Cagliostro w Warszawie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Siemieński
Tytuł Cagliostro
Podtytuł (w Warszawie)
Pochodzenie Portrety literackie
Data wydania 1865
Wydawnictwo Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Druk N. Kamieński i Spółka
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


CAGLIOSTRO.
(W WARSZAWIE)
(1780)

Każdy wiek ma swoich awanturników i szarlatanów, którzy stosowną do panującéj myśli lub mody przybierają barwę. Wiek ośmnasty podkopawszy wiarę religijną, dostarczył takich ludzi jak Saint-Germain, Cagliostro, Mesmer, przypisujących sobie potęgę wywoływania duchów osób zmarłych, odmładzania się, przedłużania życia, leczenia wszelkich chorób zapomocą kamienia filozoficznego, posiadającego wielce pożądany przymiot zamieniania każdego kruszcu na złoto. W naszym wieku szarlatan przybrał charakter zbawiciela ludzkości, i pod tym szerokim płaszczem spekuluje, wzywając do pomocy nie już wyższych lub niższych duchów, lecz zwykle czwartéj stronnicy gazet, gdzie szumnemi obwieszczeniami rokującemi ogromne zyski, lub zbawienne kordjały i leki, łapie łatwowiernych. Zdaje się, że każdy szarlatan, mniéj więcéj znawca ludzi, całą swoją grę opiera na owem łacińskiem zdaniu: Vulgus vult decipi, ergo decipiatur: chcecie być oszukiwani? więc będę oszukiwał; wiem, że to was bawi, bawcie się, tylko płaćcie mi za koncepta. I czy to wyższego, czy niższego rzędu szarlatan, zawsze do jednego zmierza celu. Ten ubrany w sławę swéj nadzwyczajności wdziera się do pokojów monarszych i na salony, gdzie zaszczyca się możną protekcyą i czerpie bogate upominki, udając dumną bezinteresowność; ów mydli oczy na placach publicznych i wyciąga grosz rzeszy zbiorowéj. Najciekawszą w tém wszystkiem jest strona téj formy złudzenia, która obudza nieraz fanatyczną wiarę, aż do zyskania zagorzałych admiratorów i adeptów; a tą bywa zwykle coś niewiadomego, mistycznego, trącającego o cudowność. Nigdy gołe prawdy, ściśle praktyczne i rozumne, nie trafiają tak do umysłów pospólstwa, jak tajemniczość wprawiająca w grę wyobraźnię: umiejętność prawdziwa, jasne postawienie rzeczy, niepociąga tyle, co fałsz ustrojony w piórka nauki, lub intryga przyodziana w mistyczną szatę. W średnich wiekach astrologi, chiromanci, czarnoksiężnicy, działali z pewną wiarą w swoje sekreta, formuły i zaklęcia; w ośmnastym odegrżano tylko stare formuły i użyto je do interesownych celów, a niekiedy zastosowywano do filozoficznych przewrotów społeczeństwa, jak tego mamy przykład na sławnym Cagliostrze, który przez lat kilkanaście durżył świat, objeżdżając wszystkie stolice Europy, a nawet zawadzając o Warszawę, gdzie na nieszczęście niebardzo powiodły się jego eksperymenta, co zresztą wcale pochlebnie świadczy o rozumie osób spotykających się z nim bezpośrednio.
Zanim opowiem warszawską przygodę tego awanturnika, chciałbym kilka słów o nim samym powiedzieć, trzymając się poszukiwań późniéj zrobionych nad tym tajemniczym człowiekiem, który dostawszy się w ręce władz rzymskich, wyspowiadał się ze swoich sztuczek i dostarczył wątku do sprawdzenia takowych.
