Bracia Karamazow/Rozdział drugi/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Fiodor Dostojewski
Tytuł Bracia Karamazow
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wydania 1913
Drukarz L. Bogusławski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. Братья Карамазовы
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron

VI.
KLERYK KARYEROWICZ.

Alosza doprowadził swego starca do sypialni i posadził go na łóżku. Sypialnia była mała, zaledwie umeblowana niezbędnemi tylko sprzętami. Łóżko wązkie, żelazne, wysłane tylko wełnianą kołdrą, zamiast materacami. W kącie, pod obrazami, ustawiony był mały ołtarzyk, na którym leżał krzyż i książka Ewangelii. Starzec opadł bezsilny na łóżko, oczy jego błyszczały, a oddech miał ciężki. Usiadłszy, wpatrywać się począł uważnie w Aloszę, jakgdyby mu co leżało na sercu.
— Idź ztąd, kochany — przemówił wreszcie — mnie i Porfiry pomoże, a tyś tam potrzebny; idź do ojca przełożonego i usłuż przy obiedzie.
— Pozwólcie mi, proszę, tu zostać — rzekł błagalnie Alosza.
— Tam jesteś potrzebniejszy, tam niema spokoju. Gdyby się znów szatany rozpętały, pomódl się. A wiedz o tem, synu mój (starzec lubił nazywać tak Aloszę), że miejsce twoje nie tutaj. Zapamiętaj to sobie, chłopcze. Skoro tylko spodoba się Bogu powołać mnie do siebie, ty wyjdź z klasztoru, zupełnie odejdź.
Alosza wzdrygnął się.
— Co tobie? Twoje miejsce nie tutaj, do czasu przynajmniej. Błogosławię cię na długą jeszcze pielgrzymkę po świecie. Dużo jeszcze będziesz musiał przenieść i ożenić się powinieneś, wszystko musisz poznać, zanim tu znowu przybędziesz. Pracy będziesz miał wiele. Wiem, że na tobie można polegać, dlatego posyłam cię w życie. Z tobą jest Chrystus, ty Go strzeż, a On ciebie strzedz będzie. W cierpieniu będziesz, a mimo to, szczęśliwy. To moja ostatnia rada, w cierpieniu szczęścia szukaj i pracuj nieustannie. Zapamiętaj sobie dobrze te słowa, bo mimo, że będę jeszcze obcował z tobą, to już nie dni, ale godziny moje są policzone.
Na twarzy Aloszy odbiło się znów silne wzruszenie, kąciki ust jego drżały.
— Cóż ty znowu? — cicho uśmiechnął się starzec. — Niech ludzie świeccy opłakują swoich zmarłych, my radujmy się, skoro jeden z nas odchodzi do Ojca, radujmy się, i módlmy. Zostaw mnie samego, modlić się jeszcze muszę. Ty idź do nich, czuwaj nad braćmi i to nie nad jednym, a nad obydwoma.
Starzec podniósł rękę, aby go pobłogosławić. Opierać się było niepodobieństwem, mimo, że Alosza bardzo chciał zostać. Miał również ochotę zapytać starca, co znaczył ów pokłon aż do ziemi dla brata Dymitra, miał już nawet to pytanie na języku, ale nie ośmielił się go wymówić. Wiedział, że starzec nie odmówiłby mu sam wyjaśnień, gdyby to uznał za stosowne. A jednak pokłon ten trwożył go mocno. Upatrywał w nim jakieś znaczenie tajemnicze, a może i złowróżbne.
Wyszedłszy z celi starca, Alosza udał się w stronę mieszkania ojca przełożonego, czując się w obowiązku usłużyć przy owym obiedzie.
W drodze serce ścisnęło mu się tak boleśnie, że zmuszony był zatrzymać się chwilę, aby się opanować. W uszach brzmiały mu słowa starca, przeczuwającego blizki swój zgon. Jeśli starzec twierdził coś z całą pewnością, to stać się to musiało niewątpliwie, Alosza wierzył w to święcie. Ale co się z nim stanie, skoro starzec odejdzie? Jak tu żyć, nie widząc go, nie słysząc jego rad? Płakać zabrania i każe iść z klasztoru. Boże wielki!...
