Cień ponurego Wschodu/Mroczne cienie wsi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Mroczne cienie wsi
Pochodzenie Cień ponurego Wschodu
Data wydania ok. 1923
Wydawnictwo Książki Ciekawe
Druk Zakłady Graficzne Zygmunt Sakierski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Mroczne cienie wsi.

Wieś rosyjską opiewali najlepsi mistrze pióra. Lecz czy rosyjscy pieśniarze nie znali wcale wsi swej ojczyzny, czy też idealizowali ją, widząc w jej mroku to, co chcieli widzieć, a czego tam nie było i być nie mogło?
Spójrzmy na tę wieś rosyjską, niezależnie od tego, gdzie jest położona, czy w pobliżu wielkiego miasta, czy w dziewiczym lesie, gdzieś na północ od Wołogdy lub nad Kamą. Oczywiście, że im dalej od kulturalnych punktów, tem wyraźniej występują najbardziej charakterystyczne cechy wsi.
Znam osobiście dobrze sioła i wsie guberni petersburskiej, ołonieckiej, nowgorodzkiej, pskowskiej, oraz wsie i osady syberyjskie.
W tych zbiorowiskach naprędce skleconych chat o dachach ze słomy, albo grubo ociosanych desek czy krąglaków, naczelne miejsce zajmuje dom Boży — cerkiew lub kaplica wyznania prawosławnego; czasami też obok, w jakiejś już opuszczonej chacie mieści się szkoła ludowa, prawie przez dzieci włościańskie nie uczęszczana. Istnieje duchowny, istnieje nauczyciel, z których pierwszy bywa zajęty wyciskaniem z chłopów darów na plebanję i pijaństwem, drugi rewolucyjną propagandą i też pijaństwem. Lecz obok, tych przodowników religji i oświaty, tuż obok, w jednej z takich samych brudnych, cuchnących izb, mieszkają i działają czarownicy, wróżbiarze i wiedźmy... tu też, gdzieś w pobliżu gnieździ się prastare pogaństwo.
Przechowała się tradycyjna szkoła tych czarowników i wiedźm, i od jednego do drugiego przechodzą jej przepisy, przeżywszy wieki.
Czarownik jest to mężczyzna lub kobieta najczęściej starzy, którzy posiadają tajemnicę wiedzy leczenia chorób u ludzi i bydła, łagodzenia domowego demona, gdy zbytnio wpadnie w gniew, tamowania krwi, wypędzania robactwa z domów, oczyszczania osobno stojących poza obrębem wsi „czarnych“ łaźni chłopskich od djabłów, które tam obierają sobie siedzibę, straszą ludzi i czynią im różne krzywdy; szukania koniokradów; wzywania dusz zmarłych, czynienia wróżb, odnajdywania skarbów, ukrytych w ziemi, i t. p. Obok tego czarownik lub czarownica znają doskonale botanikę, a w ciemnej historji życia wsi rosyjskiej ponurą linją przechodzi zbrodnia trucicielstwa.
Opiszę niektóre praktyki tych czarowników z własnych doświadczeń.
W guberni petersburskiej, około st. Wejmarn leży wieś Manuiłowo, w której przemieszkiwał przed 10-laty niejaki Sokołow, posiadający liczną rodzinę. Lecz była to typowa rodzina chłopska ze wsi podmiejskiej. Córka Helena służyła pewien czas jako pokojowa w mieście Jamburgu, lecz wkrótce była przyłapana na kradzieży i wydalona. Potem mieszkała w Petersburgu bez zajęcia jako kobieta przedajna. Dwóch synów Sokołowa pracowało w fabrykach, lecz zbrzydła im ta praca, więc popełnili jakieś zabójstwo, po którym jeden odbył 4-letnie więzienie, drugi zaś był zesłany na Syberję. Ten ostatni po powrocie z wygnania zorganizował bandę rozbójniczą, która długi czas bezkarnie grasowała na okolicznych drogach, oddając za swą bezkarność miejscowej policji znaczną część swoich łupów. Takiej to rodziny był głową Sokołow. Słynął jako czarownik na cały obszerny okrąg kilku powiatów. Szczególnie był popularny z powodu swojej praktyki lekarskiej.
Bywałem często w Manuiłowie, gdyż polowałem tam, zapraszany przez miejscowego obywatela ziemskiego, p. Pawłowicza.
Pamiętam, że przywieziono kiedyś do Manujłowa z powiatu gdowskiego cały szereg chorych, pomiędzy którymi byli chorzy na trąd i tyfus brzuszny. Było też kilku weneryków. Rozpoczęło się leczenie. Trędowaty był wsadzony do beczki z gorącą wodą i nakryty szczelnie płachtami. Sokołow wrzucił do beczki jakieś zioła, mrucząc przytem magiczne formuły czy zaklęcia, w których często powtarzały się słowa „nostradamus“ i „szugana“. Potem zaczął okadzać beczkę z chorym dymem z suchych traw i ziół, kreśląc smołą na bokach beczki jakieś zawiłe, widocznie, przypadkowe znaki. Po godzinie wyjęto z beczki zemdlonego trędowatego; był czerwony, jak ugotowany rak, z oczami w słup. Rany jego na ustach, nosie i rękach wydawały się jeszcze bardziej straszne i ohydne. Gdy ocucono chorego, Sokołów kazał mu wypić duży kubek wody z tej samej beczki ująwszy go zaś za głowę, długo wpatrywał się mu w źrenice, i rzekł poważnym i rozkazującym głosem:
— Idź, idź precz szugana, czygana choroby! Czarny tego chce! Czarny ci to rozkazuje. Idź, idź precz!
