Strona:Ferdynand Ossendowski - Cień ponurego Wschodu.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pękane kamienie kawał smolnego łuczywa, silnie dymiący. Przy krwawych blaskach ognia, zobaczyłem zwieszające się od pułapu uzdy, ogony i skóry końskie, pęki traw i ziół, oraz czarne od dymu woreczki.
Przed piecem siedział czarownik-koniowik, mały siwy człeczyna o mocno zezowatych oczach i rozwartych ustach, odsłaniających czarne, zgniłe zęby. Patrzył badawczo i trwożnie zarazem.
Wziął od chłopa uzdę, starannie ją badał, wąchał, twardość rzemienia na zębie próbował, aż nagle głośno i przeraźliwie zawył.
— Konia uprowadzili.. konia gonią daleko..... daleko.... koń dobry..... W pianie cały.... rży.... rwie się do domu..... Trru ........Gospodarski masz tu owies... Ta...ta...ta, koniku... chodź tu... chodź!
Mówiąc to rzucał na węgle w piecu owies, wpatrując się w biegające po węglach wężyki niebieskiego i złotego ognia.
Wstał, zerwał z pułapu wiązankę jakichś traw i rzucił na węgle.... Skręciły się suche badyle i liście, wyciągnęły się potem jak węże i buchnęły płomieniem. Stary wrzucił do pieca trochę gnoju końskiego, a gdy buchnął dym, pochylił się nad węglami i jął szeptać...
— Koń... koń... Wielka droga.... szosa... trzy chaty... Sosna spalona... łąka ze szczerniałym sto-