Biały książę/Tom II/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Biały książę
Podtytuł Czasy Ludwika Węgierskiego
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron



VI.


Tak nadzwyczajne powodzenie, w ciągu bardzo krótkiego czasu, opanowanie Włocławka, Gniewkowa, a nakoniec najbardziej upragnionej Złotoryi, nietylko księcia wbiło w dumę i dodało niezmiernej odwagi, ale wszystkich przy nim będących upoiło.
Lasota nie wątpił, że od tej chwili, gdy już z Włocławka, Gniewkowa i załogi zabranej na zamku, mieli kilkuset ludzi zbrojnych pod swem dowództwem, dalsze zdobycze pójdą łatwo.
Pierwszy ten krok, zawsze najtrudniejszy — był uczyniony. Stary Gniewosz podjął się ziemian i ubogich panoszów z okolicy ściągać pod chorągwie książęce.
Niektórzy zasłyszawszy o tem, co się stało, biegli sami, ofiarując usługi swoje.
Białego księcia poznać nie było można, szał go niemal opanował, już nie Gniewkowskie księstwo myślał zagarnąć, ale bodaj całą Wielkopolskę...
Czuł się bohaterem, sobie przypisując co było dziwnym tylko składem okoliczności.
Buśko chodzący za nim i wpatrujący mu się w oczy, rychło li zmieni się i wybrykiem jakim dzieło dokończy — zaczynał sądzić, że szczęście może go uczynić wytrwałym.
Na zamku, ponieważ dostatek się wszystkiego znalazł, rozporządzano się, nie pomnąc o jutrze...
Ludzie przybyli z Białym gospodarowali, odbijano komory, wyciągano zapasy, wytaczano beczki, chwytano co lepsze zbroje.
Szaszor, który nie bez przyczyny sobie po części przypisywał zdobycie Złotoryi, i niem był podbudzony do nowych jakichś zamachów... — gryząc palce chodził po podwórzu. Nie dosyć mu tego było.
Widział się już w przyszłości naczelnym wodzem księcia... dowódzcą na zamku, kto wie, jakim dostojnikiem nowego władzcy... Chciał dać jeszcze większy dowód swojej przebiegłości i dowcipu.
Książę tylko co był zrzucił szyszak, porozpinał się i zabierał spocząć nieco, a myśleć co dalej czynić i gdzie się sam ma z dworem i siłą swą mieścić, gdy na progu, wąsy kręcąc, pokazał się z miną butną Szaszor.
— Miłościwy książę — odezwał się. — Kiedy się wiedzie, trzeba korzystać, szkoda czasu... Później się ludzie opatrzą, ciężej przyjdzie gródki zdobywać.
Biały wstał z twarzą rozjaśnioną.
— Cóż myślisz? — zapytał.
— Mybyśmy dziś z tą siłą mogli się puścić na Szarlej, i ten by się nam zdał.
— Sądzisz? — spoglądając nań nieśmiało, szepnął książę.
— Jak mi Bóg miły, kiedyśmy Złotoryą wzięli, Szarlej zdobędziem...
— Jakim sposobem?
Szaszor wąsa darł.
— Ja znajdę sposób — rzekł. — Nim konie spoczną i zjedzą, pchnę takiego człeka com go pewien, aby popłoch rzucił w Szarleju i oznajmił im, że Złotoryęśmy wzięli. Zlękną się. Szarlej, choćby przyszło oblegać, nie taki mocny... załoga mała.... Poddadzą się.
Na twarzy Białego razem z radością pewien strach się malował — lękał się stracić co już trzymał, przez zbytnie zuchwalstwo. Zawahał się.
— A jeśli się nam nie powiedzie? — bąknął nieśmiało. — Pokusić się i odejść ze wstydem — gorzej niż się nie porywać.
— Ale my Szarlej weźmiemy, jeśli tylko prędko się nań rzuciemy — gorąco wtrącił Szaszor. — Nie może to być, aby się nie ulękli — tylko czasu nie tracić...
Biały wahał się jeszcze, lecz Szaszor drżał i kipiał z niecierpliwości.
— Niechaj wasza miłość nie zwleka... pojutrze będzie zapóźno. Żelazo bić, póki gorące. Szarlej weźmiemy...
