Biały książę/Tom II/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Biały książę
Podtytuł Czasy Ludwika Węgierskiego
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron



VII.


W Poznaniu, we dworcu wielkorządcy Sędziwoja z Szubina, który po Ottonie z Pilcy wziął poznańskie — nie było teraz tak pusto, jak za jego poprzednika.
Wprawdzie Sędziwoj[1] ów, Toporczyk, na poły krakowianin, do małopolan się krwią liczył, lecz trzymał województwo kaliskie, w Wielkopolsce osiadły był i rodziną z nią związany.
Przyjęli go Wielkopolanie jako swego, dla świętego spokoju, bo nieład, najazdy, rozruchy i krwawe walki już się im naprzykrzyły, a Sędziwój mąż był energiczny i dzielny.
Miał dar rządzenia ludźmi i jednania ich sobie.
Jak wszyscy Toporczycy, oprócz tych, co nieco zubożeli, Sędziwój naprzód nauczyciela miał duchownego w domu, który go przysposobił do podróży, potem jechać musiał do Włoch, do Francji, na dwór cesarski, aby się świata uczyć, języków i obchodzenia rozumnego z ludźmi, bo każdy z Toporów miał się prawo spodziewać, że na wyższe dostojeństwa postąpi i u boku króla w radzie zasiądzie.
Z takich podróży, zwykle z mentorem duchownym odbywanych, powracali do kraju młodzieńcy, z których potem, wedle potrzeby lub wojewodów albo i biskupów robiono.
Sędziwój od natury obdarzony szczodrze, pojętny, bystry, przytem rycerskiego obyczaju i charakteru, należał do wyboru ludzi w Polsce, do kwiatu i śmietanki. Równych mu było niewielu.
Krwi niegdyś gorącej, ale już wiekiem uśmierzonej wielce, miał powagę i umiarkowanie, a do wszelakiego stanu ludzi zastosować się umiał.
Nie było wówczas łatwo ze wszystkiemi temi żywiołami, z jakich się społeczność składała, zarówno się zbratać, dać im zrozumieć i zastosować do ich obyczaju.
Obok panów takich jak Sędziwój z Szubina, którzy na żadnym ówczesnym europejskim dworze nie byliby się zakłopotali, a wszędzie umieliby pozyskać uznanie, stała szlachta nieco otarta obcowaniem tylko z ludźmi, a pełna buty, niżej zaś jeszcze owi panosze i ubodzy szczytowi ziemianie, których mowa i obyczaj mało się różnił od kmieci. Ci spraw kraju, potrzeb jego i zawiłych kwestyi wcale nie rozumiejąc, karmiąc się posłuchami, łatwowierni, namiętni — zawsze byli do poruszenia łatwi, a do uspokojenia trudni.
A było takiego ziemiańskiego, można powiedzieć gminu, więcej daleko liczbowo, niż głów rozumnych. I gdy z rozumnemi łacno było się porozumieć, z tamtemi nie podobna, bo ich trzeba było zyskiwać sobie, biorąc za serce i za ich słabości.
Sędziwój miał tę wyższość nad innemi, że i z biskupy a pany umiał się obejść i z pomniejszą bracią porozumieć.
Wierzyli w niego, a że przytomnym był, uprzejmym i łatwym — więc go i kochali.
Mąż powagi wielkiej, gdy konieczność wymagała, umiał ją na kołku powiesić, i być z małemi, małym...
W samej też swej rodzinie, Sędziwój miał takich, z któremi jak z dziećmi poczynać sobie było potrzeba.
Za młodego niegdy, zuchowatego, wesołego, mężnego Krystyna ze Skrzypowa, ojciec Sędziwoja wydał był córkę... Lata z tego człowieka, który postawą i butą się odznaczał, uczyniły teraz wielki ciężar dla rodziny i niemal zakałę.
Ciężkie to było utrapienie ten szwagier Toporczyka, który ojcowiznę puścił, mienia utrzymać nie mógł — i cały swój czas spędzał w najpospolitszego gminu otoczeniu, byleby mu do kubka i pijatyki dotrzymywało.
Gwoli siostry, Toporczyk musiał szwagra to tu to ówdzie na zamku sadzić, dawać mu starostwa dzierżeć, aby z głodu nie umarł, a raczej aby pić co miał i zdaleka się trzymał od wojewody, który wstydzić się go musiał.