Nie wiem czy pomogła trędowatemu ta kuracja, lecz wiem, że rząd rosyjski wskutek szybkiego rozpowszechnienia się trądu w powiatach jamburskim i gdowskim był zmuszony założyć tam szpital dla trędowatych.
Tenże Sokołow leczył chorych na tyfus w sposób niemniej zadziwiający. Chorych, miotających się w malignie, wstrząsanych gorączką i dreszczem, kładziono na śniegu na kilka minut, potem owijano w nowe płótno i mocno związywano sznurami. Tak „spreparowanego“ pacjenta Sokołow forsownie karmił gorącym, miękkim czarnym chlebem, zmieszanym z proszkiem z wysuszonych karaluchów, poczem kładł mu z zaklęciami na brzuch jedną po drugiej 13 cegieł, poznaczonych jakiemiś znakami i bardzo silnie ogrzanych.
Podobno ta kuracja zwykle szybko doprowadzała pacjenta do zdrowia, lecz w tym wypadku, o którym piszę, jeden z chorych zmarł z perytonitu, a znajdujący się w gronie myśliwych profesor Medycznej Akademji petersburskiej dr. med. Abramyczew pociągnął Sokołowa do odpowiedzialności sądowej.
Jednak spisany protokół zginął w kancelarji powiatowej policji, która, jak się okazało, często korzystała z porady „czarownika“ Sokołowa.
Weneryków czarodziej wsadzał na 3–5 dni do kupy gnoju końskiego, wyrzuconego ze stajni. Do tej kupy wtykał on siedem laseczek różnej długości, z przywiązanymi do nich szmatkami, noszącymi jakieś znaki i zapisanymi niezrozumiałymi słowami: „prys, taczuj, habdyk“.
Bydło się leczy okadzaniem dymem z traw, proszkami ze spalonych włosów, wysuszonych żab lub nietoperzy; rany zwierząt zaleczane są roztopionym tłuszczem borsuka lub szczura. Wszystko to się dzieje przy mruczeniu lub wykrzykiwaniu różnych niezrozumiałych słów, a nawet całych frazesów.
W gubernji pskowskiej, w powiecie ostrowskim, byłem świadkiem leczenia dziwnej choroby u koni i kobiet. Ogony i grzywy końskie oraz warkocze kobiet czasem stawały się nagle tak splątanymi, że nie można ich było w żaden sposób rozczesać. Medycyna wie, że ten objaw zależy od zakażenia się jakimś specjalnym wodorostem i że ta choroba jest właściwością miejsc bagnistych. Jednakże miejscowy czarownik postawił inną diagnozę. Orzekł, że to „domowy demon po nocach plecie warkocze kobietom i grzywy koniom, plącząc i wichrząc je, gdyż się za coś gniewa“. Dla przebłagania tego demona konieczna jest ofiara.
Wybierają więc jakąś porzuconą chatę palą w niej w piecu, żeby było ciepło. Za piec kładą rożne szmaty, stare kożuchy, na których, jak wiadomo, lubi się wylegiwać demon. Na podłodze krwią czarnego koguta zakreślają koło, w którem stawiają mleko, miód, jęczmienną kaszę i sól dla demona na ucztę.
Do ciemnej, gorącej i dusznej izby wprowadzają przed północą młodą dziewczynę, z rozpuszczonymi włosami i związanymi rękami. Włosami tej ofiary musi się zabawić demon i dać spokój reszcie kobiet. Po takiem przebłaganiu domowego demona, jego ofiara zwykle 14–15 letnia dziewczynka, częstokroć wpada w stan obłąkania, lub histerji i prawie nazawsze pozostaje nienormalną, ale za to bardzo poważaną w całej okolicy, gdyż „widziała demona,“ a on ucztował z nią i częstował wódką, której flaszkę stawiają przy związanej dziewczynie.
Czarownicy docierają nawet do takich miast jak: Petersburg, Moskwa, Odesa, Kijów i Charków. Prawda, że tu ich praktyka rozwija się wśród najciemniejszych i najuboższych warstw ludności przedmieści, lecz czasami zupełnie niespodzianie zjawiają się oni nawet w pałacach.
Przypominam sobie rok 1897. Udzielałem lekcji dzieciom wysokiego urzędnika, który mieszkał w pięknym pałacu księcia Leuchtenberga, spokrewnionego z rodziną carską. Pewnego dnia mój uczeń oznajmił, że w kuchni, oraz w jadalnym pokoju rozmnożyły się karaluchy i zawołano „czarownika,“ aby je wypędził. Poszliśmy spojrzeć na to widowisko.
Czarodziej, mały, obszarpany staruszek, złapał właśnie jednego karalucha, uważnie obejrzał go, podniósł do swoich ust i zaczął coś do niego szeptać, powtarzając coraz częściej wyraz „yg“.
