocznie przez omyłkę) pokazałem dwie prace własne, oświadczając, że udało mi się nabyć je we Włoszech.
Rozległy się okrzyki, pochwały, zachwyty... ho... ho i ha... ha! Wszyscy pokładali się z uciechy. Maillebois, otworzywszy gębę jak wrota, oświadczył, że widzi tam odbłysk włoskiego nieba, czuje zapach potrzykroć błogosławionej, świętej ziemi, opromienionej dotknięciem stóp bogów Olimpu.
Pan d’Asnois, rycząc z uniesienia i całując mnie, wyliczył mi na stół, za pierwszą rzecz... trzy dukaty... za dwie ostatnie... trzydzieści sześć!


∗             ∗

Wieczorem udaliśmy się do domu. Dla zabawienia towarzystwa opowiedziałem, jak to pewnego razu książę de Bellegarde przybył do Clamecy polować na ptactwo. Poczciwy książę był niemal zupełnie ślepy. Polecono mi strzelać jednocześnie i zręcznie podsuwać w miejsce chybionej sztuki inną, ugodzoną w samo serce. Śmiano się ochoczo i każdy wyciągnął z zanadrza jakąś facecyjkę o książętach i wielmożach tego świata. Poczciwi ci książęta. Nudzą się wprawdzie w monotonnem życiu codziennej wspaniałości, ale dla nas biedaków stanowią niewyczerpane źródło uciechy i żarcików.
Gdy się za nami zamknęły drzwi domu,, opowiedziałem historję owych rzeźb. Florimond. zaczął mi czynić gorzkie wyrzuty... Nie mógł pojąć, czemu oddałem tak tanio rzeźbę włoską, podając ją za swoją. Wszakże pan d’Asnois, lubując się w tych dziełach, byłby niewątpliwie zapłacił trzy razy tyle. Odparłem, że mogę sobie kpić z wielkich panów, ale nie chcę ich skubać.
Nie mógł tego pojąć i pytał jak mogą mi robić przyjemność kpiny, nie przynoszące dochodu?
Wówczas Martynka zabrała głos i powiedziała, te mądre słowa:
— Właśnie te kpinki i żarciki, przy których, nie myśli się o niczem tylko o wesołości, to rzecz najlepsza. Niedobrze być zawsze przemyślnym i praktycznym. Daj spokój, mój drogi, i pamiętaj sobie, że sam dobrze wychodzisz na tej wrodzonej nam ochocie do niewinnych żartów... temu zawdzięczasz nawet, iż nie masz na głowie rogów, ale same włosy. Myśl, że mogłabym cię oszukać trzy razy na dzień, tak mnie bawi, iż poprzestaję na tej uciesze. Nie chmurz czoła... nie rób sobie nic z tego i weź dobre chęci za uczynek. Schowaj rogi, ślimaku... zbliża się cień jakiś...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.