Colas Breugnon (Rolland, 1923)/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Colas Breugnon
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1923
Druk Poznańska Druk. i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów – Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Colas Breugnon
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

VII.
ZARAZA
W pierwszych dniach lipca.

Słusznie mówią: nieszczęście pędzi na koniu! Niby sztafeta na rozstawnych koniach przybyło nam złożyć wizytę. W zeszły poniedziałek zawleczono skądś zarazę i zdarzył się jeden przypadek w Saint Fargeau. Złe ziarno szybko wschodzi. Przy końcu tygodnia mieliśmy w okolicy już dziesięć pogrzebów. Zbliżając się ku nam coraz bardziej, zaraza wybuchła wczoraj w Coulanges-la-Vineuse.
Zakotłowało. Ludzie wzięli nogi za pas. Wsadziliśmy na wozy kobiety, dzieci, gęsi i wysłaliśmy daleko, w okolice Montenoison. I okazało się, że nieszczęście ma także swoją dobrą stronę. Cicho w moim domu, nikt nic gdacze, nikt nie wrzeszczy. Florimond, ten kapłon paskudny pojechał z kobietami, nie chcąc, jak mówił, opuszczać Martynki bliskiej rozwiązania. Bogatsi, grubsi mieszczanie przyszli do przekonania, że pogoda jest śliczna, przeto najlepsza teraz sposobność przejechać się po rozległych polach i zobaczyć, jak idą żniwa. Pojechali.
Ci, co pozostali, to jest... my... kpiliśmy sobie na potęgę z zarazy i z tych, którzy się przeciw niej ubezpieczali. Panowie ławnicy postawili straże u bram miasta i na gościńcu, wiodącym do Auxerre, i przykazali im surowo odpędzać żebraków, włóczęgów i wogóle każdego, ktoby sic chciał wcisnąć. Co do innych przejezdnych, zwłaszcza jeśli sakiewki ich były pełne, istniało rozporządzenie łagodniejsze. Musieli się oni poddać oględzinom lekarskim trzech naszych medyków, mianowicie mistrza Stefana Loyseau, mistrza Marcina Frotier, oraz mistrza Filberta des Veaux. Wszyscy trzej uzbrojeni byli przeciw zarazie w odpowiednie środki. Każdy miał sztuczny nos, napełniony materjałem dezynfekcyjnym, maskę i wielkie okulary. Śmialiśmy się z nich strasznie.
Marcin Frotier... nasz człowiek... nie mógł dochować powagi. Zerwał z twarzy sztuczny nos, cisnął go o ziemię i oświadczył, że mu wystarczy własny, zwłaszcza, że niema kobiet. Przyklasnęliśmy mu... ale on, niestety, zmarł bardzo prędko! Coprawda, mistrz Stefan Loyseau, który fanatycznie wierzył w swój dezynfekcyjny nos, umarł także. Nie umarł tylko mistrz Filbert des Veaux, który, nauczony doświadczeniem swych kolegów, porzucił nos... i stanowisko...
Ba, ale nagle znalazłem się na samym końcu opowieści, a wszakże z a ledwo zaznaczyłem jej początek. Musisz przeto, bratku, zawrócić i złapać kozę za brodę... tak...
Jak powiedziałem, każdy z nas udawał Ryszarda Lwie Serce. Byliśmy pewni, że zaraza nas nie dosięże, że nie zaszczyci nas swemi odwiedzinami. Ma ona, jak wiadomo, dobry węch, a zapachu naszych dębowych lasów znieść nie może. (Niema nic zdrowszego nad dębinę... rzecz wiadoma). Gdy po raz ostatni w r. 1580, (miałem wówczas lat 14, niby stary byk) zawitała do kraju, nie przekroczyła naszych wrót, poniuchała, powąchała i poszła sobie precz!