Sędziwoj[2] z Szubina, podówczas nie młody już, nie stary też, był można rzec w sile samej, bo w owe wieki konia przed siódmym rokiem nie brano do zaprzęgu, człowiek rzadko przed trzydziestym się żenił, a we czterdziestym i pięćdziesiątym ledwie dojrzewał...
Znać na nim było ród i krew, piękną miał postawę i ta może go zaleciła więcej królowej Elżbiecie, która męzką urodę ceniła, niżeli rozum jego i nauka.
Z rodziną możną naówczas w Wielkiej Polsce Sędziwój był połączony, i to także wpłynęło zapewne, że ten ród na wielkorządach go popierał.
A były one w tym kraju, którego stan wielce niespokojny, wymagał czujności największej — bardzo trudne...
Pierwsze wystąpienie gdy się Sędziwojowi powiodło, szło teraz z rządami łatwiej coraz... Miał więc nadzieję mądry pan, że powoli tu ład i spokój zaprowadzi...
Na dworze jego gościnnym, bo u wielkorządzcy innym być nie mógł, nie przebierało się ziemian, przyjeżdżających z żalami, prośbami lub po radę.
Na same święta wielkanocne tem tłumniej się rodzina, powinowaci i przyjaciele a słudzy pańscy zgromadzili. Więc i duchowieństwo, któremu biskup Jan Doliwa przewodniczył, i z Krakowa goście, i Niemców jakichś parę do stołu wielkanocnego pobłogosławionego zasiadło.
Z prastarych czasów słowiańskich i lechickich, przeniósł się był ten obyczaj ucztowania wiosennego o wielkiej nocy. Pogańską niegdyś objatę, duchowni zawczasu zaczęli święcić, aby jej nadać charakter chrześciański, i tak się nasze owo święcone zrodziło a w obyczaj poszło. Stanął tylko obok jaj malowanych starych, baranek, obraz Zbawiciela, i krzyżyk nad nim zatarł wspomnienie przeszłości.
Właśnie w wielkiej izbie na zamku zasiadać miano do tej wielkanocnej uczty, która po twardym a ścisłym poście, osobliwie ostatniego wielkiego tygodnia, bardzo była pożądaną. Byli tam i tacy, co za grzechy i przez wielką pobożność od wielkiego czwartku wieczerzy nic w ustach nie mieli.
Sędziwoj[3] z Szubina, oprócz biskupa Doliwy, bardzo dostojnych gości miał wielu. Poznański wojewoda Wicek Kępa, zaraz szedł po pasterzu, dalej Toporczyk pokrewny Zaklika z Międzygórza, duchownego stanu mąż, byli i sędziowie, i kanclerze, i wojennego stanu ludzie.
Na nieszczęście tegoż dnia, aby się szwagrowi zalecić, przybył też i Krystyn ze Skrzypowa, a wojewodzie dosyć go było widzieć w swym domu, zwłaszcza przy obcych, aby mu się czoło chmurą okryło.
Choć tam wojaków jak on dosyć się znajdowało, między niemi wszystkiemi wcale niekorzystnie się wyróżniał. Twarz sama wiekuiście płomienista, niekiedy aż sina, zdradzała nałogowego opoja. Choć na święto wielkanocne przybrał się jak najpyszniej, suknia i uzbrojenie mówiły, że już nie dbał i nie wiedział, co na siebie włoży.
Krzywo na nim siedział kaftan, miecz u boku wisiał niezgrabnie, a włosy na głowie jak zboże po burzy wyglądały.
Choć mało kto mu się uśmiechał i mile go przyjmował, Krystyn był niezmiernie wesołego usposobienia, oczyma i ustami śmiejąc się do wszystkich, a ze wszystkimi za pan brat sobie postępując.
Niekiedy surowe, ostre spojrzenie Sędziwoja rzucone nań, trochę go uśmierzało, lecz wkrótce potem niepomierną, karczemną wesołością wybuchał.
Biskup sam już był stół pokropił wodą święconą, i jajami się obdzielać zaczęto, gdy u drzwi izby jakieś zamięszanie się stało, gwar i niepokój.
Sędziwoj[4] nawet się nie obejrzał w tę stronę, bo świątecznego dnia zbyt być dla czeladzi surowym nie chciał.
Tymczasem około drzwi coraz się większa kupka ludzi zbierała, z pochylonemi głowami słuchających jakichś szeptów, przerywanych wykrzyknikami.
