Biały książę/Tom I/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Biały książę
Podtytuł Czasy Ludwika Węgierskiego
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron



IV.


Dersław Nałęcz nie był ani w swej rodzinie, ani w swej okolicy, ani w ziemi swojej człowiekiem wielkiego znaczenia.
Z ludźmi żył dobrze, słuchano go chętnie, ale mu wpływu żadnego nie przypisywano, a on sam, gdy mu kto dał poznać, że on na wpływ ten rachował, wypierał go się jak najmocniej.
Ziemianin był zamożny i należał do szczytu rozrodzonego, który wiele w kraju znaczył; obchodziły go więcej może niż innych losy rodu i dola kraju, lecz krzątając się około obojga, zdawał się umyślnie zasłaniać drugimi. Wolał, ażeby to, co czynił, szło na karb cudzy, sławy z tego nie szukał, a może i troski, jaką ona za sobą ciągnie, chciał uniknąć.
Ci, co go bardzo blisko znali, chytrym zwali, czasem lisem śmiejąc się, a nie było to sprawiedliwem, gdyż Dersław fałszu ani zażywał, ani go innym przebaczał, szedł prostą drogą zawsze, nie lubił tylko zanadto się widocznym czynić dla świętego spokoju.
Mało kto wiedział, jak wiele Dersław mógł i czynił, ile myśli poddał, jak ludzi poruszyć i popychać umiał, przecież żadna sprawa ważniejsza nie obeszła się bez niego. Przyznawano ją potem komu innemu, nie upominał się, uśmiechał tylko.
Chociaż do domu i żony przywiązany, choć dzieci kochający, a już wiekiem mógłby się był tłómaczyć, że spoczynek sobie zapewnił, Dersław z nawyknienia do zabiegów i krzątaniny nie mógł nic zaspać.
Był szlachecki zjazd jaki, nigdy Dersława tam nie zabrakło, ruszyło się co i zakotłowało, biegł zaraz. Zawołano do Krakowa, gotów był zawsze.
Czasy to, od Przemkowych począwszy, nie mówiąc o dawniejszych, były w Wielkiej Polsce niespokojne. Za piecem siedzieć mało kto mógł, samotrzeć na gościniec wyjechać trudno się było ważyć. Po nad granicami Sasi i Brandeburczyki łotrowali, od Szląska też wpadali zbóje.
W samej Wielkopolsce od Borkowicza się ich namnożyło, brat jego i syn mścili się za umorzonego. Inni za ich przykładem puszczali się na łatwy zarobek po drogach. Obdzierano kupców obcych, a gdy tych nie stało, rzucano się i na swoich. Powaśniły się rodziny z sobą, wnet nie szukając sprawiedliwości po sądach, same ją sobie orężem zdobywały. Zajeżdżano dobra duchownym, zagarniano lasy i ziemie nieosiadłe królewskie.
Nieład coraz większy się mnożył, któremu wielkorządzcy za oczyma króla podołać nie mogli.
Za Kaźmirza już, który rzadko do Wielkopolski zaglądał, Borkowicz począł burzyć umysły, jątrząc swoich ziomków przeciw Małopolanom, Krakowowi i władzy królewskiej.
Tam właśnie, gdzie dla bliskiego sąsiedztwa Krzyżaków, Brandeburgów z ich Sasami i Szląskiem, trzeba było największego ładu i czuwania, najmniej było obojga. Wielkorządzca żaden sobie rady z Wielkopolany dać nie mógł. Bałamucili ich często sąsiedzi, a warchołom dobrze z tem było, gdy się zamąciło, łowili ryby w mętnej wodzie.
Panu Dersławowi, choćby był chciał spokojnie u ogniska siedzieć, czasby nie dopuścił, ale on sam do tego ochoty nie miał.
Jeszcze przed przybyciem do Krakowa na koronacyę przekonał się w Poznaniu, że król przyszły Ludwik prawie wszystkich miał przeciwko sobie.
Wielkopolska daleko mocniej od Krakowian i reszty Polski stała przy krwi Piastów.
Krzyczano, że król nieboszczyk nie miał prawa, ziemią, którą dożywotnio rządził, rozporządzać.
Potem zaczęto się domagać, aby przynajmniej koronował się w Gnieznie, aby sam mieszkał w Polsce; naostatek czasu koronacyi i pogrzebu, duma i lekceważenie doznane od węgrów, dopełniły miary. Zaczęto mówić o innym Piaście i innego sobie króla szukać.