Właśnie w tym czasie zdarzyła się rzecz, z której śmiano się długo. Oto mieszkańcy Chatel-Censoir, niezadowoleni ze swego patrona, który ich źle bronił, wielkiego świętego Potencjana, wyrzucili go poprostu za drzwi. Potem wzięli na próbę innego, a gdy ten zawiódł, trzeciego i tak dalej, wreszcie, wyczerpawszy pół kopy świętych krajowych, powrócili do pierwszego, ale, chcąc mu zrobić na złość, zamianowali go patronką, pod imieniem św. Potencianny. Podobno ten żart uratował sytuacji, i nowomianowana święta zaczęła się sprawować należycie.
Takeśmy sobie pokpiwali z zarazy i siebie wzajem, a co dnia wzrastała nasza odwaga. Chcąc dać dowód, iż sobie z niczego nic nie robimy, że gwiżdżemy na przesądy, medyków, ławników i t. d. zbliżaliśmy się do murów i rozmawialiśmy poprzez rów forteczny z tym, których los pozostawił na drugim brzegu. Znaleźli się śmiałkowie, którzy zdołali wyśliznąć się z miasta do pobliskiej gospody. Zapijali oni sprawę z wygnańcami z raju, oraz rozpytywali o nowiny strażników, strzegących gościńca, którzy zresztą nie brali zbyt poważnie swych obowiązków.
Oczywiście wymykałem się i ja. Czyż mogłem ich puszczać samopas? Czyż podobna wytrzymać, by inni bawili się, weselili, omawiali nowinki i spijali winko? Byłbym się wściekł z zazdrości. Ujrzawszy raz po tamtej stronie znajomego fermiera z Mailly-le-Chateau, niejakiego Grattepaina, wyszedłem z miasta i popiliśmy razem. Był to wysoki, barczysty, wesoły chłop, o czerwonej gębie, pełen sił i zdrowia. Bufonował i szydził z zarazy jeszcze bardziej ode mnie, oświadczając, że jest ona wynalazkiem lekarzy. Wierzy w nią jeno głupi, a umiera się nie z zarazy, ale ze strachu.
Powiedział do mnie:
— Dam ci za darmo znakomitą receptę:

Głowę miej chłodną, a zaś ciepłe nogi,
Nie źryj jak paciuk, nie chlap dużo wina,
Nie właź do łóżka, gdzie leży dziewczyna,
A śmierć omijać będzie twoje progi...

Odpowiedziałem.
— Ta recepta dobra na czas zarazy, zwłaszcza żeśmy wysłali r miasta wszystkie baby, pchły, bachory, kaczki, Flonmonda oraz, niestety, dziewczęta. Na czas normalny posiadam ja inną, weselszą receptę.

We łbie szumi fantazyja,
Noga karczmy nie pomija,
Brzuch śpichlerzem świata zda się,
Kocham Kasie, Jasie, Basie...
A choć wszystko robak wierci,
Żył se będę aż do śmierci!

Popijaliśmy ostro, całowali się raz po raz, pochylali ku sobie, mówiąc ucieszne świństewka, on zaś swoim obyczajem klepał mnie po ramieniu i szczypał w udo. Nie zwracałem na to uwagi. Niestety; inaczej rzecz się przedstawiła nazajutrz.
Pierwsze słowa, jakie usłyszałem rano w warsztacie, nie były zgoła przyjemne.
— Panie majstrze — powiedział mi na dzień dobry uczeń — czy pan już wie, że ojciec Grattepain zmarł tej nocy?
Uuf! Jakże mi się zrobiło nieswojo! Uczułem zimny dreszcz, a potem kroplisty pot na czole. Powiedziałem do siebie:
— Przyjacielu, wyczyść trzewiki na drogę w zaświaty... tak... tak, już po tobie... zaraza zgłosi się jeszcze dzisiaj!
Pomajstrowałem trochę w pracowni, by się rozerwać, ale możecie sobie państwo wyobrazić, o czem myślałem.
— Krasy byku... będziesz miał nauczkę na całe życie! — powiedziałem sobie.