Właściwe jego nazwisko było Józef Balsamo; rodzinnem miastem Palermo, gdzie przyszedł na świat w 1743 r. W dzieciństwie straciwszy rodziców, oddany był na wychowanie do klasztoru, gdzie braciszek farmaceuta sposobił go wcześnie do tego rzemiosła. Liznąwszy cokolwiek chemii i botaniki, uciekł z konwentu i wałęsając się zabrał znajomość z jakąś szajką graczy, u których wyuczył się zapewne biegłości w palcach i rozmaitych oszustw. Kilka razy łapany i więziony, niemiał co dłużéj popasać w Sycylii; jakoż porzucił niewdzięczną ojczyznę i z pewnym Ormianinem nazwiskiem Altotas, puścił się w podróż po Wschodzie. Zdaje się być rzeczą niewątpliwą, że czy w towarzystwie owego Altotasa, który wygląda na zagadkową figurę, czy też z kim innym, spodróżował on cały archipelag, brzegi Grecyi, nareszcie Egipt, zkąd znaczne wywieźli pieniądze, wybijając na materyach jedwabnych złote desenie naśladujące hafty, co dla taniości swojéj musiało mieć niemały odbyt.
Niewiem czy jakie inne rzemiosło jeszcze praktykowali nasi podróżni w Egipcie, dość że z dobrze naładowanym workiem przybyli do Malty, gdzie ówczesnego mistrza kawalerów maltańskich Pinto, potrafili wyprowadzić w pole, że na ich usługi dom swój oddał i jako miłośnik alchemii razem z nimi szukał kamienia filozoficznego. Od téj chwili Altotas gdzieś znika ze sceny. Niektórzy badacze tego steku awantur domyślają się, że owym Altotasem był Niemiec Kolmer, który z Malty przybył do krajów Rzeszy niemieckiéj i tam rzucił pierwsze zawiązki znanéj sekty Illuminatów. Balsamo odtąd działający na własną rękę pojawił się znowu w Neapolu, Florencyi, Rzymie, gdzie stosownie do okoliczności przybierał różne nazwiska hrabi Herat, margrabiego Auna, Belmonte, Pellegrini. W ostatnim tém mieście udało mu się podbić serce, a raczéj znaleźć wspólniczkę swoich obrotów, śliczną kobiétę, córkę jakiegoś bronzownika, nazwiskiem Lorencę a raczéj Serafinę Feliciani, która późniéj wdziękami swemi bardzo wiele dopomogła mu do zamamienia łatwowiernych, chociaż jemu samemu niezbywało na tym talencie. Fizyonomia jego odrazu zwracała na siebie uwagę, wyrażała bowiem dowcip, pozwalała nawet domyślać się geniuszu, tryskającego z głęboko osadzonych ócz, przenikających do wnętrza duszy. Sam Lawater, zawołany fizyonomista, miał go za człowieka, będącego w najściślejszych stosunkach z Lucyperem, i dla tego naiwny Niemiec dobywał najwyszukańszych argumentów, aby go od téj spółki odciągnąć.
Cagliostro w towarzystwie pięknéj Felicjani kręcił się jeszcze po Hiszpanii, po Anglii, zawadził o Francyę, Holandyę, Niemcy, gdzie jak utrzymują, wszedł w stosunki ze znaczniejszemi figurami sekty massońskiéj i został niejako komiwojażerem sekty Illuminatów i ścisłéj obserwacyi, która chcąc swój cel osłonić, przyjęła pewne tradycye i reguły po Templaryuszach i udawała się za powołaną do pomszczenia zniewagi, zadanéj temu zakonowi przez Filipa Pięknego. Nieulega najmniejszéj wątpliwości, że powodzenia tego awanturnika nietylko w saméj łatwowierności ludzkiéj miały swoją przyczynę; jako emisayrusz sekt massońskich wszędzie robił adeptów i zakładał loże, a dla pokrycia swoich czynności mogących go u władz narazić, uczył robić złoto, wynajdywał leki na nieśmiertelność i cienie nieboszczyków pokazywał żyjącym. Z Niemiec, gdzie dużo ryb nałowił, puścił się do Kurlandji, a potém do Petersburga; lecz o ile w ostatniem tém mieście niezrobił dobrych interesów, o tyle w Mitawie, na dworze księcia Kurlandzkiego niesłychane sprawił wrażenie, osobliwie na pannie Elizie von der Recke, siostrze, czy kuzynie księżny kurlandzkiéj, egzaltowanej bas-bleu, która nietylko, że napisała książkę o tym nadzwyczajnym człowieku, ale chciała mu wszędzie towarzyszyć w awanturniczych wycieczkach. Co przeszkodziło temu chwalebnemu zamiarowi, nieumiem powiedzieć; to jednak pewne, że wspólnictwo wielkiej damy, mówiącéj uczonym językiem, a do tego nieudanéj admiratorki Wielkiego Kofty, mogło ogromnie sprzyjać widokom awanturnika.
