Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Znał Sędziwój, jakie były w Wielkopolsce marzenia i zamiary znaczniejszej części ziemian... Powodzenie mogło poruszyć umysły...
Rozkazawszy na Zamku pomieścić Romlika, miał już iść Wojewoda wyprawiać gońców i bodaj sam usiąść na konia; gdy z rozmaitych stron, zbiegowie i ci co wiernie służyli mu, nadciągać zaczęli.
Co najdziwniejsza nadjechał i stary Dersław Nałęcz, którego Wojewoda wcale się nie spodziewał. Rad mu był więc, chociaż przebiegły spiskowiec, nie po co innego tu przybył, tylko żeby wziąć języka — i zobaczyć a posłuchać, jak tu poczynać będą. Udawał obojętnego i lekceważącego...
— Co myślicie — panie Wojewodo, odezwał się po przywitaniu...
Dziw to jest, że taki niezdara jak ten książę, tak szalone miał szczęście — lecz mnie się zdaje, że ono niepotrwa. Przypadek to zrządził...
Sędziwój był małomówny...
— Co się stało, o tem już i mówić nie wiele warto, a zapobiedz, aby się gorsze jeszcze rzeczy nie działy — odezwał się zimno...
Dersław poruszał ramionami, rad był więcej też przysłuchiwać się, niż mówić.
— A może się on tam na tych zamkach trzymać? spytał...
— Nie spodziewam się — odparł Sędziwój —