Ale my, Burgundowie, nie zastanawiamy się długo nad tem, co należy uczynić i w każdej okoliczności decydujemy się szybko. Na św. Marcina... zawsze u nas dobra mina! Brońmyż się tedy! Wróg siedzi na karku, ale jeszcze za murami miasta. Na moment wpadło mi do głowy udać się do sklepiku św. Kośmy (do lekarza, rozumie się). Ale rychło się opamiętałem. Najgorzej zacząć z tą hołotą. Mimo strachu zmysły mnie jeszcze nie opuściły, przeto powiedziałem sobie:
— Szanowny nieboszczyku! Lekarze są cymbały. Wezmą twe grosze, a ciebie samego zawiozą do szpitala zakaźnego, gdzie zostaniesz na dobre zakażony i... zakopany w ziemi, oraz zalany wapnem. Nie lubisz tego białego płynu, prawda? Pizeto gęba na kołek! Rozumiesz? Nie bądźże warjatem. Jeśli idzie o śmierć, to damy sobie rady i bez lekarzy! A może się też zdarzyć, że Pan Jezus powie: będziesz se żył, Colasie, na złość medykowi.
Swoją drogą, mimo tych przypowiastek, mimo tych facecyjek czułem coraz bardziej, że z moim brzuchem coś... nie tego! Jakbym połknął furę kamieni... To znowu coś się ruszało, kręciło... Macałem się to tu... to tam... Uuu! Źle... szelma zaraza wlazła już w mury miasta.
Najgorsze zaś, że właśnie nadeszła pora obiadu. Siedziałem przed wielkim garnkiem doskonale omaszczonej, czerwonej fasoli z soloną wieprzowiną, gotowaną na winie, (do dziś dnia, myśląc o tem, płaczę z żałości)... siedziałem, dumałem i nie miałem odwagi otworzyć ust. Myślałem ze ściśniętem sercem:
— Już po mnie! Apetyt zginął naglą śmiercią... Oto początek końca...
Należy tedy przynajmniej uporządkować interesy. Jeśli pozwolę sobie na śmierć w domu, to te łajdaki ławnicy każą spalić moją chałupę pod pozorem niszczenia zarazy. Szkoda domu, wszakże dopiero wystawiony. Jakiż to świat zły i głupi! Nie można nawet umierać na własnych śmieciach. Ale poradzę ja sobie... tylko muszę się spieszyć.
Wstaję, ubieram się w najgorsze suknie, zabieram kilka dobrych książek, sentencje wielkich ludzi, tłuste facecyjki gallickie, jedną rzecz 0 Rzymie starożytnym Złote słowa Katona“, Serées“ Boucheta, Nowego Plutarcha“ Gilla Corrozet i pakuję to do worka, wraz z świecą, lichtarzem i bochenkiem chleba. Potem żegnam się z uczniami, zamykam mieszkanie i udaję się mężnie do mojej koleby w winnicy, położonej daleko za miastem, przy gościńcu wiodącym do Beaumont. Szałas to niewielki, sklecony z bierwion obitych deskami. Służy on za skład narzędzi. Mam tu wypchany słomą siennik i dziurawe krzesło. Jeśli go spalą, nie będzie wielkiej szkody.
Zaledwie przyszedłem, zacząłem kłapać zębami, niby kruk dziobem. Porwały mnie dreszcze, uczułem kłucie w żołądku, w gardle zaś ściskało mnie straszliwie. Cóż było robić? Trudno, zaprawdę, spisać wszystkie akty bohaterstwa 1 wielkoduszności, na jakie się zdobyłem. Podobnie, jak wielcy mężowie Sparty i Rzymu, walczyłem serjo na śmierć i życie z wrogiem wewnętrznym... z bólem brzucha. Byłem sam, nikt mnie nie widział. Czyż sądzicie, że długo mogłem udawać Regulusa pod murami Romy? Rzuciłem się na siennik i zacząłem ryczeć. Czyście nie słyszeli? Ryczałem straszliwie...