Z Mitawy, poprzedzony ogromną sławą alchemika, wywoływacza duchów, czarodzieja, zgoła nadzwyczajnego geniuszu, przyjechał hrabia Cagliostro do Warszawy pierwszych dni Maja r. 1780. Pewien młody kawaler, z którym poznajomił się był dawniéj w Medyolanie, kawaler dobrze znany w stolicy, przedstawił go księciu Poniatowskiemu, podkomorzemu, koronnemu, i hrabi Moszyńskiemu stolnikowi kor, o którym powiada w swoich pamiętnikach Niemcewicz, że był rozwiązły i alchemista trwoniący majątek na kobiéty i tygielki. Zdanie to za surowe; bo stolnik rzeczywiście stał w nauce chemii na równi z tą umiejętnością, jaka była za granicą. Brat jego młodszy Fryderyk, był człowiek rachunkowy i oszczędny — dlatego nazywano go perceptą a stolnika expensą. Cagliostro przy pierwszém poznaniu się, umiał przedać się tym panom za mistrza wyćwiczonego w egipskiem wolnomularstwie, przyczém nie omieszkał zapewnić ich, że będąc wielbicielem polskiego narodu, udzieli im niejednéj ciekawéj tajemnicy, z mnóstwa tajemnic jakie posiada i to bez żadnéj pretensyi. Zainteresowało to księcia podkomorzego tém mocniéj, że jako wielbiciela płci pięknéj, wdzięki donny Serafiny musiały usposobić go do prawdziwie staropolskiéj gościnności, kiedy téj parze awanturników dał mieszkanie i wszelkie wygody we własnym pałacu; do tego kroku pobudził go zapewne i szlachetny wzgląd na dość skromną powierzchność małżonków, ile się zdawało wojażujących z bardzo lekkim pakunkiem...
Fo kilku dniach, poświęconych wypoczynkowi po trudach podróży, oświadczył Cagliostro, że chciałby dać kilka próbek swoich magiczno-filozoficznych operacyi, co ma się rozumieć, z wielkim aplauzem księcia podkomorzego i jego kompanii przyjętém było. Tymczasem starał się on zawiązywać znajomości ze znakomitościami stolicy, co mu szło nader łatwo, bo zręczny i wygadany Włoch umiał każdego pochwycić z właściwéj mu czy to słabéj, czy mocnéj strony. Nawzajem donna Serafina przyciągająca magnesem swych wdzięków, zrówną zręcznością robiła mężowskie interesa, rozpowiadając niesłychane dziwy o jego cudownych sztukach i tajemnicach wykradzionych magom egipskim. Niejedna téż ciekawość i próżność podłechtana, pragnęła choćby największym kosztem dostać się do tych tajemnic. Oprócz komplementów i umizgów do pięknéj donny, na które okazywała się dość obojętną, zaczęły się sypać rozmaite prezenciki i suweniry, mające ułatwić przypuszczenie adeptów i admiratorów Wielkiego Kofty do jego osoby... O dotarcie zaś do samych tajemnic, trzeba się było układać i nieraz zdobywać się nawet na prezent wartości kilku tysięcy czerwonych złotych. Tymczasem hrabią Cagliostro w stosunkach z pierwszémi figurami stolicy, mógł zawsze odgrywać rolę mędrca, otwierającego skarbce swoich tajemnic, z zupełną bezinteresownością, co wielką jednało mu wziętość i budziło wiarę jakiéj pospolity kuglarz pokazujący się za pieniądze nie wzbudza.
Osoby przypuszczone do poufalszego towarzystwa księcia podkomorzego, niecierpliwie czekały na ową pierwszą próbę magiczno-filozoficznéj operacyi.
Nadszedł nareszcie dzień upragniony. Na wieczór zebrało się grom gości przypuszczonych do tajemnicy w pałacu księcia podkomorzego.
