Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łatwiej je było wśród pokoju zaskoczyć, niż obronić...
— Ludzie doń — słyszę, — kupami się wloką zewsząd — rzekł Dersław. Mówili mi, że już kilkuset ma...
Sędziwój pogardliwie ruszył ramionami.
— Na cztery zamki nie za wiele — rzekł, — a moich stu nie dałbym za jego czterystu, boć to gmin czarny...
— A no — liczba! bąknął Dersław, który może chciał trochę rzucić popłochu. — Coś sobie pono i węgrzynów zamówił.
— Tem pilniej trzeba się nam też skupić i iść na niego — zawołał Sędziwój. — Spodziewam się, że i wy mi w tem pomożecie?
Dersław się trochę zmięszał.
— Ze mnie starego przybytek nie wielki — rzekł. — Sił macie i tak dosyć. Przybyłem tylko, aby was przestrzedz...
Dziękując chłodno, Wojewoda wprowadził go do izby. Sam jednak gości tu swych przyjmować nie mógł, a znaczniejsza ich część, wiadomością tą spłoszona rozchodziła się.
Krystyn tylko ze Skrzypowa, szwagier wojewody, korzystając z popłochu, zasiadł jeść i pić, zapraszając do siebie ochotnych, jako w braterskim domu.
— Ponieważ wojna się zapowiada — wołał — trzeba się posilić na nią. Głodnemu ani myśl