— Panie Boże! — wołałem — I czemuż zawziąłeś się na biednego człowieka, który nie uczynił ci nic złego?... Och... moja głowa! Och... mój brzuch! Jakże przykro porzucać tę ziemię w kwiecie lat swoich! Czyż zależy ci, Panie, na tem, bym się zjawił u ciebie tak wcześnie? Oo... mój grzbiet! Oczywiście wezwanie twoje jest dla mnie wielkim zaszczytem... wizytę tę zapiszę na honorowem miejscu w moim pa... ojej!... Ale zważ, przecież się i tak zobaczymy .. przeto pocóż ten pośpiech? Ho... ho... moja śledziona! Mnie się nie spieszy... Panie Boże, nie nalegaj... cóż ci ze mrie? Wszakże jestem robak marny... czyż nie lepiej pogadać z jakimś księciem?... Ale jeśli inaczej być w żaden sposób nie może — tedy dziej się wola twoja! Sam widzisz, Panie Boże, jak jestem zrezygnowany, potulny, cichy... Psiakrew! Znowu mnie kole w boku! Niech to szlag trafi!
Wykrzyczałem się, a chociaż ból przez to nie ustał, wyładowałem znaczny zapas energji i to mnie uspokoiło.
— Tracisz tylko czas! — powiedziałem sobie — Albo On nie słyszy wcale, albo nic go to nie obchodzi wogóle. Przeto szkoda płuc. Nie starczy ci i tak życia i zdrowia dłużej niż na godzinę, lub dwie, pocóż je marnować? Skorzystaj z tych resztek rozsądku, jaki siedzi w twej czaszce, bo musisz się z nim rozstać niebawem. Zresztą, umiera się raz tylko! Zaspokój póki czas swą ciekawość i żądzę wiedzy. Śledź pilnie, w jaki sposób wyłazi się z własnej skóry... uważaj dobrze, bo nie powtórzy się to już po raz drugi!
Dzieckiem będąc, robiłem fujarki z wierzbiny i nikt mi nie mógł dorównać w nacinaniu gałęzi, zdejmowaniu kory i wycinaniu dziurek. Teraz wydało mi się, że to, co robiłem z korą, teraz Stwórca czyni z moją własną skórą. Siedzi sobie gdzieś wysoko na gałęzi i nacina gałąź mego życia. Ou! niezłe cięcie... skóra się już rusza! Ale czyż przystoi osobie w tym wieku zabawiać się w sposób tak dziecinny? Nie czyń porównań, mój Breugnon, ale zważaj pilnie, jak się robi z ciebie fujara... śledź póki kora trzyma się jeszcze drzewa i notuj spostrzeżenia.
Z wielkiem tedy napięciem zacząłem śledzić każdy kurcz, każda kolkę, każdy słowem objaw, każdy ruch... Od czasu do czasu wydawałem nieludzki ryk, w którym usiłowałem zamknąć rezultat obserwacji. Noc mi się strasznie dłużyła, zapaliłem tedy świecę wsadziwszy ją w szyjkę flaszki. Pachniała sokiem porzeczkowym, ale nie było go już wcale. I mnie już jutro nie będzie, pomyślałem, lecz jakiż pozostawię zapach?
Wijąc się po sienniku, usiłowałem czytać. Sentencje bohaterów rzymskich nie wywarły na mnie żadnego wrażenia. Pal djabli tych trutniów! — zawołałem — Wszakże wszystkie drogi prowadzą do rzeźni... powiedział pewien sędziwy wół. Wolę własnemi słowami pocieszać się, albo użalać, gdy mnie trapi kolka! Tak, ale w chwilach przerwy chcę się pośmiać!
I zacząłem się śmiać! Nie uwierzycie, jednak to prawda. Otwarłem facecje naszego kochanego Boucheta i oczy moje padły na historyjkę tak niesłychaną, tak pulchną, tłustą, pieprzną, szelmowską, że ryknąłem szczerym śmiechem.
— Nie śmiejże się, bałwanie! — mówiłem do siebie — Zaszkodzisz sobie jeszcze!
Ale nie mogłem przestać. Śmiałem się i śmiałem, porykując tylko od czasu do czasu. Potem śmiałem się znowu... Ach, ileż się naśmiałem, ile naryczałem w ciągu tej nocy?