Cagliostro kazał zawiesić czarną oponę we drzwiach prowadzących ze sali do pobocznego pokoju, na obecnych osobach wymógł zaręczenie pod słowem honoru, że dochowają ścisłéj tajemnicy, poczem wszczął rozmowę o swoich podróżach, o rozmaitych experymentach co do zamiany podłych metali na złoto, o elixirze dającym życie nieśmiertelne i o duchach wielkich mężów starożytności, wywoływanych mocą zaklęć kabalistycznych. Rozmowa ta nastrajała umysły do spotkania się z jakąś nadzwyczajnością.....
Na tym wstępie skończyło się to posiedzenie. Jaki taki wlepiał oczy w czarne sukno, ale nic na niem, ani po za niem, nie pokazało się.
W trzy dni dopiéro, zeszli się znowu ci sami goście. Cagliostro nastroiwszy uroczystą minę, wszedł, trzymając ośmioletnią dziewczynę za rękę i wprowadził ją do pokoju zasłoniętego czarną oponą, gdzie olejkiem natarł jéj dłoń i robił jakieś hocus pocus z dobytą szpadą i arabską książką... poczem przeszedłszy do ogólnéj sali zaczął zadawać jéj pytania przez drzwi na pół uchylone.
— Czy widzisz anioła?
— Widzę.
— Czy widzisz dwóch aniołów?
— Widzę dwóch.
— Czy niewidzisz trzech.
— Widzę. I tak doszło do siedmiu.
— A mnie czy widzisz?
— Widzę.
— Czy widzisz jaki grób?
— Widzę.
— Jest-li on kamienny, czy marmurowy?
— Kamienny.
— Pocałuj anioła....
I usłyszano jak dziewczyna pocałowała kogoś, zapewne własną rękę. Tym sposobem zadał wiele jeszcze pytań w tym rodzaju; co jednak nie bardzo zbudowało widzów téj sceny.
Drugi figiel również niebardzo zaimponował. Prosił on obecnych aby spisali swoje nazwiska na świstku papieru, poczem świstek ten spalił w oczach widzów a dziewczynce kazał podnieść papier jaki u nóg jéj spadnie. Po chwili wystawił rękę do gabinetu gdzie była dziewczynka i odebrał od niéj karteczkę zapieczętowaną lichą massońską pieczątką.
— Mości panowie, przemówił Cagliostro zwracając się do gości — jest to znak, że duchy potwierdzają wybór osób, przypuszczonych do tego dzieła; gdy zaś karteczkę odpieczętowano, każdy znalazł napisane w niéj własne swoje nazwisko.
Sztuczka ta przypominająca najpospolitsze kuglarstwo takiego Comusa, Filadelfii i innych znanych kuglarzów, wzbudziła w uważnie przypatrującym się hrabi Moszyńskim podejrzenie, że natychmiast wziął księcia podkomorzego na stronę i wręcz mu oświadczył, że Włoch bawi się kosztem ich łatwowierności. Lecz książę podkomorzy niedał sobie nic mówić, utrzymując, że to tylko próba, która mogła się nieudać, ale że nadzwyczajnych rzeczy spodziewa się po człowieku tak nadzwyczajnym. Cagliostro bystry obserwator, odrazu postrzegł, że się coś przeciw niemu knuje, bo natychmiast niepowodzenie operacyi przypisał niezdatności owego medium czyli ośmioletniéj dziewczynki. Na drugi raz wziął panienkę szesnastoletnią, która miała być ekstraktem saméj niewinności i ta miała mu służyć za medium. Przystąpiono zatem do operacyi, ale zdaleko większémi przygotowaniami i okazałością niż pierwszą razą. Operacya się téż udała i takie złudzenie sprawiła na widzach, że nawet sam hrabia Moszyński, uchodzący za niedowiarka, a wierzący w prostoduszność owéj panienki, którą znał dobrze, został uderzony nadzwyczajnością okazanéj próby.