Dawno już Alosza nie doznawał równie ciężkiego smutku. Stał, patrząc żałośnie na odwieczne sosny, rosnące na obu stronach leśnej drożyny. Droga ta była nie długa, wynosząca zaledwie 500 kroków i o tym czasie zupełnie pusta. Mimo to, na pierwszym zaraz zakręcie dostrzegł Alosza Rakitina, który widocznie na kogoś oczekiwał.
— Na mnie czekasz? — spytał, zrównawszy się z nim Alosza.
— Oczywiście, na ciebie — rzekł z uśmiechem Rakitin. — Śpieszysz do ojca przełożonego, wiem, wiem. Tam obiad dziś wspaniały, przyjęcie, jakiego nie było od czasu, jak gościli archiereja z generałem Pachotowem. Ja nie pójdę, a ty idź, podawaj im przysmaki. Powiedz mi, proszę cię, Alosza, co znaczyła cała ta blaga? O to cię chciałem spytać.
— Jaka blaga?
— No, z tym pokłonem dla twego brata Dymitra. Ależ to walnął łbem o podłogę!
— Ty mówisz o ojcu Zosimie?
— Tak o ojcu Zosimie.
— Łbem?
— Uważasz, że nie wyrażam się z należytym szacunkiem? No, mniejsza o to. Powiedz w każdym razie, co to znaczy?
— Nie wiem, Misza, sam, co to znaczy.
— Tak. Wiedziałam z góry, że stary ci nie powie. Mądrego w tem tak dalece nic niema, chociaż po swojemu niezła sztuka. Dopiero będą mieli co opowiadać dewoci, dewotki. Rozniesie się to po mieście i okolicy. „Co to może znaczyć?” Podług mnie, stary ma dobry nos, przewąchał zbrodnię, bo, prawdę mówiąc, pachnie u was kryminałem.
— Jaką zbrodnię?
Rakitin chciał widocznie coś jeszcze dodać.
— U was w rodzinie stanie się zbrodnia, zajdzie tam coś między obydwoma twoimi braćmi, a bogatym ojczulkiem. Ojciec Zosima uderzył łbem o ziemię na wszelki wypadek. Cokolwiekby się potem zdarzyło, wszyscy powiedzą: „Święty starzec, przeczuł odrazu, wyprorokował”. Choć, co prawda, proroctwa w tem żadnego niema, że ktoś łbem o ziemię stuknął. Nie, powiedzą: to była przenośnia, alegorya, symbol i czort wie jeszcze co. Przyczuł zbrodniarza, powiedzą, odgadł. Waryaci tak zawsze: W szynku się przeżegna, a w kościół kamieniem ciśnie. Tak ci twój starzec: sprawiedliwego pałką w łeb, a mordercy — pokłon.
— Jaka zbrodnia? Jaki morderca? Co ty? — Alosza stanął, jak skamieniały. Rakitin zatrzymał się również.
— Jaki? Niby sam nie wiesz? Idę o zakład, żeś to samo pomyślał przed chwilą. To ciekawe, ty, Alosza, niby zawsze prawdę mówisz, choć przeważnie siedzisz na dwóch stołkach, odpowiedzże mi jasno i szczerze, myślałeś to, czy nie?
— Myślałem — szepnął cicho Alosza, aż się Rakitin zmieszał.
— Co? Ty? Więc i tyś to pomyślał?
— Ja... nie... to nie to, żebym pomyślał — wybełkotał Alosza — tylko jakeś ty przed chwilą zaczął tak dziwnie o tem mówić, to i mnie się zdawało, żem to pomyślał.
— Widzisz, jakeś ty to jasno wyraził. Patrząc dziś na ojca twego i brata, Mitię, przyszła mi myśl o zbrodni.
— Poczekaj, poczekaj! — przerwał trwożnie Alosza — z czegóż ty to wnioskujesz, a potem dlaczego to ciebie tak zajmuje?
