Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nego było — rzekł — tamten słabo siedział na tronie... a nasz Ludwik!!! ho! ho!
Dersław nie śmiał nic rzec w tym domu przeciw Ludwika, ale mruknął.
— Tylko że Ludwika u nas nie ma, a stara baba...
Krystyn popijał... Dersław sądził, że przez niego najprędzej popłoch rzuci i począł.
— Nie lekceważcie małego... Bieda go wiele nauczyła... Szczęście szalone ma. Nie bez tego, żeby w Złotoryi i Szarleju i od gniewkowskich grosza nie dostał. Siła i u nas takich jest, co mu gotowi dać...
— To co? — rzekł Krystyn... Będziemy z mnichem wojowali! Tem lepiej, człowiek się pożywi i ręce zdrętwiałe odżyją...
Zostali w kilku zaledwie przy stole, którego mało kto dotknął, tak wszyscy zajęci byli około Wojewody, wysyłającego już gońców, posły, żołnierzy, wici...
W podwórzu, mimo dnia Wielkanocnego, z kołaczem w jednym ręku, z biczem w drugim, z gębami pozapychanemi, na prędce do ust spragnionych niosąc kubki, które im czeladź napełniała, pachołkowie wybierali się na różne strony.
Dersław na wszystko pilne miał oko. Doczekawszy się Sędziwoja — rozmówił się z nim jeszcze i nad wieczór wybrał się nazad do domu.