Niektórzy ze słuchających ręce załamywali. Stało się widocznie coś, o czem wojewodzie oznajmić nie śmiano.
Wśród gromadki ciekawych, po za domownikami dojrzeć było można mężczyznę lat średnich, w odzieży podróżnej, zbłoconej i obryzganej, z twarzą bladą, opowiadającego coś i namiętnie rękami w różne strony ukazującego.
Był to wojak, który pot z czoła uznojonego ocierał, suknie na sobie stargane poprawiał i zamierzał widocznie wnijść do izby, a nie śmiał.
Obejrzał się wojewoda ku drzwiom, coś go tknęło i zawołał pacholika.
— Idź zobacz, co tam u drzwi za zbiegowisko.
Chłopak pobiegł, wcisnął się, stanął i, jakby przykazania zapomniał, nie wrócił prędko. Sędziwój niecierpliwy posłał drugiego, ale i ten u drzwi utkwił.
Był to znak, że się coś niedobrego przygodzić musiało, ze zmarszczonem czołem, iż właśnie w tę porę, gdy dar boży pożywać miano — zaszła jakaś przeszkoda, wojewoda wstał już sam i pospiesznym krokiem poszedł ku progowi.
Zobaczywszy go obłocony podróżny, szyszak już cały zdjął, ludzie się rozstąpili.
— Drzemlik? a ty tu zkąd i z czem? — zapytał, patrząc nań surowo wojewoda.
Wszyscy milczeli, Drzemlik mając mówić, zagryzł usta, oczy jego tylko i twarz oznajmiły, że przywoził złą nowinę.
Tego się wojewoda domyślił łatwo, nie spodziewał się jednak nic wielkiego i ważnego.
— Mów że — odezwał się spokojnie.
Zająknął się Drzemlik.
— Coś ty w drodze zaniemiał? — zapytał pan z Szabina.
— Trudno bo to rzec z czem przybyłem — odezwał się wzdychając żołnierz... — Niewiadomo zkąd zjawił się Władysław książę, ten co na Gniewkowie siedział — no, i Włocławek wziął, Gniewków, opanował Złotoryą, Szarlej mu się słyszę też poddaje...
Wojewoda uszom nie wierzył.
— Oszalałeś! — zawołał...
— Tak jest, jakom rzekł — smutnie powtórzył Drzemlik — tak jest... Do Włocławka wpadli... niewiem jak, w Gniewkowie dawni słudzy go przyjęli... Złotoryę opanował zdradą, bo Romlika porwali i śmiercią mu grozili — aż Łukosz z obawy o niego bramy otworzył... a Szarlej... pewnie się mu też poddał, bo już ludzi kupę miał, a ziemian się dużo z nim połączyło.
Pobladł Sędziwoj[5].
— Kiedyż się to stać mogło? — począł głosem podniesionym. — Cztery zamki opanować, na to potrzeba czasu, a żebyś ty dopiero pierwszy tu przybył z wiadomością??...
— Cztery zamki wziął we dwa dni... — odparł, ramionami ruszając Drzemlik.
Wojewoda cofnął się na krok.
— Kto cię wysłał? zkąd? kiedy?
— Ze Złotoryi uciekłem, gdy na Szarlej ciągnęli — rzekł Drzemlik. — Na to co się stało, własnemi oczyma patrzałem. Nie mówił mi nikt... bo bym nie wierzył.
Gdy wojewoda jak osłupiały stał, badając posła, od stołu przy którym nań oczekiwano, zaczęto spoglądać nań i Kępa, wojewoda poznański zmiarkował, że go tam coś złego u drzwi zatrzymało — wstał i podszedł ku niemu.
Sędziwoj[6] się zwrócił do Kępy.
— Patrzajże wojewodo — rzekł — ten nam krasne jajko wielkanocne przywozi... prędzejbym się był tatarskiego najazdu spodziewał.
Kępa niecierpliwy człowiek, krzyknął zaraz do Drzemlika.
— Gadaj — co jest?
— Gniewkowski książę się zjawił i cztery zamki mu poddano...
— Jako? mnich??
— Przy mieczu i we zbroi widziałem go pod Złotoryą?
— Złotorya się poddała! — zawołał na głos Kępa...
Od stołu, od święconego posłyszawszy to, zerwali się wszyscy.
Zmięszali się goście, nikt nie rozumiał.