— To dwie odrębne kwestye, choć logicznie z sobą związane. Odpowiem na każdą z osobna. Nicby mi podobnego na myśl nie przyszło, gdyby nie to, żem zrozumiał dziś brata twego, Dymitra, z jednego rysu, który go najlepiej maluje. Tacy ludzie uczciwi, ale zmysłowi, mają pewne struny, których lepiej nie przeciągać, bo wówczas taki gotów ojca własnego zamordować. A tu ojciec pijak, hulaka, nie znający granic ni miary. Żaden z nich nie pohamuje się, no, i obaj stoczą się w przepaść.
— Nie, Misza, nie. Jeśli tylko to, to mi dodałeś odwagi. Do tego nie dojdzie.
— W takim razie dlaczego drżysz cały? Wiesz, co będzie? Twój Mitia — uczciwy człowiek, głupi prawda, ale uczciwy; ale też namiętny, a zwłaszcza zmysłowy; to jest jego charakterystyka, tego mi nie zaprzeczysz. Ojciec przekazał mu swoje podłe zmysłowe usposobienie. To mnie tylko dziwi, żeś ty, Alosza, potrafił przechować swoją dziewiczość. Przecież tyś Karamazow, a w waszym rodzie zmysłowa namiętność dochodzi do stanu ostrego zapalenia. Tamci trzej lubieżnicy śledzą jeden drugiego z nożem w rękawie, no, i muszą się wreszcie stuknąć łbami; a ty między nimi czwarty.
— Ty się mylisz co do tej kobiety; Dymitr pogardza nią — przerwał z wahaniem Alosza.
— Kim? Gruszą? O, nie, bracie! nie pogardza nią bynajmniej. Już skoro porzucił dla niej narzeczoną, to znak, że nie pogardza. Tu, bracie, jest coś, czego ty jeszcze nie rozumiesz. Rozkocha się człowiek w pewnym typie urody kobiecego ciała, albo nawet w jakimś jednym tylko szczególe owej urody (taką rzecz zrozumieć może tylko zmysłowy namiętnik), a wtedy wszystko przepadło. Poświęci dla swej namiętności własne dzieci, zaprzeda ojca i matkę, ojczyznę i społeczeństwo, uczciwym będąc, ukradnie, łagodnym, mordować będzie bez litości. Poeta nasz, Puszkin, opiewał wierszami kobiece nóżki. A są tacy, choć i nie poeci, którzy na kobiece nóżki spojrzeć nie mogą bez drżenia. Tu, bracie, pogarda nic nie pomoże. Chociażby nawet Dymitr pogardzał Gruszą, oderwać się od niej nie będzie w stanie.
— Ja to rozumiem — szepnął mimowoli Alosza.
— Doprawdy? Ty rozumiesz? Zapewne, że musisz rozumieć, skoro ci się to tak wyrwało mimowoli z pierwszego słowa — mówił ze złośliwą radością Rakitin. — To w ustach twoich drogocenne wyznanie. No! proszę! toś ty już miał czas rozmyślać o zmysłowej namiętności, ty święty, ty niewinny! Tak! tyś niewinny, cichy, święty... na to zgoda, ale z tem wszystkiem szatani chyba wiedzą, gdzie błądziła już myśl twoja, takie już zgłębiłeś otchłanie. Czysty, a jakieś już bezdenne zwiedzał przepaście. Ja już dawno mam na ciebie oko. Tyś także Karamazow, Karamazow w całej pełni... bo też, co prawda, i dobór dziedzictwa masz wspaniały! Po ojcu — zmysłowość i rozpusta, po matce — obłąkanie... Cóż tak drżysz? Dlatego, że ci prawdę mówię? A wiesz, Grusza prosiła mnie: „przyprowadź go tu do mnie”, ciebie właśnie, „przyprowadź; już ja go z tej sukienki duchownej wywlekę”. Prosiła i prosiła... Nie wiem, co w tobie widzi tak ciekawego. Ale wiesz, to w każdym razie nadzwyczajna kobieta.