Po kilku minutach takiej rozmowy z karaluchem, wyjął kredę z kieszeni i na grzbiecie jego nakreślił jakiś znak, poczem puścił go na wolność. Karaluch natychmiast skrył się w szparze w kredensie, czarownik zaś dostał rubla i odszedł. Nazajutrz mój uczeń powiadomił mnie, iż kucharka zaklina się, że widziała jak naznaczony przez czarownika karaluch obiegł wszystkie skrytki, zebrał wszystkich swoich rodaków w wielki oddział i ruszył z nim w świat z pałacu Leuchtenbergów.
— Czy zabrały ze sobą bagaże i żywność? — spytałem chłopca.
Zaśmiał się wesoło i odrzekł:
— Po lekcji zapytamy o to kucharkę... napewno zapytamy.
Przechodząc w 1920 roku przez Syberję, zdarzyło mi się nocować w jednej wsi. Byłem zmęczony długą konną jazdą i zakurzony od stóp do głowy, przeto z wdzięcznością przyjąłem propozycję gospodarzy, abym się wymył w łaźni.
— Słuchaj-no żono! — odezwał się gospodarz, — gościa samego nie puszczaj do łaźni. Poszlij chłopca po Maksyma, niech z gościem idzie.
— Ja się doskonale obejdę bez pomocy! — żywo zaprotestowałem.
— Nie panie, tak nie można! Może panu coś się złego stać jeżeli pan pójdzie bez naszego czarownika — poważnym głosem rzekł gospodarz.
— Dlaczego? — zapytałem ze zdumieniem.
— A bo to widzicie, panie, w naszej łaźni djabli obrali sobie siedlisko i straszą ludzi — objaśniał mnie chłop — onegdaj zrzucili jedną staruszkę z ławy, a ona zawadziła o kocioł z gorącą wodą, poparzyła się i umarła...
Nie chciano mię puścić samego, więc musiałem czekać na Maksyma, ogromnego chłopa z grzywą powichrzonych siwych włosów i z białą brodą patrjarchy.
Gdy zbliżyliśmy się do małej łazienki, stojącej na skraju warzywnego ogrodu, Maksym zatrzymał się i zawołał:
— Bies, czort, czarny djabeł, mały czy duży, zły czy wesoły, to ja! to ja!
Weszliśmy.
W łaźni było gorąco, czadno, parno i duszno. Zapaliliśmy kaganiec. Wtedy z ciemności wyłoniły się niejasne kontury różnych przedmiotów. Olbrzymi masyw rosyjskiego pieca, dwie proste ławy, kadzie z zimną i gorącą wodą, kupa kamieni, czarnych i rozpalonych dla wytwarzania pary przy wylewaniu na nie wody.... Niepewne, migotliwe blaski kagańca biegły po podłodze, ścianach i pułapie czasem żywiej zapalając się na ruchomej powierzchni wody w kadziach.
Nareszcie Maksym, rozebrawszy się, wyjął jakąś miotełkę z suchych traw, umoczył ją w gorącej wodzie i usiadłszy na podłodze w najciemniejszym kącie, zaczął rozmawiać z kimś niewidzialnym, przyprawiając swoją mowę wykrzyknikami: „A kysz! A kysz!“ i kogoś zlekka uderzając swoją miotełką.
W kącie oczywiście roiło się od istot, szarych, czarnych, lub czasami zupełnie przejrzystych. Do nich to gadał, ich to zlekka chłostał stary czarownik, który nie chciał wiedzieć i widzieć, że to cienie chybkie i chyże od migającego światła kagańca miotały się, jak myszy, błyskawicznie i prawie niewidzialnie.
— No, teraz nie przyjdą! — rzekł nareszcie stary uspokojonym głosem.
Oczywiście nie przyszły i wymyłem się doskonale.
Zamiłowanie do kradzieży koni jest cechą narodu rosyjskiego. Niezawodnie jest to pozostałością atawistyczną po przodkach, mongolskich koczownikach, lub fińskich poganach, a nawet prawo karne było zwykle bardzo problematycznie stosowane w sądach rosyjskich przy rozpatrywaniu spraw koniokradów. Jest to ciekawa osobliwość plemienna. Wszyscy koczownicy, nawet bogobojni i absolutnie uczciwi Mongołowie z Chałchi, są koniokradami. Kradzież koni — jest to rodzaj rycerskiej wyprawy, dowód odwagi i zręczności, gdyż w takiej wyprawie człowiek tylko na siebie liczy, depce prawo i pozostaje poza niem.
Prawo stepowe mongolskie, przeniesione do nadwołżańskich stepów i prawo Indjan północno Ameryki wyraźnie zaznaczają, że kradzież koni jest ciężkiem przestępstwem, lecz o zastosowaniu go tradycja milczy, dając możność poszkodowanemu w dowolny sposób odebrać konia i pokarać zbrodniarza.
To też widzimy, że w Rosji przyłapany koniokrad zawsze ginie w najokrutniejszy sposób przy dokonaniu sądu doraźnego, a sąd państwowy dość pobłażliwie patrzył na to obyczajowe prawo Lynch’a.