Dersław tego tam nie wymyślił, ale kość z kości Wielkopolan, podzielał ich uczucia, a gdy raz na tę drogę weszli, kroczył i on z nimi.
Przechylała się waga na stronę tego Władysława Białego, o którym Moszczyc taką długą opowiadał historyę. Niebardzo on był do smaku Dersławowi, ale innego pod ręką nie mieli, więc na wszelki przypadek, trzeba było lepiej tę rzecz roztrząsnąć i bliżej poznać.
Gdy z Lasotą sam na sam pozostali, Dersław na kominie ognia poprawiwszy, pas rozwiązał; wina sobie i jemu nalał, i nogi grzejąc, począł cichą rozmowę.
— Tyś bywał na dworze, — rzekł do Lasoty, — cóż myślisz, jak nam z tym Ludwikiem będzie?.. Przypatrzyłeś mu się? co tam koło niego słychać?
Lasocie mówić tak odrazu łatwo nie było, potrzebował, aby go podpalono. Ruszył ramionami, zamruczał coś niewyraźnego.
Dersław patrzał nań pilno; znał on ludzi, zmiarkował, że z mruka nie dobędzie słowa, chyba go po trosze za język ciągnąc i biorąc na spytki.
— Co na dworze mówią, naprzód o królewskim testamencie? strzymają go czy nie?
Lasota głową potrząsł, ale jeszcze się nie odezwał.
— Jak tam na ks. Suchywilka patrzą? — dodał Dersław.
Lasota zrobił minę dwuznaczną i jęknął.
— Muszą go szczędzić, boć znaczenie ma, ale nie lubią go...
Dersław ręce zatarł, znać go to pocieszyło.
— Niech testament pokruszą, — rzekł, — tem ci lepiej, król sobie nieprzyjaciół przysporzy.
Pomyślał chwilę i westchnął, a zwracając się do Lasoty, dodał.
— Tylko że to u nas, po staremu, na języku dużo... Ludzie się wykrzyczą, nałają, naburzą, warchołom król nadaniami gęby pozamyka, nie zechcą się na guza narażać, i — słuchać go będą.
Zarumienił się Lasota i dopiero z niego buchnęło, aż się starszy zadziwił.
— No, chyba nie, — rzekł głośno, — chyba nie! Z tym królem my nie wytrwamy... Gdy po niego ks. biskup Floryan z ks. Janem do Budy pojechali, choć mu koronę wieźli, której stara Elżbieta tak dla niego łaknęła, zrazu nawet na podróż do Krakowa nakłonić go było trudno. Drożył się, wymawiał, ociągał...
Matka dopiero go napędziła... i żeby nie mógł się wymawiać, sama pojechała przodem. Przyjmowali go w Sączu i Krakowie wiecie jak... jak zbawcę, jak ojca, a on — nosem na wszystko kręcił... Teraz co najrychlejby chcieli skarbiec zabrać, pieniędzy zagarnąć — i Ludwik myśli tylko, jakby co prędzej powrócił do Budy...
— A któż tu będzie rządził? — zapytał Dersław.
— Jużci stara pani, — odparł Lasota pogardliwie, — i jej młodzi ulubieńcy... Zawisza, syn Dobkowy, a i innych siła w wielkich łaskach... Babie aby się kłaniano a prawiono słodycze i zabawiano ją, na wszystko zezwoli...
Opolczyka może na Rusi posadzą, do Wielkopolski poślą też kogoś pewnie im milszego...
Ręką zamachnął Lasota.
— Zaznamy teraz, co to pod obcym być... — mruknął i siadł.
Dersław nic nie odpowiedział.
— A ty z sobą co myślisz? — zapytał. — Zostaniesz przy dworze, czy nie?
— Nie, — stanowczo i z pewnem oburzeniem odparł Lasota. — Ja liziłapą być nie potrafię, a tu teraz takich potrzeba, co i kłaniać się i kłamać będą umieli.
— Cóż poczniesz?
— Ha! — zawołał Lasota, — sam spełna nie wiem. Ojcowizna szczupła, na wieś powracać mi tęskno, do ludzi nawykłem... Służby rycerskiej będę szukał i lepszego czasu czekał.
Dersław głową pokiwał.
