Strona:Ferdynand Ossendowski - Cień ponurego Wschodu.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po kolacji udaliśmy się do swego pokoju, aby sporządzić więcej nabojów do naszych dubeltówek gdyż, jadąc konno w tych słabo zaludnionych miejscowościach, dużo polowaliśmy.
Gdyśmy już zaczęli swoją robotę, ktoś cicho i ostrożnie zapukał do drzwi. Po chwili wszedł mały człowiek, wychudzony, blady w obcisłem, długiem czarnem ubraniu. Był podobny do służki klasztornego. Jednak twarz tego człowieka zwracała na siebie uwagę z powodu ogromnych, pałających i przenikliwych oczu.
Żywo pamiętam, że mimowoli uczułem strach przed tym człowiekiem, tak ostro świdrującym nas swym gorejącym wzrokiem.
— Czego sobie życzycie? — zapytał doktór, wsypując do gilzy miarkę prochu i nie podnosząc na gościa oczu.
— Przyszedłem wywołać wam duchy! — poważnie odparł mały człowiek.
Miarka wypadła z rąk mego przyjaciela, który patrzył przez okulary zdumionym wzrokiem na mówiącego.
— Duchy? — zapytał podnosząc ramiona.
— Tak jest — duchy, — spokojnie odezwał się gość.
— Więc kim jesteście? — dalej rozpytywał doktór.