Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jako? mnich??
— Przy mieczu i we zbroi widziałem go pod Złotoryą?
— Złotorya się poddała! — zawołał na głos Kępa...
Od stołu, od święconego posłyszawszy to, zerwali się wszyscy.
Zmięszali się goście, nikt nie rozumiał.
— Cóż? napaść krzyżacka? — wołali jedni — Litwini wtargnęli! — mówili drudzy. Nikomu gniewkowski książę na myśl nie przyszedł.
— Ktoś chyba postawę jego na siebie wziął — odezwał się Kępa. — Wszakże sprzedał swoją dzielnicę, pieniądze od króla wziął, cystersem czy benedyktynem go postrzyżono...
Biskup się przeżegnał ze zdumienia.
— Nie może to być! — rzekł — bo wiem, że w Dyżonie świątobliwy żywot prowadził... Papież nasz uwolnić go nie mógł od ślubów, dla króla naszego... Nie może to być...
Sędziwoj[1] dumał zasmucony.
— Ojcze mój — odezwał się do Biskupa — przed się może to być — bo kto znał Władysława, uwierzy wszystkiemu. Ani się dziwię, że on kaptur zrzucił, ale zdumiewam temu, że ludzie się znaleźli, co za nim poszli...
Kępa przerwał gwałtownie.

— Oto macie com mówił, a o czem ostrzega-

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.