— Cóż? napaść krzyżacka? — wołali jedni — Litwini wtargnęli! — mówili drudzy. Nikomu gniewkowski książę na myśl nie przyszedł.
— Ktoś chyba postawę jego na siebie wziął — odezwał się Kępa. — Wszakże sprzedał swoją dzielnicę, pieniądze od króla wziął, cystersem czy benedyktynem go postrzyżono...
Biskup się przeżegnał ze zdumienia.
— Nie może to być! — rzekł — bo wiem, że w Dyżonie świątobliwy żywot prowadził... Papież nasz uwolnić go nie mógł od ślubów, dla króla naszego... Nie może to być...
Sędziwoj[7] dumał zasmucony.
— Ojcze mój — odezwał się do Biskupa — przed się może to być — bo kto znał Władysława, uwierzy wszystkiemu. Ani się dziwię, że on kaptur zrzucił, ale zdumiewam temu, że ludzie się znaleźli, co za nim poszli...
Kępa przerwał gwałtownie.
— Oto macie com mówił, a o czem ostrzegałem. — Gotowi nawet takiego książęcia wziąć, byle kogo przeciw królowi postawić.
— Tak — odezwał się Sędziwoj[8] — tak... ja, co go znałem, powiedzieć mogę, iż nie ważyłby się na taki krok, gdyby go ztąd źli ludzie nie pociągnęli.
O wyjściu z klasztoru słychać było — a i o tem prawiono, że się bez przyczyny Wielkopolan nie stało — ale na Węgrzech, na łasce królowej mieszkał i miano mu opactwo dać...
— Sam je sobie tu wziął! — rozśmiał się Krystyn szwagier wojewody — zuch mnich! I jeszcze się gotów ożenić.
Żart był nie w porę, namarszczyli się wszyscy. Wojewoda stał posępny. Zwrócił się do gości.
— Raczcie daru Bożego zażywać — odezwał się — ja do ust nic nie mogę wziąć, dopóki do króla gońca nie wyprawię, królowej nie dam znać, i ludzi nie każę zbierać...
Po czterech zamkach, uzuchwalony gotów się rzucić na inne. Na warchołach, co się do niego przyłączyć gotowi, nie zbywa...
Radzić potrzeba zawczasu...
Pomimo zaproszenia, goście stali nie myśląc o chlebie, bo każdy był ciekaw jakichś szczegółów. Wyciągnięto od progu Drzemlika, badając go, lecz mało z niego dobyć się dało... Smutną tylko historję Romlika opowiadał...
Ruszano ramionami, podziwiając osobliwą przygodę; a byli i tacy, którzy o niej powątpiewać chcieli, gotowi przypuścić, że przybyłemu we łbie się pomięszało.
Całe wesele, pociecha i spoczynek dni świątecznych strute były... na twarzach wszystkich malowały się obawy o jutro. Człowiek, który mógł w przeciągu dni kilku tyle dokazać, z pomocą tych przyjaciół, których się domyślano... pokusić się też gotów był o więcej... Sędziwoj[9] z Szubina nie wyznając tego przed nikim, przewidywał już sprzysiężenie jakieś przeciw Ludwikowi. Wiedział ilu tu miał niechętnych.
On, biskup i Kępa rozmawiali jeszcze po cichu, a drudzy otaczali Drzemlika, gdy pacholę nadbiegło oznajmując, że Romlika też Łukosz ze Złotoryi przywiózł.
W ten sposób potwierdziła się wiadomość i sam wojewoda, nie czekając aż stary dowódzca będzie się mógł mu stawić, wyszedł go szukać.
Łukosz, po skrępowaniu i umęczeniu Romlika, musiał go tu na wozie, sam przy nim jadąc — jęczącego, zbolałego przywlec, bo wojewodzie wielkorządzcy chciał się koniecznie tłumaczyć...
Zobaczywszy go, ledwie dźwignąć się miał siłę. Krzepki stary, był nagle zmieniony okrutnie, nie mógł sobie przebaczyć, że oddaleniem się swem z zamku, był utraty jego przyczyną.
Ujrzawszy wojewodę, mimo bezsilności dźwignął się na pokrwanionych od łańcuchów i sznurów rękach.
— Winowajcę macie przed sobą — zawołał rozpaczliwie. — Tak! trzeba mi było dać się skusić i do brata pojechać na święta. Porwano mnie ztamtąd... a oto ten niegodziwiec, dla ocalenia mi życia, Złotoryę im oddał w ręce...