— Kłaniaj się jej odemnie i powiedz, że nie przyjdę — odparł Alosza z uśmiechem. — A teraz powiedz mi lepiej do końca myśl twoją, a gdy skończysz, opowiem ci swoją.
— I cóż tu domawiać? Historya, bracie, jak świat stara. Jeśli już ty czujesz w sobie żądze i namiętności, cóż dopiero brat twój, Iwan, człowiek tegoż, co ty, pokroju, rozpustnik, podszyty niewiniątkiem. W tem się zamyka rodzinna wasza tragedya Karamazowych. Brat twój, Iwan, pisuje teraz artykuły treści religijnej, mimo, że w głębi duszy jest ateuszem. Robi to przez jakieś głupie, niezupełnie dla mnie zrozumiałe, wyrachowanie. Słowem, popełnia całkiem świadomie podłość. Prócz tego, usiłuje zdmuchnąć narzeczoną bratu, Dymitrowi, i prawdopodobnie uda mu się to wyśmienicie. A co najciekawsze, że zrobi to za przyzwoleniem Dymitra, który ustąpi mu z przyjemnością narzeczonej, byle się jej tylko pozbyć i związać się z Gruszą. Mitia zrobi to napewno, mimo całej swej szlachetności. To są ludzie naznaczeni jakiemś fatalnem piętnem, zdają sobie sprawę ze swej podłości, a mimo to, lezą w nią po szyję. Tego szatan nie zrozumie. A jeszcze ci jedno powiem: stary włazi teraz w drogę Miti, stary szaleje za Gruszą i rozum dla niej traci. Z jej tylko powodu zrobił całą tę awanturę w celi starca, za to, że Mjusow ośmielił się nazwać ją kobietą złego prowadzenia. Wpierw używał jej tylko do swoich, niezupełnie czystych, interesów i spekulacyi, ale dziś zakochany jest, jak kot, robi jej propozycye, niezbyt honorowe oczywiście. W tych warunkach ojciec z synem muszą się wreszcie zetrzeć z sobą. Grusza nie skłania się na niczyją stronę, a drażni obu. Rozgląda się jeszcze w nich, z którym stosunek wygodniejszy. Papa ma wprawdzie pieniążki i można je z niego ciągnąć, ale — nie ożeni się. Mitia, choć goły, zakochany jest do tego stopnia, że gotów jest ożenić się. Tak, gotów porzucić swoją narzeczoną, piękną, bogatą, szlachetnie urodzoną Katarzynę Iwanównę, a ożenić się z byłą kochanką starego kupczyka, rozpustnego chama Samsonowa. A ten twój brat, Iwan, czeka tylko na katastrofę, aby zdobyć Katarzynę Iwanównę, dla której schnie z miłości, a i jej 60,000 nie są przecie do pogardzenia. Ładny kąsek na początek dla takiego chudziaka. Mitia wcale się o to nie gniewa, sam słyszałem, jak upiwszy się w restauracyi, wykrzykiwał na cały głos, że nie jest wart takiej narzeczonej, jak Katarzyna Iwanówna, i że jedynym godnym jej człowiekiem jest nie kto inny, jak brat jego, Iwan Fedorowicz. A i Katarzyna nie odrzuci, prawdopodobnie, takiego uwodziciela, jak Iwan; już i dziś waha się między braćmi. Powiedzcie czem was ten Iwan tak oczarował? Co wy sobie, w nim upatrzyliście? Uwielbiacie go, a on drwi sobie z was w najlepsze i bawi się waszym kosztem.
— Zkąd ty to wszystko wiesz i dlaczego twierdzisz z całą pewnością? — pytał nachmurzony Alosza.
— A czemu ty, pytając mnie o to, odpowiedzi się boisz? Widocznie sam przyznajesz w duszy, że powiedziałem prawdę.
— Ty Iwana nie znasz, on nie jest wcale chciwy na pieniądze.
— Być może, że i piękność Katarzyny Iwanównej ma dla niego znaczenie, w każdym razie posagiem jej nie gardzi.