Gdy nastał świt, znajdowałem się w takim stanie, że tylko kłaść do grobu. Nie mogłem się utrzymać na nogach. Zawlokłem się na kolanach do jednego okienka, wychodzącego na gościniec. Zawołałem pierwszego przechodnia głosem wprost zaziemskim. Nie potrzebował słuchać mych słów, spojrzał na mnie, skoczył wstecz, przeżegnał się i uciekł jak szalony.
Nie minął kwadrans, a miałem pod domem honorową straż, która mnie zawiadomiła, że nie wolno mi przekraczać progu szałasu. Ponieważ progu wogóle nie było, a ja nie mógłem narazie niczego przekraczać, przeto uszanowałem postanowienia prawa. Poprosiłem tylko, by zawezwano starego przyjaciela mego, notarjusza Paillarda, gdyż chcę podyktować testament. Ale strażnicy widocznie bali się nawet słów moich, gdyż zatykali sobie uszy i usta.
Na szczęście zjawił się pewien malec, pastuch gęsi. Kochany chłopczyna lubił mnie, gdyż zapamiętał sobie jakem go raz przydybał na wiśni i zamiast ściągnąć zeń skórę, poprosiłem, by i dla mnie także... skoro już siedzi na gałęzi, rzucił parę garstek.
— Panie Breugnon! Lecę po notarjusza! — wrzasnął i pobiegł jak piesek przez pola do Dormecy.
Nie pamiętam dobrze co się potem działo. Wiłem się pewnie po sienniku, ryczałem, wystawiałem język, niby cielę, kłapałem zębami... Nagle posłyszałem trzaskanie z bata, odgłos dzwonków i znany, gruby głos. Acha! — myślę sobie i chcę wstać. O Boże! Zdawało mi się, że dźwigam na karku katedrę św. Marcina razem z wieżą, a całe Sombart na kuprze.
Ale postanowiłem swego do kazać.
Chodziło o takie klauzule testamentu, które, nie szkodząc chłopcom, mogły być bardzo korzystne dla Martynki i Głodzi. Wetknąłem przeto w okienko głowę mą. Ważyła chyba więcej niż „Henryka“, wielki dzwon św. Marcina, a chwiała się tak samo w prawo i lewo.
Nagle spostrzegam na gościńcu dwie znane, poczciwe postacie. Paillard i proboszcz Chamaille patrzą na mnie, wytrzeszczając z przerażenia oczy. Pospieszyli obaj co sił w koniu, by mnie jeszcze zobaczyć żywym. Wyznać muszę, że zapał ich znacznie ostygł na mój widok. Prawdopodobnie dla lepszego ujęcia całości obrazu skoczyli trzy kroki wstecz. Zacny Chamaille, chcąc mi dodać otuchy, powtarzał raz po raz:
— Jak ty wyglądasz! Jak ty wyglądasz! Biedaku... biedaku... zupełny z ciebie nieboszczyk!
Złośliwość we mnie wezbrała, przytem czułem się jakoś lepiej, przeto odparłem:
— Może raczycie mi złożyć wizytę w grobie? Nie... nie macie ochoty?
— O, nie... nie... — zawołali obaj — bardzo nam tutaj dobrze!
Podkreślając swój odwrót, stanęli tu przy wózku, a Chamaille, nawykły do rozmowy z umierającymi, spytał, potrząsając od niechcenia lejcami:
— No, jakże się czujesz, mój drogi?
— Jak się czuję? Dobrze, że się wogóle czuję jeszcze.
— Ot widzisz, Breugnon, czem jest człowiek! — zaczął proboszcz — Pamiętasz, że mówiłem ci to zawsze. Sam tylko Bóg jest potężny! My zaś to proch... to nic! Dziś się żyje, jutro gnije, dziś złoto, jutro błoto. Nie chciałeś wierzyć, radowałeś się życiem... Piłeś, śpiewałeś... A oto teraz, mój drogi, przyszła kryska na Matyska. Bóg cię wzywa. Honor to wielki, ale musisz stawić się przybrany w szatę godową. Muszę cię obmyć 2 brudu grzechów... przygotuj się, grzeszniku!