Minęło kilka dni i nikt nieśmiał powątpiewać o potędze czarodzieja. Aleć na nieszczęście Cagliostro zaczął koperczaki stroić do panny i coraz stawać się natarczywszym w miłosnych oświadczeniach, czém tak rozgniewał dziewczynę, że ta wprost przybiegła do hr. Moszyńskiego i odkryła mu całą intrygę. Opowiedziała ona jako Cagliostro obiecał zrobić jéj szczęście i znaleźć jéj ładnego i bogatego chłopca na męża, aby tylko skłoniła się do odegrania z nim komedyi. Jakoż wszystkich odpowiedzi na jego pytania wyuczyła się na pamięć; zamiast anioła siebie całowała w rękę, a żadnego ducha niewidziała, nawet pomimo najlepszéj intencyi ujrzenia go.
Wszystkie te szczegóły opowiedział hrabia swoim znajomym, ale nietylko nikt mu nie wierzył, lecz owszem szydził z jego niedowiarstwa.
Gdy się to działo, Cagliostro dla zabawienia swoich wielbicieli, otworzył tak zwaną egipską lożę i publicznie dyktował niektóre drobne arcana, uznane dawno za fałszywe lub należące do chemii elementarnéj. Dla adeptów swoich otworzył także kurs medyczny, zapełniony wyrzekaniami na doktorów, toż medycznymi sprzecznościami zupełnie jak w szkole salernitańskiéj i receptami na różne choroby, do których wchodziły całkiem nieznane nam ingredyencye lub téż wyjęte z dzieł Fryderyka Gualdo alchemika siedmnastego wieku.
Mimo całego powodzenia w gronie swoich adeptów, utrzymywał Cagliostro, że w mieście niepodobna mu nic zrobić, że potrzebuje zacisznego schronienia. Jakoż całe towarzystwo chcąc mu dogodzić, przeniosło się do pałacyku na Woli, zabierając ze sobą Cagliostra, mającego tam rozpocząć wielką robotę filozoficznego złota.
Pan stolnik Moszyński lubiący uprawiać ścisłe umiejętności, a mianowicie chemię, któréj odkrycia śledził, aby stać na wysokości téj nauki, będącéj w przedjutrzu nowego systematu Lavoisiera, tworzącego nowy w niéj okres, kwalifikował się na wyśmienitego pomocnika w laboratorium, a razem i na kontrolera téj roboty, do czego jak się zdaje, miał upoważnienie króla.
Mam przed sobą dzienniczek[1] prowadzony przez hrabiego od dnia 7 czerwca 1780 r, do 27go tegoż miesiąca, gdzie najdokładniej są zapisane i krytycznie zbijane, wszystkie chemiczne operaty wykonywane przez Cagliostra lub z jego rozkazu. Nie będę czytelników nudził przytaczaniem ustępów opisujących robotę filozoficznego złota, przy któréj nieobeszło się bez zręcznego usuwania tyglów i zamieniania merkuryuszu na bryłkę srebra.
Dość że ze smażeniny merkuryuszu, otrzymano trzydziosto-łutową bryłę srebra z ziarnkami złota, co mistrz nazwał pompatycznie filozoficznem złotem; lecz nie koniec na tém, trzeba jeszcze było spiłować je na proszek, nalać serwaserem i nad ogniem lampy trzymać, aby wszelką wilgoć wyparować. Czynność tę nazwał pierwszym passażem. Takich passażów miało być ośm. Siódmy miał wydać czerwony proszek, za pomocą którego merkuryusz odrazu zamieniał się w srebro. Produkt zaś ósmego passażu, zamieniał merkuryusz w najczystsze złoto... Każda ta operacya, jak mówił, potrzebowała do sześciu tygodni czasu.
W ciągu tym gdy złoto będące w pierwszym passażu, smażyło się nad lampą, chciał Cagliostro natchnąć jednego z nowych adeptów silniejszą wiarą w swoję potęgę, i tym sposobem wywołał ducha Wielkiego Kofty, żyjącego przed tysiącem lat. Kofta ten rzeczywiście pokazał się, był otyły, w białych szatach, z białym włosem i w wielkim turbanie na głowie. Gdy zaś ów Wielki Kofta zapytał swego adepta, co widzi? Ten odrzekł w sposób bardzo naiwny: że widzi jak sam Cagliostro przebrał się w białą maskę z długą brodą. Odpowiedź ta niebardzo przypadła egipskiemu arcykapłanowi do smaku; bo zdmuchnął zaraz dwie świece i słychać było w ciemności jak z niego spadał biały pudermantel i reszta ubrania, aby zapewne lżéj mu było wracać do Egiptu....