— Iwan, to człowiek wyższy, nie goni on za pieniędzmi, ani spokoju szuka. On pragnie poświęcić się jakiejś idei.
— Co znowu za majaczenia? Już to wy, szlachta, jak zaczniecie...
— Ależ, Misza, Iwan ma wzniosłą duszę i umysł głęboki. Pokutuje w nim jakaś wielka myśl, która szuka wyzwolenia. On z tych, którzy nie potrzebują milionów, a szukają wyzwolenia myśli.
— Kradzież literacką popełniasz, mój Aloszka, parafrazujesz słowa starca! — zawołał Rakitin z nietajonym gniewem. — Szukacie w waszym Iwanie jakiejś zagadki, a tam zagadki niema żadnej, a jeżeli jest, to głupia i nie warta zachodu. Sam to zrozumiesz, jak popracujesz trochę mózgiem. Wszystkie te jego artykuły i broszury śmieszne są i niedorzeczne. A słyszałeś jego twierdzenie o nieśmiertelności i cnocie? „Gdzie niema wiary w nieśmiertelność duszy, tam niema i cnoty i wszystko jest dozwolone”. A brat twój, Mitia, który wnet woła: zapamiętam to sobie... Bajeczna teorya dla zbrodniarzy. Nie, głupio powiedziałem; nie dla zbrodniarzy, a dla żaków szkolnych i niedowarzonych fanfaronów, blagierów, z jakąś jakoby nierozwikłaną zagadką w mózgu... Same przechwałki... „Z jednej strony nie wypada przyznać się, z drugiej nie wypada nie przyznać się” — nikczemna teorya. Ludzkość znajdzie sama w sobie dosyć mocy, aby żyć dla cnoty bez wiary w nieśmiertelność. Moc tę zaczerpnie z miłości ku swobodzie i powszechnej równości.
Rakitin unosił się, zaczynał już tracić panowanie nad sobą, aż naraz zatrzymał się, jakby sobie coś przypomniał.
— No, dość już tego — rzekł, uśmiechając się z przymusem. — A ty się czego śmiejesz? Uważasz, że jestem płytki?
— Nie, tego nie pomyślałem. Mam cię za człowieka inteligentnego. Uśmiechnąłem się, ot tak sobie. Rozumiem, że możesz być rozgoryczony. Z całego zachowania się twego widać, że sam kochasz Katarzynę Iwanównę i zazdrosny jesteś o Iwana.
— I o pieniądze Katarzyny. Czy tak?
— Nie, nie myślałem o pieniądzach. I dla czegóżbym cię miał obrażać?
— Wierzę, skoro tak twierdzisz. Ale niech cię dyabli wezmą razem z twoim Iwanem. Czy ty nie rozumiesz, że i bez miłości dla Katarzyny można niecierpieć twego brata? Ciekawy jestem, za co go mam lubić i dlaczego nie mam go obmawiać, skoro on mnie obmawia.
— Nigdy nie słyszałem, żeby cię Iwan obmawiał. On nigdy o tobie nie mówi ani źle, ani dobrze.
— Ale ja wiem, że parę dni temu u Katarzyny Iwanównej oczerniał mnie w najstraszniejszy sposób. Widzisz, do tego stopnia raczył się zajmować twoim pokornym sługą. Nie wiem, kto tu jest o kogo zazdrosny?! Powiedział o mnie, że jeśli nie uda mi się w blizkiej przyszłości zostać przynajmniej archimandrytą — udam się niezawodnie do Petersburga i wstąpię do redakcyi jakiego znacznego dziennika, gdzie obejmę dział krytyki; że po upłynie lat dziesiątka zostanę właścicielem owego dziennika i redagować go będę w duchu liberalno-bezwyznaniowym, z lekkim nawet odcieniem socyalistycznym; odcień ten będzie jednak ostrożny, tak, aby jedni i drudzy mogli mnie mieć za swego, a głównem jego zadaniem będzie tumanienie durniów; że kierunek socyalistyczny nie przeszkodzi mi, bynajmniej, w odkładaniu grosza i puszczaniu go w obieg pod firmą pierwszego lepszego żydowskiego spekulanta, dopóki nie uda mi się zakupić w Petersburgu wspaniałej kamienicy, do której przeniosę redakcyę. Twój brat oznaczył już nawet miejsce w Petersburgu, gdzie się ta kamienica znajdować będzie; ma to być około nowego kamiennego mostu na Newie, który się podobno buduje.