Jeszcze nie mógł słowa stanowczego wyrzec Biały, gdy słuchający rozmowy od progu Lasota, przejęty i zarażony zuchwalstwem Szaszora, krzyknął.
— A czego czekać? iść!
I to by może nie przeważyło jeszcze, gdyby w kącie nie postrzegł książę Buśka.
Ten stał z miną szyderską, jakby mówił oczyma. — Oto go mam, już się zawahał — i stchórzy.
Wzrok ten ubodł Białego jak wymówka, zawstydził się.
— Na Szarlej! rób jakeś powiedział — iść...
Załogi część ze Złotoryi weźmiemy z sobą, a Włocławskich i Gniewkowskich tu zostawić... Ślijże przodem stracha, my za nim...
Szaszor z radości, że mu się księcia namówić udało, przybiegł go w rękę pocałować, kołpak na głowę włożył i wypadł jak szalony w podwórze.
Miał tyle jednak pomiarkowania, że nie okrzyknął jeszcze głośno, dokąd i kiedy iść mają, począł tylko załogę rozdzielać, ludzi wybierać, i w imieniu księcia przywłaszczył sobie moc nad wszystkiem.
Nikt mu się nie sprzeciwiał.
Człowieka, który trwogę miał przodem zanieść, już wybrał zawczasu, do kąta go wziął, naszeptał mu co było potrzeba, na koń wsadził i z zamku precz z pośpiechem wypchnął.
Wieść o wyprawie na Szarlej nie rozeszła się jeszcze była pomiędzy ludźmi księcia, nie wiedzieli o tem, tylko Szaszor, Lasota i Buśko, który był milczący, a nie dowierzając przyszłości, starał się tylko z obecnego stanu korzystać. Z Gniewkowa, z Włocławka, co mógł pochwycić w sakwy pakował, i na Złotoryi też, zawsze w imieniu księcia po kątach wszystkich wietrzył, czy by się co nie znalazło.
Sam książę dotąd niewiele własną wolą działał, niosła go jakaś fala szczęśliwa, i dawał jej pchać się dalej.
Najśmielsze marzenia jego przechodziło to, co się ziściło w przeciągu dni niewielu, zaczynał wierzyć w jakieś przeznaczenie. Jasno jednak nie widział przyszłości, sądził, że ona przyjdzie i narzuci mu się sama.
Młodzi towarzysze, Szaszor, Lasota, Sikora z innymi, którzy od Gniewkowa z nim byli, czynili zań wszystko. On — marzył.
W duszy walka dziwna odbywała się między nadziejami najzuchwalszemi i nieopisaną trwogą. Mnisze śluby, suknia, którą zrzucił, ciężyły mu jak pomsta groźby Bożej. A nuż Bóg na to tylko go podniesie wysoko, aby tem cięższym pokarał upadkiem?..
Spoglądając na miecz u boku, na zbroję, na szyszak, a przypominając czarną suknię, drżał lękając się piorunu z nieba.
— Papież, gdy będę możnym, od ślubów mnie uwolni, — mówił do siebie.
Razem z temi myślami, zbliżając się do Drzdenka, Biały mimowolnie przypomniał sobie Frydę Bodczankę. Odpędzał to wspomnienie, narzucało mu się niepozbyte.
Wiedział, że Fryda była w nim rozmiłowaną dawniej. Lasota przyniósł mu od niej pozdrowienie. Niegdyś, po stracie żony, choć lubił ją, nie chciał się do niej przywiązać.
Wspomnienie zmarłej tę nową miłość odpychało. Teraz narzucała mu się ona jako upragnione, odnowione szczęście, po wyrzeczeniu się go powracające. On, co już ani wzroku na niewiastę, ani myśli ku niej nie śmiał podnosić, on, mógł jeszcze mieć żonę, rodzinę... Serce mu biło.
Tem gwałtowniej pragnął tego i marzył, iż na wieki się był zrzekł wszelkiego zetknięcia z światem niewieścim, a serce puste domagało się nowego pokarmu.
Do pragnień władzy, swobody, wyniesienia się, przybywała żądza, wrodzona człowiekowi podwojenia swej istoty, połączeniem z drugą. Wśród ciszy słyszał już głos jej, przypominał piosienki; widział jej wzrok w siebie wlepiony.