Rosyjski chłop, gdy nie mógł po śladach wytropić złodzieja, dogonić go i schwytać, szedł do czarodzieja — „koniewika“, czyli specjalisty od koniokradów. Ten go wysłuchiwał uważnie i radził przyjść w nocy, a przynieść uzdę, która była nakładana na skradzionego konia, gnoju ze stajni i korzec owsa.
Byłem świadkiem takiego czarowania w powiecie wałdajskim gub. nowgorodzkiej.
Przyszliśmy z poszkodowanym chłopem do czarownika około godziny 10-tej wieczorem. Zapukaliśmy do drzwi. Czarownik kazał chłopu rzucić trochę owsa przy każdym rogu chaty, a uzdą uderzyć w jedyne okno we wschodniej ścianie. Gdy to uczynił, w oknie się zjawiło światło, i czarownik pozwolił nam wejść.
W małej, niskiej izbie było duszno. Przy piecu płonął wetknięty w szczelinę pomiędzy popękane kamienie kawał smolnego łuczywa, silnie dymiący. Przy krwawych blaskach ognia, zobaczyłem zwieszające się od pułapu uzdy, ogony i skóry końskie, pęki traw i ziół, oraz czarne od dymu woreczki.
Przed piecem siedział czarownik-koniowik, mały siwy człeczyna o mocno zezowatych oczach i rozwartych ustach, odsłaniających czarne, zgniłe zęby. Patrzył badawczo i trwożnie zarazem.
Wziął od chłopa uzdę, starannie ją badał, wąchał, twardość rzemienia na zębie próbował, aż nagle głośno i przeraźliwie zawył.
— Konia uprowadzili.. konia gonią daleko..... daleko.... koń dobry..... W pianie cały.... rży.... rwie się do domu..... Trru ........Gospodarski masz tu owies... Ta...ta...ta, koniku... chodź tu... chodź!
Mówiąc to rzucał na węgle w piecu owies, wpatrując się w biegające po węglach wężyki niebieskiego i złotego ognia.
Wstał, zerwał z pułapu wiązankę jakichś traw i rzucił na węgle.... Skręciły się suche badyle i liście, wyciągnęły się potem jak węże i buchnęły płomieniem. Stary wrzucił do pieca trochę gnoju końskiego, a gdy buchnął dym, pochylił się nad węglami i jął szeptać...
— Koń... koń... Wielka droga.... szosa... trzy chaty... Sosna spalona... łąka ze szczerniałym stogiem siana... Wysoki chudy chłop prowadzi konia... Ma ogoloną głowę, bliznę na czole i kuleje.....
— Znam go, znam! — zawołał chłop. — To Kuźma! Cygan z Nieszetiłowa. Już mi się nie wymknie tym razem!
I z tymi słowy wypadł z chaty. Poszedłem do domu, a w parę dni dowiedziałem się, że chłop, zabrawszy ze sobą dwóch synów i zięcia, napadł na Kuźmę Cygana, związał go w jego własnym domu i przywlókł do wsi.
Tu zaczęto go bić, wyłamywać stawy i wyrywać włosy, żądając, aby powiedział, gdzie ukrył konia. Kuźma zaklinał się na wszystkie świętości, ze konia nie widział i nie kradł, lecz tłum nie wierzył. Rzucono się do niego powtórnie, bito i znęcano się nad leżącym „koniokradem“, aż któryś z bardziej namiętnych katów wbił mu w brzuch widły i pozbawił życia.
Ciało zawleczono na puste pole i zakopano w ziemię, a w kopiec wbito pal. Jest to emblemat starego prawa Złotej Hordy, rozkazującego, żeby złapany koniokrad bywał nabijany na pal. Jednak taka egzekucja potrzebuje zbyt długiego zachodu, łatwiej pal wbić w kopiec, pod którym leży zabity widłami i pięściami, wskazany przez czarodzieja-koniowika domniemany winowajca.
Kult demoniczny czyli szamaństwo jest całkiem zrozumiały na strasznej pustyni północy, gdzie natura włada całymi chórami różnych, a straszliwych głosów, gdzie wichry, dmące od Lodowatego Oceanu, łakną śmierci, gdzie trzęsawiska zieją zarazą, gdzie dziki zwierz i zdziczały człowiek noszą w swych jarzących się z głodu i rozpaczy oczach — śmierć, gdzie wreszcie, ziemia i powietrze są przesycone krwią, łzami, jękami i przekleństwami tych, których carowie rosyjscy i ich inteligentna biurokracja rzuciła na pastwę samotnych mąk i śmierci za jedno tylko dążenie do wolności... dając im wolność bezgranicznej pustyni śnieżnej, na której jak kamienie w otchłani oceanu zginęły bez śladu setki i tysiące mogił tych męczenników.
Dla tych przeklętych przez Boga i ludzi miejscowości odpowiedniem wydaje się ponure szamaństwo, rozpowszechnione śród wymierających, dzikich plemion koczowniczych.
Lecz przecież w samej Rosji, tuż pod stolicą, można było spotkać swojskich szamanów.
Znałem dwóch takich...
Byłem wtedy jeszcze uczniem gimnazjum. Spędzałem letnie wakacje z moim przyjacielem doktorem na półwyspie Kolskim. Przejeżdżaliśmy przez gub. ołoniecką i w odległości kilkunastu kilometrów od miasta Pietrozawodska, wypadło nam pozostać na nocleg w dużej wsi.