— Mamy czas! — odparłem — Zaczekaj, proboszczu!
— Skąd wiesz? Ani dnia, ani godziny...
— To nic... powiadam, mamy czas... a jeśli omnibus odejdzie do nieba beze mnie, to pójdę piechotą!
Zaczął machać rękami:
— Breugnon, drogi przyjacielu! Widzę, że i teraz jeszcze szatan cię trzyma za pole. Cóż to?a żarty... czegóż jeszcze chcesz od świata? Zważ, wszakże to nicość... marność... znikomość!
— Nudzisz mnie, Chamaille! — wołam — Zaczekaj, chcę razem z tobą udać się na tamten świat. To nawet dużo przyjemniej w kompanji, zwłaszcza z tobą!
— Czas mija! — zahuczał gromko proboszcz — Przestań żartować. Djabeł ci już siedzi na karku! Czy chcesz, by porwał w pazury twą czarną duszę? Dalejże, Colasie, uklęknij i czyń rachunek sumienia! Ja się będę modlił... tak... tak, uczyń to dla mnie... proszę cię bardzo!
— Dobrze! Zrobię, co trzeba. Nie chcę ubliżać Panu Bogu... ale muszę naprzód powiedzieć kilka słów Paillardowi. Idzie o testament...
— Powiesz potem!
— Nie! Paillard ma pierwszeństwo!
— Czyż stawiasz na drugiem miejscu szczęśliwość wiekuistą?
— Tak! Co wiekuiste, nie przeminie, a doczesność mogą tymczasem djabli wziąć. Zegnam się z tym światem, przeto sama grzeczność wymaga, bym jej udzielił audjencji przed zameldowaniem się w przedpokoju Pana Boga.
Nalegał, krzyczał, groził, ale nie ustąpiłem. Notarjusz wyjął papiery, pióro i siedząc na jakiejś beczce, spisał mój testament. Przysłuchiwali się licznie zgromadzeni przechodnie, włóczęgi i psy bezpańskie. Uporządkowawszy sprawy ziemskie, uporządkowałem sprawy ducha, a gdy wszystko się skończyło, Chamaille rozpoczął na nowo kazanie.
— Przyjacielu! — powiedziałem — Jesteś już znużony. Wszystko, co mówisz, jest bardzo budujące i wzniosłe, ale dla człowieka tak znękanego chorobą przydałoby się coś innego. Oto dusza moja gotowa jest już siąść na koń. Czyż nie uważasz za stosowne dać jej strzemiennego? Dusze chrześcijańskie, postarajcie się o flaszczynę!
O, jakże mnie dobrze pojęli! Obaj byli nietylko chrześcijanami, katolikami, ale ponadto Burgundami. Miast jednej przynieśli mi tedy trzy butelki: Chablis... Pouilly... i...Trancy. Z okna kajuty mego okrętu, który miał podnieść kotwicę lada chwila, rzuciłem linę. Gęsiarek poczciwy, który się jakoś nie bał zarazy, przywiązał do jej końca stary koszyk, a ja resztkami sił wciągnąłem na pokład tych ostatnich trzech przyjaciół i pasażerów.
Rzuciłem się po odjeździe proboszcza i natarjusza na siennik. Czułem się teraz mniej osamotniony. Nie będę opowiadał, co się ze mną działo w ciągu kilku następnych godzin. Nie wiem dlaczego, ale pamięć mi w tem miejscu nie dopisuje. W ścisłej komitywie z trójką butelek, a raczej z duchami w nich zamkniętemi, wędrowałem widać po rozłogach tak dalekch, że utraciłem wszelki kontakt z ziemią.