Łukosz przerwał żywo.
— Karz mnie, miłość wasza gdy chcesz... Sądziłem i sądzę że łatwiej będzie odebrać zamek na króla, niż memu dobroczyńcy życie przywrócić...
Stał milczący.
Sędziwój wysłuchawszy — zwrócił się do starego.
— Nikogo nie winię — rzekł — napaść była niepoczciwa, niespodziana... Przewidzieć jej żadna żywa dusza nie potrafiła. Lecz zkądże ten książę? kto z nim?
— Zkąd? z piekła! — krzyknął Romlik. — Z nim? tłum i szuja, któraby do pierwszego lepszego zbója, była się przyłączyła!!
— Wiecie że i Włocławek i Gniewków opanowali? — pytał Sędziwój.
— I Szarlej pewnie — dodał Łukosz.
— Zkądże wziął ludzi? — badał wojewoda.
— Po drodze nam opowiadali, ci co z Włocławka zbiegli, że i dziesięciu koni nie miał, gdy na zamek tamtejszy wpadł... Krzyknęli że jest rozkazanie królewskie, aby zamek zdawano — ludzie się ustraszyli...
— Przykazania królewskiego nie ma i być nie może! — zawołał wielkorządzca. Stawiłby się był z niem do mnie...
— Z Włocławka, zabrawszy część załogi, pobiegł do swojego dawniej Gniewkowa — ciągnął dalej Łukosz, a tam się do niego zbiegło pono różnego ludu dosyć... Zaraz też z niemi popędził na nas, ale wiedział że zamku inaczej nie weźmie, jak zdradą. Dlatego starego (tu wskazał na wóz) w Podgórkach chwycili i chcieli wieszać.
Około wozu, na którym leżał przywieziony Romlik, gawiedź się zbierała... wojewoda stał nad nim zadumany ponuro. W tem człowiek się przecisnął ku niemu w odzieży, która zamożnego mieszczanina poznać w nim dawała.
— Naprzód on zawitał do Gniezna — odezwał się kłaniając wojewodzie. — Bodaj czy nie mieli na myśli tak samo probować tam, jako później we Włocławku... Ale tu go poznał Hanko, do którego zajechał... i zbył się go...
Wojewoda słuchał z podziwieniem.
Nie było już wątpliwości, że się po opanowaniu czterech gródków, w siłę zbiwszy, rzuci i na inne. Potrzeba było nie tracąc godziny, zbierać siły i wystąpić przeciwko najezddzcy.
Znał Sędziwój, jakie były w Wielkopolsce marzenia i zamiary znaczniejszej części ziemian... Powodzenie mogło poruszyć umysły...
Rozkazawszy na Zamku pomieścić Romlika, miał już iść Wojewoda wyprawiać gońców i bodaj sam usiąść na konia; gdy z rozmaitych stron, zbiegowie i ci co wiernie służyli mu, nadciągać zaczęli.
Co najdziwniejsza nadjechał i stary Dersław Nałęcz, którego Wojewoda wcale się nie spodziewał. Rad mu był więc, chociaż przebiegły spiskowiec, nie po co innego tu przybył, tylko żeby wziąć języka — i zobaczyć a posłuchać, jak tu poczynać będą. Udawał obojętnego i lekceważącego...
— Co myślicie — panie Wojewodo, odezwał się po przywitaniu...
Dziw to jest, że taki niezdara jak ten książę, tak szalone miał szczęście — lecz mnie się zdaje, że ono niepotrwa. Przypadek to zrządził...
Sędziwój był małomówny...
— Co się stało, o tem już i mówić nie wiele warto, a zapobiedz, aby się gorsze jeszcze rzeczy nie działy — odezwał się zimno...
Dersław poruszał ramionami, rad był więcej też przysłuchiwać się, niż mówić.
— A może się on tam na tych zamkach trzymać? spytał...
— Nie spodziewam się — odparł Sędziwój — łatwiej je było wśród pokoju zaskoczyć, niż obronić...
— Ludzie doń — słyszę, — kupami się wloką zewsząd — rzekł Dersław. Mówili mi, że już kilkuset ma...
Sędziwój pogardliwie ruszył ramionami.
— Na cztery zamki nie za wiele — rzekł, — a moich stu nie dałbym za jego czterystu, boć to gmin czarny...
— A no — liczba! bąknął Dersław, który może chciał trochę rzucić popłochu. — Coś sobie pono i węgrzynów zamówił.