Zatrzymaliśmy się w miejscowym zajeździe, brudnej, wstrętnej budzie, przesyconej zapachem wilgoci i wódki.
Po kolacji udaliśmy się do swego pokoju, aby sporządzić więcej nabojów do naszych dubeltówek gdyż, jadąc konno w tych słabo zaludnionych miejscowościach, dużo polowaliśmy.
Gdyśmy już zaczęli swoją robotę, ktoś cicho i ostrożnie zapukał do drzwi. Po chwili wszedł mały człowiek, wychudzony, blady w obcisłem, długiem czarnem ubraniu. Był podobny do służki klasztornego. Jednak twarz tego człowieka zwracała na siebie uwagę z powodu ogromnych, pałających i przenikliwych oczu.
Żywo pamiętam, że mimowoli uczułem strach przed tym człowiekiem, tak ostro świdrującym nas swym gorejącym wzrokiem.
— Czego sobie życzycie? — zapytał doktór, wsypując do gilzy miarkę prochu i nie podnosząc na gościa oczu.
— Przyszedłem wywołać wam duchy! — poważnie odparł mały człowiek.
Miarka wypadła z rąk mego przyjaciela, który patrzył przez okulary zdumionym wzrokiem na mówiącego.
— Duchy? — zapytał podnosząc ramiona.
— Tak jest — duchy, — spokojnie odezwał się gość.
— Więc kim jesteście? — dalej rozpytywał doktór.
— Jestem „kołdunem“, szamanem! — brzmiała obojętna odpowiedź. — Wywiozłem tę wiedzę z tundry Małej Ziemi, gdzie koczujące plemiona posiadają tajemnicę obcowania ze zmarłemi i duchami.
— Bardzo ciekawe! — zawołał doktór. — Lecz tu przecież nie możecie wywoływać dusz zmarłych lub jakichś duchów?
— Mogę! Mogę chociażby natychmiast, — uśmiechnął się szaman. — Kosztuje to tylko trzy ruble, panowie!
W oczach jego zamigotało błaganie i obawa, że nie przyjmiemy oferty.
— Dam trzy ruble! — zgodził się doktór. — Proszę przystąpić natychmiast...
— Odrazu, natychmiast! — ucieszył się szaman, skwapliwie chowając podane mu papierowe banknoty. — Proszę siąść wgłębi pokoju i zgasić światło!
Zdążyłem zauważyć, że wyjął z kieszeni małą, cienką deseczkę i przyłożył ją do ust.
Siedzieliśmy w milczeniu i ciemności. Tylko blade światło naftowej lampki, posyłało z przeciwległej chaty skąpe promienie. Pozwalało to nam widzieć czarną postać szamana, stojącego nieruchomie w pobliżu drzwi. Nagle rozległ się cichy, ledwie dosłyszalny dźwięk podobny do brzęku skrzydeł muchy, która wpadła w pajęczą sieć. Dźwięk ten pomału stawał się głośniejszy, aż nareszcie wydało mi się, że wypełnił cały pokój, że rozbił się na dziesiątki, setki nut, które tłukły się o szyby okna, o brudny sufit, oklejony papierem, o ściany; dźwięki drżące, piskliwe lub huczące i basowe nosiły się w szalonym wirze po izbie, zbliżały się do samych uszu, to znowu biegły gdzieś daleko, daleko, aż milkły prawie. Jakiś dziwny niepokój ogarniał mię, jakieś niezrozumiałe przeczucia dręczyły duszę, w której ciążyło coś chorobliwego i ponurego.
Czarna postać szamana, słabo rysująca się w ciemnościach, zaczęła się słaniać i wachać. Narazie powolnie, metodycznie, później szybciej i namiętniej, aż ruchy przeszły w szybkie, prawie nieuchwytne skoki, skręty, rzuty. Szaman zaczął się obracać na jednej nodze coraz szybciej, aż po kilku minutach upadł znużony i zdyszany, urywanym głosem krzycząc przeraźliwie.
— Przyszli!... przyszli!....
Całe tłumy dźwięków po dawnemu tłukły się i ganiały po ciemnej izbie, zmieniając się w jakiś wicher, burzę i zamęt, odczuwany z fizycznym prawie bólem. Jakieś podmuchy wiatru przenosiły się po pokoju, czułem jak wichrzyły mi włosy na głowie i poruszały papier, leżący na stole. Jak długo to trwało — nie zdawałem sobie sprawy. Wiem tylko, że ręce stały się lodowate, a na czoło występowały mi krople potu. Wzrok stał się nadzwyczaj ostry. Już zupełnie wyraźnie widziałem leżącą na ziemi postać szamana, odróżniałem jego bladą, prawie świecącą się twarz i szeroko rozwarte, pałające źrenice. Trzymał w ręku tę samą deseczkę i wodził po niej ustami, wydobywając z niej dźwięki.
Nagle w różnych miejscach pokoju w ciemności na jedno mgnienie oka zabłysły zielonawe, fosforyczne ogniki i zgasły. Jeszcze raz i.... jeszcze... Dźwięki raptownie zamarły w powietrzu,... dmący w twarz wiatr wzmógł się na sekundę, błysnęło kilka płomyków pod sufitem i wszystko zgasło, umilkło, uspokoiło się, jak gdyby spadła jakaś ciężka, czarna zasłona. Szaman nie dawał znaków życia i nie odpowiadał na zapytania doktora, czy można zapalić lampę.