O północy spostrzegłem, że siedzę we własnym ogrodzie na grządce truskawek, rozduszając pośladkami mięsiste, chłodne owoce i gapię się na niebo widne poprzez gałęzie owocowego drzewa. Podziwiałem kontrast blasku nieba i cienia ziemi, a księżyc sterczał mi nad głową, tworząc niby róg. Tuż obok czerniło się wężowisko splątanych, długich korzeni winorośli. Wyglądały niby piekielne stwory, czy węże, czyhające na duszę grzesznika, gdy wyjdzie z ciała.
Skąd się tu wziąłem, niewiadomo. Zapewne chciałem przed śmiercią, obyczajem bohaterów Rzymu, powiedzieć mowę! Na pośladkach nie umiera Rzymianin! Sursum corda! Musiałem wtedy wstać i, szukając słuchaczy, udałem się w kierunku gdzie rosła kapusta. Wprawdzie nie miała ona jeszcze głów... ale trudno... A może też miałem zamiar poszukać czosnku. Powiadają, że w braku wina, najlepsza rzecz przeciw zarazie jest czosnek.
Ostatecznie, zaledwo znalazłem się w ogrodzie, opanował mnie czar nocy. Niebo sklepiło się cudnie nade mną niby ogromna korona drzewa, a na gałęziach wisiały miljony owoców. Cudne, niby złote jabłka, gwiazdy dojrzewały w owem półświetlu. Owoce zdały mi się gwiazdami, pochylały się ku mnie i zaglądały mi w oczy, mówiąc: żyjesz jeszcze, pijaczyno? Ano to dobrze! Miljony oczu śledziły, czy żyję, a jakiś cichy pośmiech życzliwie szumiał pośród grządek truskawek. Gdzieś wysoko śpiewało coś..., gwiazda, czy jabłko... nie wiem już dobrze:

Tarninko, dziecinko,
Nadrabiaj minką!
W ziemi cienie
Zapuść korzenie,
Nie daj że... się, nie!
A potem w górę
Podnieś fryzurę,
Aż hen, pod chmurę!
Tarninko!
Dziecinko!
Wypite winko!
Nadrabiaj-że teraz minką!

Nie miało to wprawdzie sensu (z wyjątkiem wzmianki o winie), ale wszystkie gałązki winnicy, drzew ziemi i drzewo nieba zakołysały się rytmicznie i zaśpiewały chórem:

Tarninko!
Dziecinko!

Zapuść korzenie!...
Nie daj że się, nie!...

Wydało mi się, że przemawiają wprost do mnie, przeto zanurzyłem ręce w pulchnej, tłustej ziemi, zapadłem w nią, a ona poczciwie rozstępywała się pode mną, biorąc w objęcia. Po chwili leżałem sobie wygodnie i zacząłem się nakrywać ziemią, niby ciepluchną kołderką. Tylko gęba była odkryta, a gwiazdy złączyły się w grona i zwisły mi nad ustami... takie smakowite, takie świeże. Lipcowa noc zanuciła teraz swą wielką pieśń, jakiś oszalały konik polny, nie zważając na swe nukłe zdrowie, śpiewał tuż nad mojem uchem...
Jakby to było hasłem uroczystości, wszystkie gwiazdy zmieniły.się w dzwony... dyn... dyn... dyn... Miljony dzwonów... ha... co za pogrzeb cudowny! Serce mi tłukło miotem, w uszach szumiało od tego dzwonienia.

Nagle, z głębi mojej dziury ujrzałem drzewo Jessego. Tuż obok mnie wyrastał z ziemi olbrzymi pień winorośli... Nie... nie obok... prawda... wyrastał wprost ze mnie, z mego własnego brzucha i wysyłał rozliczne gałązki ku niebu. Stało się tak jakoś, że, nie ruszając się z miejsca, zacząłem jednak wspinać się po tych gałęziach coraz wyżej, a przytem śpiewałem na całe gardło:

Nie uciekaj winogradzie
Moje sto tysięcy!
Chociaż leżę tu na zadzie,
Zapobiegę takiej zdradzie
I nie puszczę więcej!