W Gniewkowie naprzód to imię Frydy przyszło go we śnie gorączkowym nawiedzić, z niem się obudził, niósł je z sobą przez drogę, nawet gdy cały zdawał się Romlikiem zajęty.
Nowe powodzenie marzeniu temu nadało siłę większą.
Zaczynał wierzyć w to, iż ono ziścić się może. Papież musiał przebaczyć... mógł się kapłan znaleść do pobłogosławienia związku...
Łudził się.
Na krótko myśl o zdobyciu Szarleja oderwała go od tych snów niebezpiecznych, lecz zaledwie słowo wyrzekł, rozkaz dał, zostawszy sam, zanurzył się znowu w tych rojeniach o przyszłości.
Władysław Biały był człowiekiem wrażeń silnych, gwałtownych, choć krótko trwających.
Pod ich naciskiem głowa mu się zawracała. Myśl raz powzięta w mózgu niespokojnym z szybkością nadzwyczajną rosła, rozwijała się, potężniała, by w końcu pęknąć jak bańka mydlana.
Tak teraz opanowała go ta Fryda i — przyszłe gniazdo, które fantazya uścielała.
Nie mógł się powstrzymać od marzenia.
Zapuściwszy się w nie, postrzegł się dopiero nierychło, iż je całe oparł na jednem jeszcze w Dyżonie rzuconem słowie Lasoty. Chciał jego potwierdzenia; a było mu tak pilno, że spostrzegłszy Buśka, który z sznurkowania po izbach z sakwą na plecach powracał, krzyknął nań, by mu wołał Lasotę.
Ten niedaleko był i pośpieszył natychmiast.
O ile pilno było wezwać go księciu, teraz, gdy go ujrzał przed sobą, znalazł się zakłopotanym i nie wiedział, jak go badać. Nie śmiał rzucić tego pytania, które mu paliło usta. Zarumienił się.
Lasota stał i czekał.
— Wszak się nie mylę, — bąknął nieśmiało Biały, — wszak w Dyżonie, i później, mówiliście mi, przypominam to sobie, o Bodczy... Wszak kazał mnie on pozdrowić?
— Tak jest, — potwierdził Lasota, — lecz od tego czasu nie widziałem go, anim o nim słyszał...
Księciu pot kroplisty na czoło wystąpił.
— Tak, — rzekł, — cała ta rodzina była mi przyjazna...
Spojrzał na Lasotę, który sobie przypomuałi[1] Frydę i dorzucił z uśmiechem.
— Nawet Bodczanka naówczas pozdrowić was kazała.
Biały oczy spuścił wstydliwie.
— Tak, — dodał, — mówiliście mi, że nie wyszła za mąż...
— Powiadano, że też nie myślała ślubować nikomu, — rzekł Lasota, który zdawał się myśl księcia odgadywać.
Biały się przeszedł z głową spuszczoną po izbie.
— Pozdrowienie należy odpłacić wzajemnem, — szepnął cicho. — Bodcza, synowie jego Dobrogost, Ulryk i Arnold mogliby mi być pomocni... Chciałbym posłać do nich kogoś...
Spojrzał na Lasotę.
— Miłościwy panie, — odezwał się zagadnięty, — ja mogę się przydać w Szarleju, kiedy nań iść mamy... Szaszor bardzo dobry do rady, ale gorączka... Nie radbym go odstąpić.
Słuchał z uwagą Biały i głową dał znak, że się zgadza.
— A więc z Szarleja, da Bóg, pojedziecie do Drzdenka z pozdrowieniem odemnie.
Przyszła mu zarazem myśl śmiała, posłania pięknej Frydzie choćby pierścienia przy pozdrowieniu. Niestety! pomimo zdobycia trzech grodów, książę nie miał jeszcze nawet złotego kolca, któreby mógł ofiarować!
Zmilczał więc, myśl tę zachowując w sobie.
Szaszor, który się palił do wykonania poddanego planu, nie dał księciu długo zabawiać się marzeniami. Zaledwie konie zostały napasione, załoga przebrana, siła, która miała iść z niemi, skupiła się, wołał już — do koni.