Gdy światło zabłysło w pokoju, zbliżyliśmy się do szamana. Leżał z zamkniętymi oczyma i mocno ściśniętymi ustami. Z nosa wypływała cienka struga krwi, a około ust głębiej się zarysowały zmarszczki bólu.
Podnieśliśmy go i posadziliśmy na kanapie. Podniósł powieki i wyszeptał:
— Wódki!
Doktór nalał mu duży kieliszek wódki z myśliwskiej flaszki. Szaman, szczękając zębami o szkło, wypił, przeciągnął się i wstał.
— Dziś źle się udało....... Przyszły lecz zatrzymały się zdaleka..... i nie chciały zbliżyć się.
Po chwili wyszedł.
Mój przyjaciel doktór poklepał mię po ramieniu i rzekł:
— Daleko zdrowszą rozrywką jest strzelanie do dzikich kaczek i cietrzewi, niż wzywanie duchów. Lecz uspokój się mały! To nie są czary. Monotonne dźwięki również jak jednostajny ruch są doskonałym środkiem dla zahypnotyzowania... Ale musimy spieszyć się z robieniem nabojów! Rozwiązuj worek ze śrótem Nr. 3.
To było pierwsze moje spotkanie z szamanem — „kołdunem“.
Drugie było w kilkanaście lat później na brzegach Pacyfiku.
Było to na początku mojej naukowej karjery, gdy studjowałem genezę kamiennych węgli Dalekiego Wschodu. Działo się to nad rzeką Tudagou w kraju Usuryjskim.
Rozbiliśmy namioty w dębowym i orzechowym lesie, nic nie podejrzewając, przygotowywaliśmy swój obóz na dłuższy tu pobyt, gdy naraz przybyło do nas dwóch konnych „Oroczonów“[1]. Oznajmili, że tu nie możemy zostać, gdyż jest to cmentarz oroczoński. Widząc moje zdziwienie, tubylcy, wyprowadzili mię na niewielką polanę i wskazali na wierzchołki drzew. Zauwarzyłem kilkanaście długich, czarnych przedmiotów, wiszących na gałęziach drzew.
Były to ciała zmarłych. Oroczonowie owijają swoich nieboszczyków w jelenie skóry, obkładają kawałami dębowej kory i mocno obwiązują rzemieniem, poczem zawieszają na gałęziach wysoko ponad ziemią.
Widząc, że nie chcę porzucać swojego obozu, Oroczonowie zaproponowali mi uraczyć ich wódką, za co podjęli się przywieść szamana, który miał wezwać dusze wiszących nieboszczyków i zapytać je o pozwolenie koczowania w obrębie ich posiadłości.
Wieczorem przybył szaman. Był to młody chłop o twarzy zczerniałej i pooranej przez ospę. Ubranie miał z różnobarwnych łachmanów, ze zwieszającymi się do ziemi paskami wymalowanej na czerwono i żółto skóry. Miał olbrzymi bęben i długi drąg z wiszącymi na nim dzwonkami i piszczałką, zrobioną z kości jelenia.
Odrazu przystąpił do czynności. Zaczął zawzięcie bić w bęben, grać na piszczałce i potrząsać dzwoneczkami. Wkrótce pozostał tylko przy piszczałce, zaczął skakać i kręcić się, wysoko podrzucając nogi. Przeraźliwe nuty piszczałki coraz częściej przerywały się wysokimi falcetowymi krzykami i jękami szamana. Kręcił się z szaloną szybkością, twarz mu nabrzmiała, usta rozdęły się, oczy nalały krwią, z poza zaciśniętych kurczowo zębów płynęła piana.
Padł nareszcie na ziemię i długo drgał, jakgdyby konał, a chociaż nie wydawał już żadnych dźwięków, jednak w powietrzu huczał jeszcze bęben, dźwięczały dzwonki i piszczałka i rozlegały się przeraźliwe i jękliwe głosy, powtarzane przez echo leśne i przez tę głęboką ciszę, które znają tylko ciepłe, znużone od skwaru słońca, rozmarzone, rozkołysane noce lipcowe...
Gdy szaman powstał, zapytaliśmy go, czy możemy pozostać. Odparł potakująco i, wziąwszy trochę soli i mięsa, rzucił to na cztery strony świata, przynosząc ofiary gościnnym dla nas duszom zmarłych Oroczonów.
Ważną rolę w życiu wieśniaków rosyjskich odgrywa sztuka wróżbiarska. Twierdzę, że w ojczyźnie wróżbiarstwa — Tybecie i Mongolji, nie widziałem takiego rozpowszechnienia tych praktyk, które zresztą mają tam charakter kultu religijnego, gdy w Rosji wróżbiarstwo jest nauką „czarną,“ idącą od złych duchów. Z tego to powodu kryje się w odosobnionych chatach, a wychodzi na jaw tylko w noce ciemne i burzliwe, tylko w porze spóźnionej, gdy wszelkie „złe siły“ grasują po ziemi, zaglądając do ciemnych chat jeszcze bardziej ciemnych chłopów, których duszy nikt nie poznał.