Musiałem tak przez znaczną część nocy wspinać się i śpiewać, gdyż, jak mi potem powiedziano, prześpiewałem kilka tomów i to najrozmaitszych utworów. Śpiewałem pieśni święte i świeckie, De Profiundis, kolendy, Laudate, fanfary, walce, pieśni wielkopostne, piosenki kabaretowe, piszczałem, udawałem flet, bębniłem na bębnie i grałem na trąbce.
Zbiegli się zewsząd sąsiedzi, obstąpili winnicę i mówili do siebie z żalem:
— Co za wrzask! To Colas umiera... biedny Colas... Zwarjował przed śmiercią!
Nazajutrz zbudziłem się koło południa. Nie macie pojęcia, moi państwo, jak to przyjemnie zbudzić się na ziemi, na własnych śmieciach. Bolał mnie jeszcze coprawda wściekle brzuch, ale co za radość wiedzieć, że się jeszcze posiada brzuch! Aa... Breugnon... drogi chłopcze... widzę, zawróciłeś z drogi!... To doskonale... dajże pyska! Macam się po całem ciele... Jest... ]est... jest! Jakże dobrze, że wszystko jeszcze jest! Aa... jest także i mój ogród? Serwus! Malinki moje kochane... zielone jeszcze, ale wnet się zaczną złocić.
Zapadłem w radosną kontemplację, ale wyrwało mnie z zadumy wołanie. Dwaj ludzie ryczeli z poza muru:
— Breugnon... Breugnon! Czyś już umarł?
To Paillard i Chamaille nadsłuchiwali, czy nie dam znaku życia, a nie mogąc się doczekać, poczynali już wielbić moje cnot}’ i wychwalać nieboszczyka.
Wstaję pomaleńku... (o do licha, mój brzuch!) wstaję i zbliżam się zwolna, potem zaś nagle wystawiam głowę i wołam:
— A ku ku!
Rzucili się wstecz.
— Breugnon... chłopcze drogi... więc nie umarłeś?
Śmieją się i plączą z radości, ja zaś pokazuję im język.
— Żyją jeszcze poczciwi ludziska!
Wyobraźcie sobie, że te draby trzymały mnie przez całe dwa tygodnie w moim nędznym szałasie, aż się przekonali wyraźnie, że jestem zupełnie zdrów. Muszę przyznać, że nie dali mi cierpieć niedostatku. Miałem tedy i mannę i wodę (wodę ze skały Noego), a nawet codziennie wieści ze świata, gdyż opowiadali mi wszystko, stojąc pod okienkiem.
Gdym wyszedł, Chamaille powiedział mi:
— Breugnon, wiesz kto cię uratował? Oto mój wielki święty Roch. Powinienbyś mu podziękować!
— Zdaje mi się — odparłem — że uratowało mnie trzech świętych... a mianowicie św. Chablis, św. Pouilly i św. Irancy... Wszakże samiście mi przynieśli od nich lekarstwo.
— Niech i tak będzie, Breugnon! Ale jedź ze mną, muszę cię koniecznie pokazać memu świętemu!
— Zgoda, byłeś mi potem pokazał swoich trzech świętych!
Udaliśmy się do proboszcza i znowu zasiedliśmy we trójkę przy winku.
— Ho... ho... przyjaciele drodzy! — zawołałem — Jakoś bliżej teraz siebie siedzimy niż onego dnia, kiedy to prosiłem was o strzemiennego na drogę! Wówczas nie chcieliście wcale przypić do mnie!
— Wybacz, mój przyjacielu! — wyznał Paillard — Kocham cię, ale bardziej jeszcze siebie. Wspomnij przysłowie: Bliższa koszula ciała...
Mea culpa! Mea culpa! — bił się w piersi proboszcz — Jestem tchórz... taka już moja natura!
— Ach! Jakże to jednak dobrze żyć, drodzy przyjaciele! — zawołałem z westchnieniem. Ucałowaliśmy się serdecznie i powiedzieli sobie:
— Każdy porządny człowiek ma swe wady, ale jest i tak skarbem, darem nieba, a wiadomo: darowanej kobyle nie zagląda się w zęby!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.