Książę z pośpiechem począł zbroję wdziewać i otrząsłszy się ze swych marzeń, przybrał bohaterską postawę.
Mało co sam czynił, lecz chciał, aby mu wszystko przypisywano. Począł rozporządzać się głośno i przynaglać.
Chciał Łukosza, który mu się z twarzy podobał, zostawić na zamku przy Sikorze, gdyż on najlepiej go znał, lecz okazało się, że Romlik i on, korzystając z chwili zamięszania, gdy na nich nie zważano, zniknęli.
Łukosz zaledwie otwarłszy bramę, wymknął się do starego, który ze stryczkiem na szyi, zrozpaczony leżał na ziemi, widząc zamek stracony.
W pierwszej chwili odepchnął on Łukosza jako zdrajcę, widziano, że młody długo u nóg jego leżał o przebaczenie prosząc — co się potem stało z nimi? nikt nie wiedział. Oba znikli.
Sikora więc został z załogą na pół nową, ale że zamek był mocny, a polecono mu trzymać się bacznie, i zapas był wszystkiego znaczny, obawy o Złotoryę nie miano żadnej.
Szaszor w nowy szyszak zdobyty w Złotoryi przybrawszy się i parę piór czaplich zatknąwszy u wierzchu, już sobie zupełnie dowództwo przywłaszczył. Rozkazywał, ustawiał ludzi, mianował starszyznę. Książę się do tego nie mięszał wcale.
Jechał znów pogrążony w zadumach.
Dzień był już, gdy zamek i mieścina ukazały się nadciągającym pod Szarlej.
Szaszor patrzał pilnie, chcąc wnieść z jakiejś oznaki, czy wysłaniec jego dostał się tu i poprzedził ich postrachem.
Zdawało się to prawdopodobnem, gdyż, mimo bardzo rannej pory, a zupełnego w kraju spokoju, około gródka, na wałach, ujrzeli snujących się niespokojnie ludzi. Na jednej baszcie postrzegł Szaszor kilku, którzy zdawali się tam stać na czatach, wypatrując, czy się co w okolicy nie pokaże.
Nowemu dowódzcy, któremu nie zbywało na przebiegłości i rycerskim instynkcie, szło o to, ażeby siły, które prowadził, jak najgroźniejszemi się zdala okazały.
Rozporządził więc ludzi swych tak, aby się długim sznurem ciągnęli, zrzadka rozbiwszy się; i wojsko w istocie mogło na pierwszy rzut oka omamić, wydając się liczniejszem niż było.
Książę ujrzawszy gródek, stanął, odwrócił się i oczyma zaczął szukać Szaszora, który wskok ku niemu przybiegł.
Wzrokiem pytał, co teraz poczynać mieli. Szaszor nie tracąc wielkiego ducha, którego przez drogę w sobie jak mógł zagrzewał, chciał gwałtownie napaść, i o ile było można, osaczyć gródek, wrzawą i zuchwalstwem zastępując siłę.
Nie sprzeciwił mu się książę.
Zbliżywszy się więc ku zamkowi, oddziały dostały rozkaz opasania go, a Szaszor na koniu z kilku dobranymi, nieustraszony podbiegł pod wrota. Tu już widać było ludu dosyć skupionego, jakby się bronić zamyślał.
W pysznym swoim szyszaku, ale zbroi nie zbyt dobrze piersi okrywającej, z mieczem do góry, z głową zadartą, Szaszor przyskoczył, wołając.
— Kto tu starszy?
Po nad wrota wystąpił człek przygarbiony, w płaszczu długim, na mieczu sparty.
— Książę Władysław Gniewkowski, — począł donośnym głosem grzmiącym Szaszor, i wskazał na stojącego na koniu, — przybywa zająć wasz zamek... Otwierać wrota!
Głowę podniósł, stary milczał długo.
— Co za Gniewkowski książę? — odparł, — my tu nie znamy żadnego. Jeden co był, to się wyrzekł ojcowizny i sprzedał ją, a kaptur wziął... innego nie ma.
— Ten ci jest... Papież go uwolnił, a król mu oddaje dzielnicę.
Słuchając stary głową potrząsł.
— Wrota otwierać!