Żaden chyba naród nie przywiązywał tyle wagi do znaczenia wróżby, co naród rosyjski. Nie tylko dzika i ciemna wieś, lecz mieszczaństwo, warstwy robotnicze, którym ich przywódcy wszczepiali pseudo-kulturę, oraz wyższe klasy społeczeństwa rosyjskiego często w bardzo poważnych wypadkach życiowych uciekały się do wróżbiarzy.
Jeżeli w Zachodniej Europie, oraz w Stanach Zjednoczonych rolę, którą odgrywają chiromanci, jasnowidzący i wróżbiarze, objaśnić można szczególnie w dobie wielkiej wojny światowej pewnem dążeniem do mistycyzmu, w Rosji jest to objawem żywiołowym i atawistycznym par excellence.
Cygańska sztuka wróżby z kart, siedmiu lub trzynastu kamyków, bobów lub kości miała duże powodzenie i wielu bardzo wprawnych praktyków-wróżbiarzy. Każda stara kobieta wiejska, każdy starzec ze wsi posiadał tę sztukę; uprawiały ją także z większem lub mniejszem powodzeniem wszystkie kobiety wiejskie. W miastach zdarzało się to samo, i można twierdzić z pewnością, że w takich miastach jak Petersburg lub Moskwa nie było ulicy, gdzie nie moglibyśmy odnaleść jednego lub kilku najbardziej dzielnych wróżbiarzy lub wróżbiarek, mających dużą klijentelę i stały, a znaczny zarobek. Oprócz tego w tychże miastach cieszyli się rozgłosem specjalni, szczególnie wprawni wróżbiarze, w których lokalach, ozdobionych jaskrawymi wschodnimi draperjami i kobiercami, wypchanymi sowami i jaszczurkami oraz oszklonymi pudełkami z wysuszonymi nietoperzami, ropuchami i żmijami, zdarzało się spotkać prostą babę z pospólstwa, tłustego mieszczucha-rzeźnika, bladego robotnika z bojówki rewolucyjnej, podejrzaną damę z półświatka obok nawskroś „uduchowionej“ i eleganckiej przedstawicielki najlepszego high-life’u.
Była to manja, choroba, zboczenie, lecz przyczyny tego leżą głęboko w duszy człowieka rosyjskiego.
Arabskie wróżbiarstwo z fusów od kawy posiada też dużo zwolenników szczególnie w Moskwie, a w pałacu hr. Klejnmichelów ta sztuka podczas upadku dynastji uprawianą była w szerokim zakresie, gdyż na powierzchni gęstej, czarnej kawy chciano koniecznie odczytać losy „ubóstwianych“ Romanowych oraz tych, których dobrobyt i wspaniałość całkowicie od łaski tronu zależały.
Raz jeden byłem świadkiem wróżby tego rodzaju w domu pewnego wysokiego urzędnika, którego żona, pochodząca z arystokracji, często się uciekała do wróżby. Czyniła to znana wróżbiarka Irma Galesko.
W półmroku buduaru, oświetlonego jedną tylko lampką o dość ciemnym abażurze, Rumunka długo rozpatrywała czarną powierzchnię kawy i fusów, podanych w trzech filiżankach. Patrzyła na to z góry i pod światło, czasem z lekka dmuchając na zawartość filiżanek, lub dotykając ich zręcznym ruchem długiego czarnego pióra. Najgłówniejszą częścią operacji było ustawiczne szeptanie niezrozumiałych wyrazów zaklęć. Po długiem badaniu zawartości filiżanek, Rumunka wylała całą kawę do białej płaskiej wazy, rzuciła do niej szczyptę ziółek i znowu zaczęła dmuchać na kawę i dotykać jej czarodziejskiem piórem.
Nareszcie zaczęła mówić, jak gdyby widząc coś na nieruchomej powierzchni fusów lub czytając jakieś pismo, napisane na nich. Uważnie patrzyłem na zawartość wazy, lecz nic nie dojrzałem i rozumiałem, że cała ta operacja z przelewaniem kawy, z piórem, dmuchaniem i zaklęciami była prostą dekoracją, na tle której wróżka snuła swoje przepowiednie, sprytnie analizując charakter domu i życzenia swej klijentki.
W narodzie rosyjskim największe powodzenie mają te formy wróżbiarstwa które początek swój biorą w wiekach pogaństwa. Są to wróżby z krwi i wody. Wszystkie te postacie wróżb widziałem w guberni pskowskiej, najbardziej zapewne zacofanej i przechowującej zazdrośnie wśród swoich bagnistych obszarów, w gęstych lasach lub pośród piaszczystych wydm na rzece Wielkiej i na posępnych wybrzeżach pskowskiego jeziora, owianego ponurymi legendami z eposu iście pogańskiego.
Nieraz będę wracał do guberni pskowskiej, odległej od stolicy Rosji o 4 godziny jazdy koleją, jako bardzo typowej dla całego narodu rosyjskiego.