— Słuchaj, — rzekł, — nam w Wielkiejpolsce teraz ludzi będzie siła potrzeba takich jak ty... Czas jakiś pociągnie się może spokojnie, potem zamąci się i zawichrzy... Wracaj ze mną, siedź w Poznaniu, zapisz się tam bodaj do wojewody, jaki on będzie... Zdasz się nam... Prawda, że mówny nie jesteś bardzo, ale nam pono więcej ręki niż języka będzie potrzeba.
Lasota się zadumał.
— Na dworze nieboszczyka było was Wielkopolan dosyć... nie źleby było, żebyś ich z sobą wyciągnął.
Krakowianie nam chcą panować sami, my tego nie zniesiemy, przyjdzie się z nimi rozbratać, trzeba swoich ztąd powybierać, niech nie przepadają.
I pomyślawszy trochę, dołożył Dersław.
— Ze wszystkiego widzę, że nasi bracia na Białego rachują, i choć spróbują sobie go ściągnąć. My się od swoich odszczepić nie możemy. Niech sobie będzie i Biały, aby Wielkopolanie okazali, że też coś ważą... Bodaj zawichrzyć, — będą nas potem lepiej szanować...
A na naszego Przecława z Gołuchowa jak tam patrzą? — zapytał stary.
Lasota był znów w usposobieniu milczącem i nie prędko na odpowiedź się zebrał.
— Koso nań patrzą, — rzekł nareszcie. — Nic nie wiem, ale mi się zda, że on niedługo na wielkorządach posiedzi.
Dersław się rozśmiał.
— Tem lepiej, — rzekł, — bo i jego nam dadzą, a jest potrzebny, i Krakowiaka nam przyślą, to już miary doleją!!.. Ma być co, niechże będzie na dobre!
Wstał Dersław i ziewnął zmęczony, wyciągając się.
— Późno do kata, — rzekł, — jabym już spał, a i ty pewnie po dzisiejszej służbie wyciągnąłbyś się rad. Do zamku ci nie pora iść, a tam też węgry może na twojej pościeli się wyciągają każę ci tu słomy przynieść i kobierczyk zasłać.
Stało się, jak gospodarz chciał, i po kubku jeszcze na sen dopiwszy, legli oba.
Nazajutrz, nim się Dersław zbudził i chrapał jeszcze w najlepsze, Lasota się zerwał już z łoża swego, na palcach wyszedł i na zamek pociągnął. Stary jakby wyprorokował, bo gdy do swej izby spieszył, pacholę w sieniach w starą opończę uwinięte, śpiące u drzwi, przebudziwszy się oznajmiło mu, że węgry podpiwszy, nadedniem drzwi u niego wyłamali, i — gwałtem do izby wpadłszy, spali.
Było ich, jak mówił, trzech, więc Lasota sam bójki z napastnikami zuchwałymi rozpoczynać nie myślał, a że się już we dworze ruszano, poszedł do marszałka węgrów królewskich na skargę.
Z tym, który już nad polewką gorącą siedział, i rozmówić się było trudno. Zamiast w pomoc przyjść wypartemu z własnego mieszkania, począł go łajać jeszcze za niegościnność i odgrażać się.
Z niczem więc odszedłszy Lasota, musiał swoich zebrać kilku, chłopów co najtęższych, a takich, którym już węgrowie dokuczyli, i z nimi dopiero do izby swej wpadłszy, przebudzonych i do oręża się porywających węgrów precz wyrzucili.
Nie odbyło się to bez wrzasku i bójki, bez krzyków, na które więcej jeszcze węgrów w pomoc swoim nadbiegło.
Poczęli też i Polacy zewsząd pospieszać, radzi, iż zuchwałych przetrzepią, i byłoby krwawo zajście się skończyło, gdyby starszy nad węgrami nie przypadł i zmiarkowawszy, że bójka w końcu na niekorzyść ich wypaść może, swoich z sobą gwałtem nie zabrał.
Lasocie już po tem zajściu nie było się co dłużej trzymać na zamku, gdzie się więcej nic oprócz pomsty nie spodziewał; natychmiast więc co miał, ściągać począł, konie swe przyprowadzić kazał, i juki na nie kłaść, aby z zamku precz iść.
Inni to postrzegłszy, starzy dworzanie Kaźmirzowi, także na gwałt rzucili się z zamku wynosić.
Stała się wrzawa znaczna, i co spało jeszcze o tej porze, pobudziło się. Węgierski dwór, zobaczywszy Polaków hurmem skupionych i zabierających się gromadnie zamek opuszczać, pomiarkowali, że z tego nic dobrego nie urośnie.
Ten i ów ze starszyzny węgierskiej przyszedł badać i namawiać do zgody, ale słuchać ich nie chciano.
