Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gnął się na pokrwanionych od łańcuchów i sznurów rękach.
— Winowajcę macie przed sobą — zawołał rozpaczliwie. — Tak! trzeba mi było dać się skusić i do brata pojechać na święta. Porwano mnie ztamtąd... a oto ten niegodziwiec, dla ocalenia mi życia, Złotoryę im oddał w ręce...
Łukosz przerwał żywo.
— Karz mnie, miłość wasza gdy chcesz... Sądziłem i sądzę że łatwiej będzie odebrać zamek na króla, niż memu dobroczyńcy życie przywrócić...
Stał milczący.
Sędziwój wysłuchawszy — zwrócił się do starego.
— Nikogo nie winię — rzekł — napaść była niepoczciwa, niespodziana... Przewidzieć jej żadna żywa dusza nie potrafiła. Lecz zkądże ten książę? kto z nim?
— Zkąd? z piekła! — krzyknął Romlik. — Z nim? tłum i szuja, któraby do pierwszego lepszego zbója, była się przyłączyła!!
— Wiecie że i Włocławek i Gniewków opanowali? — pytał Sędziwój.
— I Szarlej pewnie — dodał Łukosz.
— Zkądże wziął ludzi? — badał wojewoda.
— Po drodze nam opowiadali, ci co z Włocławka zbiegli, że i dziesięciu koni nie miał, gdy na zamek tamtejszy wpadł... Krzyknęli że jest