— Ależ, Misza, to wszystko spełnić się może co do słowa! — zawołał Alosza, nie mogąc wstrzymać się od śmiechu.
— Cóż to i ty puszczasz się na sarkastyczne uwagi?
— Nie, nie; ja tylko żartowałem, a właściwie, zupełnie co innego mam na myśli. Powiedz jednakże, kto ci mógł to wszystko opowiedzieć z takimi szczegółami. Przecież nie mogłeś być u Katarzyny Iwanównej w chwili, kiedy Iwan mówił o tobie?
— Ja też tam nie byłem, ale słyszałem wszystko od Dymitra Fedorowicza, a raczej wysłuchałem mimowoli, jak Dymitr opowiadał to Gruszy; ja zaś siedziałem wówczas w jej sypialni, zkąd nie mogłem wyjść, dopóki Dymitr znajdował się w przyległym pokoju.
— Ach, prawda! Zapomniałem, że Grusza jest twoją krewną.
— Krewną? Grusza ma być moją krewną?! — zawołał Rakitin, czerwieniejąc się z gniewu. — Cóż to?! Czyś zmysły postradał?!
— Zawsze słyszałem, że to twoja krewna — rzekł Alosza.
— Gdzie mogłeś coś podobnego słyszeć? Wy, panowie Karamazowy, robicie bardzo pańskie miny, jako niby szlachta i obywatele, chociaż wszyscy wiedzą, że wasz ojciec wysługiwał się po cudzych domach, błaznując przy cudzych obiadach. Ja jestem sobie biedny popowicz, ale mam swój honor i nie mam ochoty uchodzić za krewnego publicznej dziewki, jaką jest Grusza. Rozumiesz?!
Rakitin był mocno rozdrażniony.
— Nie gniewaj się na mnie, proszę; nic o tem nie wiedziałem. A zresztą, jaka ona tam publiczna... Czy rzeczywiście jest taką? — mówił, rumieniąc się, Alosza. — Mówię ci, słyszałem, że to twoja krewna. Zresztą, bywasz u niej często, a nie raz sam mówiłeś, że nie łączy cię z nią żaden miłosny stosunek. Nie przypuszczałem nigdy, że ty nią pogardzasz. Czy ona wistocie zasługuje na to?
— Jeśli nią pogardzam, to mam widocznie swoje przyczyny, które do ciebie nie należą. A co się tyczy pokrewieństwa, prędzej zostanie twoją kuzynką, dzięki bratu, a może nawet ojcu, bo, niezawodnie, jeden z nich narzuci ci to kuzynostwo. No, doszliśmy wreszcie! Ruszajże do swego obiadu... A to co? Czybyśmy się spóźnili? Nie mógł się przecie obiad tak prędko skończyć? Musieli znów Karamazowy coś po swojemu urządzić! Niezawodnie! Widzisz... ojciec twój z Iwanem Fedorowiczem zabierają się do odjazdu... ojciec Izydor wyszedł na ganek i woła coś za nimi... twój miły ojczulek także krzyczy i wymachuje rękami... Mjusow odjeżdża, widzisz go... już jedzie, a za nim leci Maksymow. Ależ to skandal! Obiadu widocznie nie było. Czy nie nabili oni np. ojca przełożonego?... o ile, oczywiście, ich nie wybito, coby się im, zresztą, słusznie należało.
Rakitin nie dziwił się napróżno. Skandal zaszedł tu wistocie, i to niesłychany, niespodziewany. A wszystko stało się w oka mgnieniu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Barbara Beaupré, Fiodor Dostojewski.