Musieli tedy uciec się do pośrednictwa jakiegoś węgry, i posłano po Krzesława Rożyca, syna Dobkowego, aby im w pomoc przybywał.
Zdyszany nabiegł on, i gdy mu oznajmiono, o co szło, pospieszył do dworzan o przyczynę pytając.
Lasota nawet odpowiadać nie chciał, ale na jego miejsce, dobrze wyprawną mający gębę, Pełka Sreniawczyk, zwany Pokrzywką, wystąpił.
— Dla nas tu miejsca bo na zamku nie ma, — zawołał. — Wolimy my sami opuścić go, niż czekać, aby nas wyżeniono... Panom węgrom ciasno, muszą się szeroko rozłożyć...
Wywalili drzwi Lasocie i rozgościli się u niego nieproszeni, jutro mnie to uczynią. U ks. Jana z Czarnkowa, gdyby nie żelazne drzwi, toż samoby było, bo się dobijali... Wczas trzeba, co kto ma, zabierać, bo i kaptura ztąd jutro nie wyniesiemy.
Inni, pokrzykując, potakiwali Pełce, tak, że Krzesław nie wiedział już, co im rzec.
— Pamiętajcie ino, — odezwał się, — że sobie tem łaski króla nie zaskarbicie, a przecie jej potrzebujecie.
Lasota dopiero zawołał w gniewie.
— Jako żywo!
Zmięszał się Krzesław.
— Skarżyć było potrzeba, gdy się krzywda stała.
— Aby nam nałajano! — zawarczał Lasota.
I tak Krzesław to groźbami, to prośbami napróżno usiłując tumult powstrzymać, nie wskórał nic. Wszyscy, co z Lasotą trzymali, konie swe obładowawszy, natychmiast z zamku na miasto ruszyli.
Niektórzy bojaźliwsi odłożyli to, ociągając się.
Dano znać królowi pono, który ramionami poruszył, uśmiechnął się i zdawał mało dbać o to.
A że i stara królowa plotki wszelkie lubiła o wszystkiem chcąc być zaraz uwiadomioną, Zawisza nadbiegłszy za bratem, z doniesieniem pospieszył do niej.
Trochę więcej wzięła to z początku do serca, ale nie poradziła nic, a po godzinie zapomniała co zaszło.
Królewski dwór tegoż dnia już czynił przygotowania do podróży, bo Ludwikowi pilno było wielce zbyć się wycieczki do Gniezna i Wielkopolski, dokąd go ks. arcybiskup Bogorya ciągnął. Węgry więc nie mieli czasu dokazywać i dzień ten upłynął jakoś spokojnie.
Wieczorem, jak zwykle, królowa stara zabawiała się.
Słychać było muzykę, widać po cieniach w oknach pląsających, a śmiechy aż na podwórce dolatywały. Król tam u matki nie bawił długo, drudzy, szczególniej ci, co się przyszłej pani w łaski zapisać chcieli, dosiadywali, póki śpiewać kazała i słuchała pochlebców.
Ze starego dworu nieboszczyka mało kto tam był, lecz nowych ludzi, dawniej mniej znanych, zbiegło się dosyć, i na Polakach nie zbywało.
Tu już można było zgadnąć, kto w przyszłości pójdzie w górę, a kto w niełaskę popadnie. Tych, co się garnęli do starej pani, przyjmowała bardzo wdzięcznie. Wesołością i pochlebstwem, a piękną powierzchownością ująć ją było łatwo. Młodzież też po większej części ją otaczała.
Gdy się to działo na zamku, Lasota precz odjechawszy, gospodę sobie zajął u znajomego mieszczanina na Grodzkiej ulicy, przeodział się i szedł do Dersława, bo teraz już nie miał co innego do czynienia, tylko swoich się trzymać.
Zastał go nad misą, zajadającego co mu doma uwarzono.
Zobaczywszy Lasotę, Dersław, który już o rannej przygodzie wiedział, bo się to po mieście rozniosło, przywitał go.
— A co? Węgry górą...
— Do czasu, — rzekł Lasota, — jam z zamku się wyniósł.
— No, i ze mną do Poznania?
— Jak każecie, ojcze.
— Masz rozum, — odparł Dersław. — Dobądź łyżki z za pasa, bo jużci bez niej nie chodzisz, kromkę chleba sobie odkrój i jedz, co Bóg dał. Stanie dla dwóch, bo na czterech gotowano.