Było to we wsi Załużje, otoczonej całą siecią bagnistych jezior i rzeczułek. W okolicach tej wsi grasowała cholera, unosząca coraz więcej istnień ludzkich. Trzeba było dowiedzieć się, kto sprowadził epidemję do tego zapomnianego przez Boga i ludzi kąta. Uczynić to mógł tylko wróżbiarz. Przywieziono jakiegoś omal że nie stuletniego starca, którego umieszczono w osobnej izbie tuż pod lasem na brzegu zarośniętego sitowiem jeziorka. Po zachodzie słońca zaprowadzono do chaty czarnego barana i przywieziono stary młyński kamień.
W nocy gdy zaczęły po raz pierwszy piać koguty, wróżbiarz wyprowadził z chaty barana z uwiązanymi do rogów i szyi pękami traw i ziół, przerżnął mu gardło i krwią zbroczył młyński kamień, poczem rozpalił ognisko, coś szepcząc i wykrzykując. Gdy na dnie ogniska zaczęły się tworzyć większe ilości węgla, wyjmował go palcami i wrzucał na kamień. Krew się zwarzyła wkrótce, i utworzyła dużo większych i mniejszych zczerniałych kawałków. Nad kamieniem podniosła się para i dym, a wróżbiarz, wichrząc na sobie włosy i brodę i szeroko roztwierając wyblakłe od starości oczy, jął krzyczeć przeraźliwym i urywanym głosem:
— Widzę w dymie krwawym i w oparach czerwonych... mogiły i bladą straszną śmierć... Przed nią idą ludzie, nie znam ich, nie są z naszych okolic... Idą i wrzucają do wody rzek i studni, do obór, do spichrzów ziarna choroby, co niszczy i zabija nasz lud... krwią, tylko krwią należy zwalczyć śmierć... Widzę, widzę to w czerwonych, krwawych oparach i dymie...
Chłopi stali, ponuro milcząc, głęboko zamyśleni. Umilkł wróżbita, i słychać było tylko ciche syczenie płomienia ogniska, lekki trzask spalonych kawałków zważonej krwi, przyspieszony oddech tłumu i szum sitowia nad jeziorem. Zdaleka dochodziły krzyki nocujących na jeziorze dzikich kaczek, głuchy ryk zbłąkanej krowy i ujadanie psów. Czerwcowa noc była pełna tajemnicy, zaczajona, gotowa ukryć wszelką zbrodnię i wszelki przejaw pierwotnej żywiołowej natury ludzkiej, i, zdawało się, że słuchała niewypowiedzianych myśli tego ciemnego tłumu, zalanego krwawymi blaskami ogniska. Mimowoli przeniosłem się myślą do tych prastarych czasów, gdy być może, na tem samem miejscu stał drewniany posąg boga Perkuna, a kapłani w białych, płóciennych szatach i w wieńcach na głowie, nożami ofiarnymi przelewali krew poświęconych zwierząt; ogniem płonącym na ołtarzu, tak samo, jak teraz, były wtedy oświecone przerażone tłumy, wydające się zbiorowiskiem krwawo-szkarłatnych widm...
Tak się odbywała wróżba, a w parę dni później tłum chłopów schwycił lekarza i felczera, przysłanych z miasta dla walki z epidemją, zabił ich drągami, a ciała wrzucił do bagnistej rzeki. Zaczęły się dochodzenia, sądy i wyroki, po których na Syberję i do więzienia poszły nowe tłumy ponurych chłopów, których jedyną zbrodnią była ciemnota duchowa.
Innym znów razem już w pobliżu Piotrogrodu, w mieście Gdowie, widziałem wróżbę na wodzie.
Wróżka nalała do szklanej misy wodę i zwróciła się do swej klijentki z prośbą o obrączkę ślubną.
Chodziło o dowiedzenie się o losie jej męża który wyjechał był w długą podróż i nie dawał znaków życia.
Kobieta wręczyła wróżce obrączkę, którą ta opuściła z zaklęciem na dno misy i schyliła się nad naczyniem. Wróżka, mrucząc jakieś słowa, dmuchała na wodę, której powierzchnia marszczyła się i drgała. Długo nic nie widzieliśmy. Aż nareszcie wydało mi się, że otwór obrączki jest jakby małem okienkiem w ściance, za którą mieści się duży pokój. Zauważyłem bardzo szczegółowo umeblowanie i ogólny plan pokoju, gdy naraz wszedł niemłody mężczyzna o spokojnej i uśmiechniętej twarzy. Widziałem wyraźnie każdy szczegół jego oblicza i ubrania. Naraz mężczyzna zbladł, złapał się za pierś i upadł na ziemię. Nad leżącym nagle zaczął zapadać zmrok. Obrączka wydała mi się wtedy otworem, przebitym w dnie naczynia. Wróżka i jej klijentka były blade i wzruszone. Wróżka rozpaczliwie trzęsła głową i szeptała:
— Zła wróżba, bardzo zła!... Umrze... nie! umarł raczej... Niezawodnie.
Dziwny wypadek chciał, żeby się wróżba spełniła. Nazajutrz przyszedł telegram, że mąż mojej znajomej nagle umarł wskutek ataku sercowego, chociaż pomyślnie zakończył swoje sprawy i miał tego dnia wyjechać z powrotem do domu.




Przypisy

  1. Oroczony są to koczownicy, myśliwi z plemienia mongolskiego, które już prawie wymarło.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.