— Idźcie od wrót, bo się bronić będziemy, — rzekł stary powolnie.
Z po za niego wystąpił w tej chwili łucznik z ogromną kuszą już napiętą w ręku, i bełtem opatrzoną, oparł ją na poręczy ganku — zdawał się czekać tylko, rychło mu dadzą znak — puścić bełt, który wprost na Szaszora wymierzył.
Cała kupka, która z nim pod wrota przybyła na widok tej zuchwałej groźby, krzyk ogromny podniosła. Sypały się łajania i groźby. Wołano, że Włocławek, Gniewków, Złotorya już się poddały...
Stary słuchał spokojnie. Zdawało się, że to nawet pewne na nim i na innych, co się z okien pokazywali, czyni wrażenie; w tem czy przypadkiem, czy umyślnie, ogromny ów łucznik trzymający kuszę, pociągnął znaczek, bełt świsnął i uwiązł w piersi Szaszora przy samym skraju zbroi.
Młody dowódzca krzyknął, chwycił ręką za tkwiący w piersi bełt — chcąc go wyrwać, zachwiał się na koniu, pobladł i stoczył z niego na ziemię. Towarzysze skoczyli do niego, ratować — lecz krew mu buchnęła ustami, drgnął jeszcze parę razy — i skonał...
Książę, który nieopodal patrzał na to, cofnął się kilka kroków.
Okrzyk zgrozy rozległ się szeroko... Ludzie którzy przyciągnęli z Białym, rzucili się ku murom i z łuków do stojących na nich strzelać poczęli. W jednej chwili, bez rozkazu żadnego ku wałom i ostrokołom z toporami, z oszczepami posypało się co żyło. Załoga jeszcze się była nie przygotowała do obrony... Rachowano może iż ten strzał i trup odstraszą... Stary dowódzca zniknął...
W twierdzy popłoch się musiał stać... Drzazga, który był Szaszora przyjacielem i powinowatym, na jego miejscu począł dowodzić, zagrzéwali i inni... Lasota trąbić kazał i krzyczeć, że gdy zamek zdobędą, nikomu życia nie darują...
Przy pierwszej napaści obrona była słaba... potem zaczęto rzucać kamienie i kilka bal, ale tak niezręcznie, że się nikogo nie raziwszy, stoczyły...
Żołnierz wzięty ze Złotoryi, któremu o to szło, aby Szarlej nie zawstydził go, a spodziewał się też przy zdobyciu łupu... — szturmował zajadle. Sam książę nie zbliżając się, na małym pagórku pozostał widzem bezczynnym..
Wszystko to — nie długo trwało jakoś — po nad wrotami wywieszono gałęź zieloną, dowódzca wyzywał na rozmowę. Drzazga nie chciał słuchać, książę kazał podbiedz Lasocie i — na wszystko się godzić, byle mu gródek poddano.
Śmierć Szaszora, nikogo się nie zdawała obchodzić, czeladź jego płacząc trupa uniosła nieco dalej, siadła nad nim i płakała, nikt zresztą na biedną ofiarę nie spojrzał.
Lasota upoważniony przez Białego, który sam przez się nic nie czynił, a ludźmi się posługiwał tylko; dopadł do wrót, i śmiały a zabiciem Szaszora nieustraszony wcale, zażądał aby go na rozmowę puszczono do środka.
Oblężeni musieli gwałtownym napadem już być przerażeni, gdyż stary, który wprzód występował, i przy którego boku łucznik stał, gdy strzelił — wcale się już nie pokazał, wystąpił człowiek lat średnich, który na dowódzcę nie wyglądał — furtę kazał otworzyć i przyjął u niej Lasotę, widocznie onieśmielony i pokorny.
Tuż przy wnijściu była brudna izbica dla straży, z nizkim pułapem, zaduszna i zaśmiecona — weszli tu Lasota, — a za nim trzech starszych zamkowych.
— Ludzie! co wy sobie myślicie — krzyknął porywczo Nałęcz. — Macie być lepsi niż Włocławek i Złotorya? Obronić się ani myśleć! Zamiast cobyście mieli ująć sobie przyszłego pana, postrzeliliście mu zdradnie jego przyjaciela!!