Lasota nie dając się prosić, przysiadł się do misy jak należało.
— Król bodaj jutro do Gniezna z arcybiskupem jedzie, — rzekł, — wozy już gotują.
— O! o! — zawołał Dersław przestając jeść, — a nie wiecie, czy i korony z sobą wiozą? Ludziomby wielu gębę zamknął, gdyby się dał w Gnieznie ukoronować...
— Chyba to nie może być, — odezwał się Lasota. — Słyszałem po dworze, iż królowi ta dwoista koronacya śmieszną się widzi. Ale do grobu św. Wojciecha pokłonić się pojedzie.
— Hm, — rzekł Dersław, — nam też tam potrzeba być, żebyśmy widzieli, jak się to odbędzie.
Co mamy za królem gonić, lepiej go wyprzedzić. Ja już tu robić co nie mam.
Pan Przedysław z Gołuchowa też dziś rusza przodem... Gotóweś z końmi?
— Jam zawsze gotów, — rzekł Lasota, — nic mnie tu nie trzyma.
— Ba! — rozśmiał się stary, który żartować czasem lubił, — nie masz to żadnej mieszczki, z którąbyś na cztery oczy się chciał pożegnać?
Ruszył ramionami Lasota.
— Już mi to nie w głowie! — odparł.
— A kędyż poszło? — zagadnął stary, i nie czekając odpowiedzi, otarł usta, przeżegnał się, a na chłopca począł wołać.
— Sakwy wiązać — w drogę! słyszysz niezdaro... za godzinę na gościńcu być musimy.
Zwrócił się do Lasoty, pasa popuszczonego ściągając.
— I was za godzinę czekam, — rzekł, czapkę biorąc, — a teraz trzeba po swoich pójść i dać hasło: Wielkopolany w drogę!..
Tegoż dnia, z przymrozkiem, który od południa zaczął brać, przy wypogodzonem niebie, co było Wielkopolan, którzy się kupy trzymali, ruszać zaczęło z Krakowa.
Wojewoda kaliski wyprzedzał ich i króla. Szły wozy arcybiskupa i ks. Suchywilka; jechali też i Nałęcze gromadnie.
Spieszyło się Dersławowi i bardzo, ale nie zawsze człowiekowi idzie po myśli, tak i jemu w tym razie. Zmęczył się niemało w Krakowie, a może i co niezdrowego zjadł po drodze w gospodzie, dosyć, że drugiego dnia dla wielkich boleści, dalej nie mogąc ciągnąć, w lichej karczmie na gościńcu obległ. Lasota też przy nim pozostał, bo inni pędzili do Gniezna i Poznania, którym pilniej było.
I stało się tak, że co Dersław miał króla wyprzedzić, to teraz ledwie się go spodziewał napędzić. Nie tyle mu szło o chorobę i cierpienie, bo, choć się kulił z bólu, lekceważył go sobie, nie nowiną mu to było, ale na to utyskiwał, iż wszystkiego świadkiem nie będzie i z drugimi w kole nie stanie.
Na gwałt zaś ruszyć nie było sposobu, bo na koniu usiedzieć nie mógł.
Gospoda, w której obległ, oddalona od wiosek, samotna, tak przypadała, iż w niej orszakowi królewskiemu spoczynek był naznaczony, o czem Dersław nie wiedział, ani Lasota.
Rozłożyli się w niej jak u siebie, gdy węgrowie królewscy, co poprzedzali pana, nadbiegli.
Jednemu z nich koń w drodze nogę zwichnął. Napatrzywszy w stajni deresza, co pod Dersławem chodził, nie pytając czyj był nawet, węgier go zaraz pochwycił.
Ludzie Lasoty i Dersławowi rzucili się odbierać. Węgry do mieczów, a była ich siła większa, tak, że kilku z czeladzi porąbali, i nim Lasota wybiegł, nietylko konia z siedzeniem, lecz opon nachwytawszy, beczułkę z winem i srebrny kubek, na gościniec uskoczyli.
Ani dogadać się z nimi nie było sposobu, ani ch[1] przemódz, bo we dwójnasób tyle mieli rąk, co Nałęczowie.
Stanowniczy Polak, napiły i bezprzytomny, choć się do niego Lasota czepiał, nic nie umiał poradzić, klął tylko.
— Co ty z tymi madziarami myślisz się zadzierać! — wołał do Lasoty, — dziękuj Bogu, gdy ci głowy z karku nie zdejmą... O konia się będziesz upominał? Patrz, żebyś go krwią jeszcze nie dopłacił...
