Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wywalili drzwi Lasocie i rozgościli się u niego nieproszeni, jutro mnie to uczynią. U ks. Jana z Czarnkowa, gdyby nie żelazne drzwi, toż samoby było, bo się dobijali... Wczas trzeba, co kto ma, zabierać, bo i kaptura ztąd jutro nie wyniesiemy.
Inni, pokrzykując, potakiwali Pełce, tak, że Krzesław nie wiedział już, co im rzec.
— Pamiętajcie ino, — odezwał się, — że sobie tem łaski króla nie zaskarbicie, a przecie jej potrzebujecie.
Lasota dopiero zawołał w gniewie.
— Jako żywo!
Zmięszał się Krzesław.
— Skarżyć było potrzeba, gdy się krzywda stała.
— Aby nam nałajano! — zawarczał Lasota.
I tak Krzesław to groźbami, to prośbami napróżno usiłując tumult powstrzymać, nie wskórał nic. Wszyscy, co z Lasotą trzymali, konie swe obładowawszy, natychmiast z zamku na miasto ruszyli.
Niektórzy bojaźliwsi odłożyli to, ociągając się.
Dano znać królowi pono, który ramionami poruszył, uśmiechnął się i zdawał mało dbać o to.
A że i stara królowa plotki wszelkie lubiła o wszystkiem chcąc być zaraz uwiadomioną, Za-