Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jakaś przeszkoda, wojewoda wstał już sam i pospiesznym krokiem poszedł ku progowi.
Zobaczywszy go obłocony podróżny, szyszak już cały zdjął, ludzie się rozstąpili.
— Drzemlik? a ty tu zkąd i z czem? — zapytał, patrząc nań surowo wojewoda.
Wszyscy milczeli, Drzemlik mając mówić, zagryzł usta, oczy jego tylko i twarz oznajmiły, że przywoził złą nowinę.
Tego się wojewoda domyślił łatwo, nie spodziewał się jednak nic wielkiego i ważnego.
— Mów że — odezwał się spokojnie.
Zająknął się Drzemlik.
— Coś ty w drodze zaniemiał? — zapytał pan z Szabina.
— Trudno bo to rzec z czem przybyłem — odezwał się wzdychając żołnierz... — Niewiadomo zkąd zjawił się Władysław książę, ten co na Gniewkowie siedział — no, i Włocławek wziął, Gniewków, opanował Złotoryą, Szarlej mu się słyszę też poddaje...
Wojewoda uszom nie wierzył.
— Oszalałeś! — zawołał...
— Tak jest, jakom rzekł — smutnie powtórzył Drzemlik — tak jest... Do Włocławka wpadli... niewiem jak, w Gniewkowie dawni słudzy go przyjęli... Złotoryę opanował zdradą, bo Romlika porwali i śmiercią mu grozili — aż Łukosz z obawy o niego bramy otworzył... a Szarlej...