Węgry ze śmiechem i urąganiem pojechali, i na tem się skończyło.
Dopieroż chorego Dersława widzieć trzeba było, gdy mu dano znać, że jego ulubiony deresz, który miał nogi osobliwe, a mimo to niósł jak w kołysce, przepadł. Pięści obie ścisnął, zęby zaciął, klął i, wnet pomiarkowawszy się, rzekł przeżegnawszy.
— Ziemianinowi konia wziąć, co znaczy, ten tylko wie, kto miał wierzchowego, a kochał go, jak... dziecko swe.
Tę tylko miał Dersław korzyść ze straty, że co chorym był, z gniewu i poruszenia, zamiast mocniej zapaść, odrazu pozdrowiał. Konia od pachołka wziąwszy, natychmiast ruszył dalej.
Ciągnęli tedy za królem już, który pospiesznie do Gniezna dążył, a po drodze napatrzyć się mogli i nasłuchać, co Węgry dokazywały w pochodzie. Kędy przeszli, nie pozostał po nich ani stóg siana cały, ani chata i domostwo, w któremby na ich gospodarstwo, gwałty i zabory nie narzekano.
Rosła ztąd wielce niechęć do króla, już i tak nielubionego, a że przy nim stanowniczowie i urzędnicy Małopolanie byli, którzy na zbytki patrzyli, nic nie radząc, ani zapobiegając, i na nich burzyli się ludzie.
I, coby ta podróż Ludwikowa miała mu serca pozyskać, więcej ich jeszcze podrażniła.
Gdyby kmieci tylko tak uciskali, którzy dawne czasy na prawie polskiem, podwody, przewód i pogonie pamiętali, nie tyleby to raziło, lecz — dostawało się i ziemiańskim dworom, i rycerstwu, i duchownym, bo madzary nikogo nie poszanowali.
Więc lamenty rozwodzono srogie, a Dersław słuchając ich, to się gniewał, to radował, bo myślał, iż stronę króla mało kto tu teraz trzymać będzie.
Nie jadąc w ślad za Ludwikiem do Gniezna, Nałęczowie w Poznaniu się zatrzymali, gdzie jedni przygotowania czynili do przyjęcia króla, a drudzy się z nich na ową mniemaną do Gniezna koronacyę wybierali, bo byli i tacy, co w nią wierzyli.
Wiedziano, iż z rozkazu arcybiskupa tron w gnieznieńskim kościele złotogłowem i purpurą okryty, był przygotowany. Wieść chodziła, że koronę Chrobrego Ludwik z sobą przywiezie z Krakowa.
Tymczasem zawiodły nadzieje. Mimo nalegań arcybiskupa, który żądał, aby król w ornacie koronacyjnym uroczystym zasiadł na tronie, Ludwik z uśmiechem mu odpowiedział, iż tego nie uczyni, boby koronacyę swą pierwszą w wątpliwość podał.
W zwyczajnem ubraniu znajdował się Ludwik na nabożeństwie w katedrze u grobu św. Wojciecha, złożył przy nim ofiarę skromną i krótko zabawiwszy u Bogoryi, natychmiast do Poznania wyruszył.
Wielkopolscy ziemianie, już zrażeni tem, że ich żądania lekceważono w stolicy ziemi swej, nie zbyt licznie, ani tak ochoczo przyjęli króla, jak się spodziewał.
Wszędzie też bawił, jak najkrócej mógł, widocznie się spiesząc, mało komu łaskawsze okazując oblicze, zbywając się ludzi z niechęcią i obojętnością.
Zostawiły więc po sobie odwiedziny królewskie zaród wzajemnej urazy i można było przewidywać, że między panującym a Wielkopolską rozbrat coraz większy nastąpić musi.
Przedysław z Gołuchowa, który lepszego się spodziewał, ośmielił się królowi powiedzieć, co myśleli wszyscy i chciał go skłonić, aby łaskawszym okazał się dla Wielkopolski — lecz Ludwik ramionami poruszył i prawie go nie słuchał.
Węgrowie zaś otaczający, którym wszystkiego zawsze zamało było, na Przedysława i Wielkopolan krzyczeli jeszcze i na kraj wydziwiali.
Dersław tego wszystkiego wysłuchawszy i napatrzywszy się, po kilku dniach Lasotę z sobą zabrał i do domu do Wielkiej Wsi wyruszył.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – ich.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.