Różne te niepowodzenia przypisywał Cagliostro najwięcéj Moszyńskiemu, który jeden nietracił głowy śród ogólnego entuzyazmu i dlatego w oburzeniu swojem nazwał go kilkakrotnie sacrilège monstre.. Hrabia śmiał się z epitetów, lecz szarlatana niespuszczał z oka. Zdarzyło się raz, że Moszyński czuwający nad owém jajem filozoficznem, które smażyło się nad lampą, przelał był ingredyencyę znajdującą się w małej flaszeczce we flaszeczkę większą. Dostrzegł tego Cagliostro, zwołał cały areopag i narobił gwałtu, dowodząc, że ten (Moszyński) co niedawno wydrwiwał jego dzieło, teraz widocznie przywłaszczył sobie cząstkę nieocenionego płynu, aby na swoję rękę robić złoto. Wszyscy obecni ujrzawszy zmniejszoną ilość płynu, przekonali się, że mistrz ma słuszność pomawiać Moszyńskiego o nieprzychylne zamiary i dalejże piorunować przeciw niemu, ale Cagliostro uniesiony wspaniałością właściwą geniuszom, zapewnił ich, że potrafi zapobiedz temu nieszczęściu i tak zrobi, że Monstrum żadnéj korzyści nie odniesie z owego płynu. W podobny sposób znalazł się raz sławny szarlatan hrabia St. Germain, bo gdy kamerdyner ukradł mu był receptę na cudowny proszek i chciał podług niéj leczyć, hrabia odrzekł najspokojniéj: Już ja tak zrobię, że w rękach tego hultaja recepta straci swą dzielność. Uczniowie Cagliostra przeświadczeni jawnem zniknieniem części płynu rozumowali sobie, że Moszyński będąc zawołanym chemikiem, pewnieby niebrał jednéj trzeciéj części téj drogiéj materyi, gdyby nie była coś warta. Widocznie ma on w tém własny interes, że ciągle osłabia wiarę naszą w mistrza i dołki pod nim kopie. Trzeba udać się do króla i otworzyć mu oczy; bo raporta Moszyńskiego musiały mu w najgorszym świetle wystawić mistrza. Raz obaliwszy jego powagę, zainteresujemy króla jegomości dla wielkiego dzieła.
W rzeczy saméj zrazu chciano wciągnąć króla Stanisława Augusta w te kuglarstwa, ale światły i przezorny monarcha polecił był Moszyńskiemu jako biegłemu chemikowi, zdawać sobie raporta z tych wszystkich operacji.
Niedługo jednak trwała ta zawziętość adeptów przeciw Moszyńskiemu, który przyjechawszy na Wolę około wieczora, a opadnięty wyrzutami z powodu ujęcia drogocennego płynu, najspokojniej odpowiedział, że płyn zawarty w małéj flaszeczce, przelany w trzy razy większą niemoże jéj napełnić. Adepci donieśli o tém mistrzowi, ale ten nietracąc głowy, upierał się przy swojem, jako owa flaszeczka była tajemniczem naczyniem, nie mogącem być zastąpionem przez inne sprofonowane.
Różne te okoliczności bardzo zachwiały wiarę adeptów, pomiarkował to Wielki Kofta i zebrawszy mniéj niedowierzających, oświadczył że widząc zmianę w ich umysłach, pragnie dowieść czém jest. Jakoż obiecał im nazajutrz pokazać operacyą z dzieckiem umiejącym tylko polski język; następnie o północy pójść z nimi do ogrodu w pewnéj odległości od pałacu, żeby na grzmot, jaki usłyszą, niepowylatywały wszystkie szyby; a wtedy zobaczą takie dziwy o jakich się im ani śniło. Następnie pięćdziesiąt funtów merkuryuszu zamieni na czyste srebro i odda je na ubogich stolicy; nareszcie zrobi jeszcze jednę operacyą, która całą Warszawę zdumieniem napełni i dopiéro odjedzie za granicę zostawując Polskę w rozpaczy, że już go więcéj nie ujrzy.