— Nie zdradnie! nie! — odparł jeden ze stojących, głupi łucznik wycelował wprawdzie, ale się zaklina, że bełt sam, ani wie jak — z kuszy wyleciał...
— Myślicież się bronić! — wołał Lasota. — Weźmiemy zamek nie dziś to jutro, a was czeka albo śmierć, lub dziesiątkowanie...
Trzej wysłani patrzali po sobie.
— Gdy się zdamy na łaskę — rzekł jeden — będzie się książę mścił za swego...
Łucznika który strzelił niema... Postrzegłszy co się stało, rzucił kuszę i przez ostrokół się spuściwszy, uszedł; będzież za niego niewinny odpowiadał?
— Zdawajcie zamek zaraz — odparł Lasota — otwórzcie bramy, poddajcie się księciu, a ja w tem, mścić się nie będzie...
— Niechże jego słowo usłyszym... — odparł jeden — a potem — uderzył się po głowie — dziej się wola Boża.
Lasota, któremu pilno było — rzekł rzeźko.
— Chodźcie za mną.
Zawahali się nieco trzej rozmówcy, poszeptali z sobą, jeden z nich wybiegł, powrócił, naradzali się znowu — Lasota naglił, ociągając się, poszli za nim wreście.
Książę stał ciągle na koniu opodal, niecierpliwiąc się, aby co prędzej Szarleja dostać — gdy Lasota wiodąc za sobą wysłanych, zbliżył się do niego.
— Miłościwy panie — rzekł — ludzie ci zaprzysięgają, że Szaszor został trafunkiem zabity, i proszą aby go nie mszczono... a zamek poddać gotowi. Zaręczyłem im to — lecz pragną mieć wasze słowo książęce...
Białemu pomsta za Szaszora wcale podobno na sercu nie leżała, z widocznie rozjaśnioną twarzą, ręką dał znak że przystaje, a Lasota dodał z siebie.
— Musicie rodzinie za głowę zapłacić — i tyle...
To powiedziawszy, nie dając im czasu do rozmysłu, Nałęcz odezwał się głośno.
— Wrota otwierać — bronę podnieść, a do łańcuchów u brony nasi ludzie żeby byli.
Wysłani pokłonili się księciu, w stronę zamku dając od siebie znak, aby otwierano.
Rozsypani oblegający poczęli się zbierać u wnijścia, książę zatrzymał się jeszcze chwilę na pagórku... spoglądając zwycięzko ku zamkowi. Wrota otwierano... brona zwolna podchodziła do góry... Szarlej był zdobyty — kosztem życia jednego człowieka...
Z radosnym okrzykiem pierwszy oddział, w którym byli gniewkowscy ochotnicy i Drzazga zastępujący Szaszora... wpadł na zamek... Lasota towarzyszyć chciał księciu, który z pewną oględnością powoli, gdy już znaczniejsza część jego sił była na zamku, skierował się także ku niemu.
Czwarty gród już poddawał się szczęśliwemu zdobywcy, który miecza nawet z pochew nie obnażył... Nie wierzył sam szczęściu swojemu...
Drzazga i Lasota, nie pytając o rozkazy Białego, natychmiast objęli mury, postawili straże i przez szpary patrząc na tych, co od zemsty uchodzić chcieli, dali się im wymknąć bezkarnie.
Lasota, trochę polityk rachował na to, że książę krew rozlewając, nieprzyjaciół sobie przyczyniać był nie powinien.
Stary więc dowódzca, łucznik a z niemi kilku jeszcze wymknęło się, gdy drudzy wchodzili...
Szarlej, choć nie był tak zaopatrzony jak Złotorya, miał jednak zapasy, a, co księciu najpożądańszem było, dowódzca pospiesznie uciekając, nie miał czasu swych groszy praskich zabrać i dosyć znaczna suma ich, znalazła się w skrzyni, której zamek odbito. Oprócz tego, sukna, odzieży, kun, trochę srebra i koni, Biały po nim odziedziczył.
Buśko się też pożywił i nazajutrz do kościoła mógł w pięknej nowej sukni wystąpić, zrzuciwszy ciemną, wyszarzaną, która mu zakonne czasy przypominała.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przypomniał.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.