— Tem pilniej trzeba się nam też skupić i iść na niego — zawołał Sędziwój. — Spodziewam się, że i wy mi w tem pomożecie?
Dersław się trochę zmięszał.
— Ze mnie starego przybytek nie wielki — rzekł. — Sił macie i tak dosyć. Przybyłem tylko, aby was przestrzedz...
Dziękując chłodno, Wojewoda wprowadził go do izby. Sam jednak gości tu swych przyjmować nie mógł, a znaczniejsza ich część, wiadomością tą spłoszona rozchodziła się.
Krystyn tylko ze Skrzypowa, szwagier wojewody, korzystając z popłochu, zasiadł jeść i pić, zapraszając do siebie ochotnych, jako w braterskim domu.
— Ponieważ wojna się zapowiada — wołał — trzeba się posilić na nią. Głodnemu ani myśl dobra nie przyjdzie, ani ma ochoty wiele... Nalewać kubki!.. mówił, do służby się zwracając... Brat Sędziwój uczynił mnie tu gospodarzem...
Dersław siadł, nie odmówiwszy miodu, aby się przysłuchać...
— Cóż wy na to? — zapytał Krystyna.
— Ja na to? jak na lato — zawołał śmiejąc się już trochę podchmielony Krystyn. — Królowi zamki nie przepadną, jedno książątko gniewkowskie — o Jezu! nie straszne, a może dla mnie gdzie na odzyskanym grodzie okroi się służba — rad będę!
— Myślicie, że z gniewkowskim tak łatwo pójdzie! — odezwał się Dersław — ale to szalona pałka, bez mózgu człek, a takim się szczęści.
Wiecie ile u nas tałałajstwa po gościńcach się włóczyło, wszystko to pójdzie na służbę do niego... Wczoraj nie miał stu... jutro może mieć tysiąc.
— Zapominasz o tem — odparł Krystyn — że wedle wszelkiego podobieństwa, mieszka nie ma nabitego, a bez groszy najemnika nie dostanie.
— Jako? — zawołał Dersław — albo to nie słyszeliście od czego Łokieć poczynał? Z taką kupką jak i on i bez złamanego denara?
Krystyn jakoś nieustraszony śmiał się.
— Z Czechem miał do czynienia, to co innego było — rzekł — tamten słabo siedział na tronie... a nasz Ludwik!!! ho! ho!
Dersław nie śmiał nic rzec w tym domu przeciw Ludwika, ale mruknął.
— Tylko że Ludwika u nas nie ma, a stara baba...
Krystyn popijał... Dersław sądził, że przez niego najprędzej popłoch rzuci i począł.
— Nie lekceważcie małego... Bieda go wiele nauczyła... Szczęście szalone ma. Nie bez tego, żeby w Złotoryi i Szarleju i od gniewkowskich grosza nie dostał. Siła i u nas takich jest, co mu gotowi dać...
— To co? — rzekł Krystyn... Będziemy z mnichem wojowali! Tem lepiej, człowiek się pożywi i ręce zdrętwiałe odżyją...
Zostali w kilku zaledwie przy stole, którego mało kto dotknął, tak wszyscy zajęci byli około Wojewody, wysyłającego już gońców, posły, żołnierzy, wici...
W podwórzu, mimo dnia Wielkanocnego, z kołaczem w jednym ręku, z biczem w drugim, z gębami pozapychanemi, na prędce do ust spragnionych niosąc kubki, które im czeladź napełniała, pachołkowie wybierali się na różne strony.
Dersław na wszystko pilne miał oko. Doczekawszy się Sędziwoja — rozmówił się z nim jeszcze i nad wieczór wybrał się nazad do domu.
O kilkoro stai za miastem, czekał nań zakapturzony jeździec...
— Jakie rozkazy? spytał.
— Siedźcie cicho — Sędziwój się ostro bierze do księcia, tamten wątpię, żeby mu dotrzymał... Trzeba czekać, jak się dalej wątek zasnuje. Nie da mu pono zagrzać miejsca we Włocławku, ani w Złotoryi...
Poszeptali coś jeszcze, i zakapturzony jeździec konia ścisnąwszy, w las się puścił, a Dersław z głową zwieszoną na piersi, powoli nazad do Wielkiej Wsi, odmawiając pacierze, i przysłuchując się głosom wieczora — podążał.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.
  7. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.
  9. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.