Przerażona strona adeptów przyszła opowiedzieć to Moszyńskiemu, który z tego programu zaraz zmiarkował, że mistrz obawia się ogólnéj burzy przeciw sobie, ów grzmot zapowiedziany będzie zapewne zwykłą petardą, która obecnych zagłuszy i oćmi, a Wielki Kofta tymczasem dosiędzie ognistego smoka i z dyamentami drapnie przez powietrze.
Widać że przestroga skutek odniosła; gdyż pamiętnik pod datą 26. czerwca tak się wyraża:
„Nie ma go! Drapnął bez oporu własnych adeptów! Wprawdzie jednemu z nich polecił czuwać nad lampą, i jajem filozoficznem, ręcząc słowem, że niezadługo przyszle szczyptę proszku, na dowód że nie jest żadnym oszustem. Inni adepci byli tak okrutni, że nieposzli go żegnać kiedy wsiadał do powozu. Znikł im z oczu jak kamfora i pewnie że go nigdy nie zobaczą, w czém się proroctwo jego spełni.“
Tak tedy skończyła się rola sławnego szarlatana w Polsce. Wyjechawszy dnia 26 czerwca pod jakimś pozorem z Woli do Warszawy, uszedł ztamtąd w nocy 27 czerwca i zapewne niebyłby się tak gładko wywinął, gdyby osoby, które w ten sposób wystrychnął, niewolały na łatwowierność swoję rzucić zasłony zapomnienia i w cichości pokutować, zamiast oszusta do odpowiedzi pociągnąć. Jednakowoż niektórzy obrażeni tém postępowaniem, mieli domagać się u pani hrabiny Cagliostro zwrotu niektórych dyamentów, ofiarowanych jéj dla pozyskania względów pana małżonka. Powiadają że zaraz po przybyciu do Warszawy dał jéj jeden entuzjasta parę brylantowych kólców i innych klejnotów w wartości 2,500 czerwonych złotych, a cała ta awantura miała kosztować interesowane osoby około ośm tysięcy dukatów. Część jednak odebrano, reszta przy oszustach została.
Tak tedy Warszawie należy się zaszczyt demaskowania szarlatana; co jednak niebyło przestrogą dla innych krajów. W parę bowiem miesięcy zjawia się Cagliostro w Strazburgu; zawięzuje znajomość z kardynałem Rohanem i znajomość ta służy mu do odgrywania głośnéj roli w Paryżu i do wplątania się w sławną awanturę z naszyjnikiem, jaki kardynał Rohan kupił dla ofiarowania go nieszczęśliwéj Maryi-Antoninie królowéj franeuzkiéj.
Po głównym procesie o ów naszyjnik, Cagliostro wypędzony z Francyi udał się do Londynu, ztamtąd do Szwajcaryi, następnie do Włoch. Przybywszy do Rzymu w 1789 r, znalazł kres swoich intryg. Aresztowany z rozkazu sądów inkwizytorskich, miał sobie wytoczony proces, jako illuminat i farmazon. Za należenie do tajnych związków była wówczas kara śmierci; lecz karę tę zamieniono dlań na wieczne więzienie w zamku San-Leo, gdzie umarł w r. 1795.
W parę lat po jego śmierci oddział legii pod Dąbrowskim wysłany był na wzięcie szturmem tego zamku; lecz załoga papiezka widząc dzielnie idącego żołnierza, po dwugodzinnym oporze, kapitulowała. Szef Drzewiecki, znajdujący się między szturmującymi, opowiada w pamiętnikach swoich, że zwiedzał celę więzienną Cagliostra, któréj ściany okryte były rysunkami: „lecz nadzwyczajne postacie, koła i gwiazdy, napisy nawet, nic go niemogły nauczyć.“
Pokazuje się, że Cagliostro do saméj śmierci dotrwał w swéj roli, która mogła tumanić, nieucząc nikogo.



Przypisy

  1. Jest to rzadka dziś książeczka tłumaczona na niemieckie z francuzkiego rękopismu pod tytułem: Cagliostro in Warschau oder Nachricht und Tagebuch über desselbeü magische und alchemische Operationen in Warschau, im Jahre 1780 geführt von einem Augenzeugen. — (1786 bez miejsca druku) Zapewne sam Moszyński dał przetłumaczyć swoje notaty.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Siemieński.